PANDEMONIUM, NORTH, COLLISION – 17.02.2012, Wrocław

PANDEMONIUM, NORTH, COLLISION

17.02.2012, Wrocław, „Madness”

Na koncert PANDEMONIUM ostrzyłem sobie ząbki już od dłuższego czasu. To jeden z niewielu bandów mojej szczeniackiej edukacji metalowej, którego – i tu pewnie niektórych zaszokuję – jeszcze nigdy nie widziałem „na żywca”. Aż sam jestem zaskoczony, gdy o tym wspominam, ale cholera, jakoś nigdy się nie złożyło.

Na szczęście moje wyczekiwania należą już do przeszłości, bo wreszcie, po kilku latach przerwy PANDEMONIUM w końcu zawitało do mojego Wrocławia.

Łodzianie, w związku ze zbliżającą się premierą nowej płyty „Misanthropy”, postanowili przedpremierowo wybrać się w małą wycieczkę po Polsce. Mimo średnio sprzyjającej aury, pojawili się na koncertowym szlaku w towarzystwie dzielnych wojów z NORTH oraz lokalnych supportów.

Akurat we wrocławskim „Madness” szansę na pokazanie się i zagranie u boku starych wyjadaczy otrzymał świdnicki zespół COLLISION. Chłopaki na scenę weszli około godziny 20.00 i wytrwali na niej prawie 50 minut. Dolnoślązacy uraczyli nas death metalem żywcem wyrwanym z lat 90-tych. Prawie w każdej nucie slychać było fascynację talentem nieodrzałowanego Chucka Schuldinera. Nie powiem, fajnie to brzmiało. Gołym okiem widać, że goście z COLLISION potrafią grać i muzycznie wypadają nieźle, ale do jasnej cholery – Panowie, na drugi raz więcej ikry! Scena jest po to, żeby ją podpalić, ba, spłonąć na niej. Tego oczekują fani metalu i po to się przychodzą na koncerty. Pomyślcie o tym. Techniczne umiejętności i zgranie to nie wszystko.

 

Chwilę po COLLISION sceną zawładnął toruński NORTH. Myślę, że określenie „zawładnął” trafnie oddaje to, co zobaczyłem w wykonaniu tej grupy. Ekipa dowodzona przez Sirkisa rozgrzała do białości zgromadzoną w klubie metalową brać. W przeciwieństwie do poprzedników, muzycy NORTH szybko złapali kontakt z publicznością i zarazili ją swą pogańską muzą. Świętujący 20-lecie zespół przez godzinę zmasakrował salę dźwiękami rodem z piekła, zgrabnie osadzonymi w stylistyce pogańskiej słowiańszczyzny. Wielkie dzięki dla NORTH za koncert, pozytywną energię i profesjonalizm. W pamięci na długo zostaną mi słowa Sirkisa, który grzmiał ze sceny: „Nie jesteśmy subkulturą emu. Chodźcie do nas. Zapraszamy na wojnę!”. Uwierzcie mi, NORTH to kapela, która wypowiada wojnę i potrafi ją wygrać, co nie zdarza się wielu zespołom popularniejszym od toruńskiego kwartetu.

Gwiazda wieczoru pojawiła się krótko po 22.30. PANDEMONIUM zagrał koncert, na jaki osobiście liczyłem. Setlista była wycieczką praktycznie przez całą twórczość grupy. W godzinnym koncercie zamknęły się kompozycje od czasów legendarnego „Devilri”, po numery z nadchodzącego „Misanthropy”.

Na pierwszy ogień poszły trzy kompozycje z okresu, w którym PANDEMONIUM działał jako DOMAIN. Po kilku taktach „Asaku Marsuti” było jasne, że Paul z kolegami – mimo dość spartańskich warunków – uczynią z tego show małe misterium. Lider „Pandy” był w swoim żywiole. Między utworami sączył piwo, przekomarzał się z publicznością. Rządził sceną! Po krótkiej wycieczce do albumu „Gat Etemmi”, przyszedł czas na utwory premierowe. Z niespotykaną siłą i energią wybrzmiały: „The Black Forest” i „God Delusion”. Co najważniejsze, obie kompozycje spotkały się z ciepłym przyjęciem publiki. Jednak najmocniejszym punktem wieczoru w mojej ocenie był „Unholy Existence”, który wypadł wręcz piorunująco! Dalej zabrzmiały utwory z wydanego w Mysticu „Hellspawn”, a całość uwieńczył majestatyczny „Memories”. Ta kompozycja ma bez mała dwie dekady, a brzmi tak świeżo, że odbiera mowę.

Gdy padły pierwsze riffy „Unholy Existence” oraz „Memories”, pomyślałem, że cofam się o te 15, 20 lat. Do czasów, w których wykówał się polski death metal. W jednej chwili przypomniałem sobie, że to właśnie na twórczosci PANDEMONIUM uczyłem się black i death metalu, a nie na muzyce uznanych firm zagranicznych. I teraz, po tylu latach wreszcie mogłem usłyszeć te dźwięki na żywo.

Piątkowy wieczór z PANDEMONIUM w roli głównej zapamiętam na bardzo długo. Zespół jest w znakomitej formie. Niech żałują ci, którzy nie widzieli tego koncertu. Muzycy obiecali, że jeszcze powrócą na trasę w tym roku. Liczę na większą ilość numerów z „Misanthropy”. Nie wyobrażam sobie w przyszłości show PANDEMONIUM bez takiej perły, jaką jest utwór „Stones Are Eternal”.

[Sebass]