OBITUARY, HOLY MOSES, AVATAR – 9.01.2008, Kraków

OBITUARY, HOLY MOSES, AVATAR

9.01.2008, Kraków, „Studio”

Na wieść o powrocie XECUTIONER`s (bo powrót zza grobu zespół ogłosił już z okazji innego albumu;-), nie mogłem powstrzymać się, by nie zobaczyć mojej ulubionej grupy death metalowej na  żywo. Chłopaki odkurzyli swój nagrobek, z czasów jego powstawania (XECUTIONER to nazwa zespołu jeszcze z przed przechszczenia jej na OBITUARY;-), a do składu dokoptowali  gitarowego wymiatacza Ralpha Santollę i nagrali naprawdę dobrą płytkę. Przemierzyłem więc pół Polski, z Zielonej Góry, przez Wrocław (uściski dla mojej Ani;-), by wreszcie dotrzeć do grodu Kraka.

Klub Studio nie jest najprostszym do znalezienia miejscem, jednak jakoś  się udało. Tuż po wejściu do wewnątrz, swój set rozpoczął, bliżej mi nieznany do tamtego  czasu szwedzki AVATAR. Przeciętny death, za to panowie próbowali nadrabiać prezencją. Był to dobry czas na poszukiwanie pamiątek i wycieczek po złocisty napój…Image

HOLY MOSES to zespół, który od dawna gości na trashowej scenie. Wokalistka Sabina wraz z pozostałą, męską częścią zespołu pokazała, że szacunek dla grupy jest w pełni zasłużony. Sprawny technicznie i pełen emocji godzinny koncert. Ciekawymi, choć może nieco kontrowersyjnymi zagraniami było polewanie się przez wokalistkę wodą czy zaproszenie na scenę dziewczyny z publiki, by w rytmie wzajemnego obściskiwania się wspólnie odśpiewać „Too Drunk To Fuck”.

Image
Wreszcie OBITUARY… Oczywiście byłem pod samą sceną… Lokalny młyn – ok, ale bez szczególnego animuszu. Za to koncert rewelacja.
Świetna forma wokalna Johna Tardyego,  niezapomniane growle, tak świetnie „zrozumiałe”. To on grał „pierwsze skrzypce”. Za to muzycznie na pierwszy plan wybijał się basista Frank, jak i wtrącajacy nieco solówek Ralph.  Ten ostatni nadał nieco kolorytu, ale muszę przyznać, że czasami brakowało mi klimatu Alana Westa, a te solowe zapędy nieco zgrzytały. Za to Trevor to OBITUARY pełną gitarą;-). Nie można zapomnieć o drugim z braci Tardy, Donaldzie – on nadawał rytm całości i nawet doczekał się występu solo.
Repertuar z dużym naciskiem na nową płytę („Face Your God”, „Lasting Presence”, „Evil Ways”, „Drop Dead”, „Contrast The Dead”, „Second Chance”), jak również  m.in. „Find The Arise”, „Threatening Skies”, „Insane” czy – na bis, wywoływany od początku – utwór „Slowly We Rot”…

 

[Yanus]

 

Krakowski koncert OBITUARY wzbudził we mnie uczucie ogromnego szczęścia. Twórcy takich płyt jak „Slowly We Rot” czy też „Cause Of  Death” przyjeżdżają do mojego miasta. Oj, będzie się działo – pomyślałem.

Godzinkę przed koncertem zebraliśmy się małą paczką pod siecią sklepu Lewiatan i całkowicie trzeźwi ruszyliśmy do klubu „Studio” mieszczącego się jakieś dziesięć metrów od marketu. Standardowo przed wejściem zaczepili nas znajomi żulkowie zbierający na bilet na OBITUARY. No cóż, 80 zł w ciągu godziny to na pewno nie lada wyczyn… Zostawmy jednak przyziemne sprawy, a zajmijmy się tym, co jest głęboko pod naszymi stopami. A mianowicie podziemne królestwo upadłego i rogatego przyjaciela. Po przeprawie przez bramkę postanowiliśmy zwilżyć usta przy piwku i sprawdzić teren przed koncertem. Trochę się przeraziłem, bo ludzi było tyle, co kot napłakał. Obawiałem się najgorszego.

ImageWreszcie otworzyli przejście na salę. Jako pierwsi odważni, dzierżąc w rękach plastikowe kubki i aparat w przypadku pani K. stanęliśmy na samym środku pola bitewnego. Tuż zza kotar na scenę wyglądał wokalista AVATAR. Do rozpoczęcia show zostało pięć minut, a pod sceną czwórka ludzi plus dwóch nawalonych pajaców i kilka osób na trybunach. Ehh, te polskie zwyczaje: „Olewajcie supporty!!!”. Jeśli chodzi o chłopców z AVATAR, to jak dla mnie zupełnie nie pasowali do całej tej trasy. Zagrali swoje i zeszli ze sceny. Odzew ze strony publiczności był słaby. Pojedyncze brawa i oklaski uhonorowały zespół, który chyba zdawał sobie sprawę, że publika przyszła na OBITUARY. Nie pomogło picie oleju z butelki przez wokalistę, ani zamiana rąk i gitar u wioślarzy.

ImageSzybkie przepięcie i na scenie ląduje HOLY MOSES. I tu zaczyna się szaleństwo. Mimo iż nie jestem fanem tej kapeli, na krakowskim koncercie kupiła mnie i miło zaskoczyła. Sabina Classen miotała się jak dzikie zwierzę, zachęcając polskich fanów do zabawy. Nie obyło się bez plucia wodą i polewania obfitego biustu ku zadowoleniu tych z przodu. Brzmienie było w porządku. Selektywne i ostre. Basista i gitar plejer co chwilę zamieniali się miejscami na scenie. Łapali dobry kontakt z publiką, Rewelacja, pozazdrościć takiego scenicznego luzu. Na scenie pojawił się też specjalny gość, choć jak dla mnie było to trochę wymuszone i kiepsko zaaranżowane. Mowa tu o naszej rodzimej thrashowej wokalistce: Sylwi „Alkoholadzie” Papieskiej, zdzierającej gardło w THE NO-MADS. Lekko podchmielona Sylwia strzeliła jakąś śmieszną gadkę o tym, że jest dumna z obecności i zaśpiewania z kuzynką Sabinką, kwitując to głośnym „kurwa”. Taka dziecinada albo jak kto woli żenada, ale przynajmniej dziewczyny się pośmiały.

ImagePo HOLY MOSES nastąpiła dłuższa przerwa. Jeszcze kilka minut, a na scenie pojawią się oni – death metalowcy z Florydy. Nie wiem, co się stało tego wieczoru, ale koncert OBITUARY przyniósł wielkie rozczarowanie. Zaczęli dobrze, wszystko wyglądało elegancko. John Tardy chyba jest zakonserwowany, jego wokal przez lata w ogóle się nie zmienił. Nadal robi ogromne wrażenie, wciąż jest w pierwszej czołówce gardłowych tego gatunku. Włosy też ma niczego sobie, podejrzewam, że wprawił w kompleksy niejedną dziewczynę na sali. Jako iż chciałem ujrzeć zespół z różnej perspektywy, biegałem tu i tam co kilka kawałków. Początek spędziłem z prawej strony sceny, koło Ralpha Santolli i jego solowych popisów. Mój spokój zagłuszył jakiś zjarany łysol ze skrętem, który próbował poczęstować Ralpha dymkiem. Oczywiście po długich próbach podsuwania skręta pod nos Santolli natręt ustąpił, by po chwili wedrzeć się na scenę. Trzeba dodać, że ochrona była wyjątkowa agresywna. Miły przyjaciel zdołał się tylko uśmiechnąć przez trzy sekundy. Od razu został brutalnie usunięty ze sceny. Ochrona powykręcała mu kończyny i przy okazji nieco wtłukła. Dalej koncert przebiegał bez większych ekscesów. Nie wiem czemu, ale John nie łapał za bardzo kontaktu z publiką. W zasadzie ledwo co mówił pomiędzy utworami. Może panowie z OBITUARY mieli zły dzień, może się nie słyszeli. Grali jakoś bez serca, bez werwy. Pomiędzy kolejnymi utworami następowały długie przerwy, wyglądało to tak, jakby chłopaki nie mogli odnaleźć się na scenie. W głównej mierze przeważał nowy materiał. Ale usłyszeliśmy również trochę staroci: „Threatening Skies”, „By The Light”, „Slowly We Rot” i kilka innych hitów. Pod koniec koncertu nastąpiła nudna solówka na bębnach w wykonaniu Donalda, a tuż po niej instrumentalny popis Santolli. Zabieg zupełnie niepotrzebny, ale skoro wokół sami propagatorzy hasła: „Evita l’arte!”, to proszę bardzo… Niech i tak będzie. W owym czasie usypiałem z kolegą na trybunach, a John pojawił się tuż przed nami. Dokładnie na plecach zebranych na głównym placu. Jakiś szczęśliwiec zdążył go rozpoznać i cykną sobie fotkę, a reszta chyba w ogóle nie wiedziała, co to za facet. Byli bardzo przejęci solówką Ralpha.

Ogólnie koncert bardzo cherlawy. Za takie pieniądze i za taka markę spodziewałem się po OBITUARY czegoś więcej. Honor uratował HOLY MOSES. No cóż, może w Warszawie dzień później było lepiej. Niestety nie było mi dane się przekonać. Trochę zdegustowani udaliśmy się do szatni, a później każdy ruszył w swoją stronę rozmyślając, czy wskrzeszanie legendy i wielki powrót na scenę ma jeszcze jakiś sens w dzisiejszych czasach.

[Sabian, foto Kasia]