Party San XIII 2007 – 9-11.08.2007, Bad Berka (Niemcy)


Party San XIII 2007:
KREATOR, GORGOROTH, MERCILESS, SECRETS OF THE MOON, DYING FETUS, PENTACLE, DISASTER K.F.W., IMMOLATION, DIE APOKALYPTISCHEN REITER, BEWITCHED, VADER, BELPHEGOR, EQUILIBRIUM, RED HARVEST, CLITEATER, KORADES, LAY DOWN ROTTEN, MALEVOLENT CREATION, ASPHYX, KORPIKLAANI, GRAVE, PRIMORDIAL, MELECHESH, HAEMORRHAGE, BLACK DAHLIA MURDER, LENG TCH’E, INTERMENT

9-11.08.2007, Niemcy – Bad Berka / Flugplatzwiese

 

Image

 

Pośród pewnej grupy metalowego społeczeństwa pomorskiej części naszego kraju od pewnego czasu furorę robi fachowe określenie dewiacji umysłowych zaawansowanego stopnia, określenie zawzięte z języka Szekspira i przecudnie przetransformowane na nasz swojski, pomorski grunt – „retardyzm”. Bycie „retardo” oznacza, w delikatnym tłumaczeniu, upośledzenie w stopniu, hm, dajmy na to lekkopółśrednim (i nikt nie wie, o co chodzi!). Taki zjazd „retardystów” miał miejsce na przełomie pierwszej i drugiej dekady sierpnia anno 2007. Miejscem zjazdu stało się dedeerowskie miasteczko Bad Berka. Zjazd można określić mianem spotkania dwóch kultur, które przerodziło się w jedną kulturę… Kulturę upodlenia!
Trasa z Tczewa do Niemców wynosi ok. circa 800 km w jedną stronę, 500 po naszej, 300 po ichniej. U Nas trasa ciekawsza, wykopy, roboty, radary, zwężenia, objazdy, a także tysiąc innych ciekawostek, jak na ten przykład zwinięty asfalt! U Nich, od granicy pod samą Bad Berkę (zjazd z autostrady wynosi 10 km) wali się 2-3-pasmową autostradą, darmową, jakby kto nie wiedział.
Wyruszyliśmy we cztery osoby, zahaczając po drodze o miejscowości zwane Nowa Sól i Kożuchów. Do Bad Berka przybyliśmy w ośmioosobowej brygadzie, gdzie część uczestników wyjazdu zdążyła nabrać alkoholowych rumieńców już na trasie w pędzących wesoło samochodach.

ImageBad Berka powitała nas deszczem i niestety tak miało już zostać przez cały okres pobytu na Party San. Ale przecież nie pogoda jest tu najważniejsza, zresztą deszcze niespokojne nam nie straszne, wręcz upojne. Takoż i patrząc na strugi deszczu i raz po raz przebijającego przez nie słońca, rozpoczęło się odstresowywanie. Ekipa pomorska w składzie: Dołek – zakała miasta Tczewa, rzępolący w komercyjnym gównie zwanym GOAT TYRANT i do tego piszący jeszcze jakiegoś szmatławego zina, na złość polskim „metalowcom” po angielsku, jego sympatyczna kobita Aga (szacunek za wytrwanie przez 3 dni z tą zdziczałą hołotą, no chyba że … hm, to było zbieranie materiałów do przyszłego doktoratu z obserwacji patologicznych zachowań przedstawicieli pewnej subkultury!), Pele czyli Mistrz Patelni i Pogromca Cipek, człowiek ogarnięty … no nieważne, po prostu Mistrz, a na końcu skromna osoba autora tegoż felietonu, czyli von Mortem, bidny, bo kierował w tamtą stronę, gdy dookoła strumieniami lało się piwsko! Dziękujemy!
Zaczynamy! Na rozgrzewkę po 2/3 piwka i z otchłani bagażnika wyłania się słynny już w pewnych kręgach wyrób o nazwie „Pomorzanka”. Ekipa z zachodnich rubieży jednakże nie próżnuje; skład solidny, z niejednej flaszki chłopaki pili; oto i oni: Mortis – Szef Wszystkich Owsiakowców, człowiek obdarzony niezwykłym talentem rysowniczym, jak również znany z ohydnego i zabójczego konsumpcjonizmu, Klaudiusz Witczak – artycha, kto nie zna prac jego, ten jest pizdeczką, a nie fanem prawdziwego metalu, Wodzu – Człowiek, Który Na Żywo Widział LIVING DEATH, właściciel 200 metrów barierki pod sceną opisywanego festiwalu i na koniec druh jego wierny Dziku – bestialstwo w najpiękniejszej formie, zero zahamowań, jedziemy na maxa! Radość z konsumpcji i solidarność upodobań powodują, że pomimo pogarszających się warunków atmos(ph)ferycznych humory dopisują coraz bardziej.

ImageCzas dotrzeć na miejsce obrzędów, bo z każdą godziną pole będące na 3 dni domem kilku tysięcy fanów zamienia się w potężne bagno. Po drodze zgarniamy ekipę Włochów i wspólnym szturmem bierzemy bramy festiwalu. Wypadki od szturmu bramy zaczynają toczyć się chaotycznie, bez ładu i składu większego, deszcz przybiera na sile. Cel dnia – obejrzeć PENTACLE i MERCILESS. W oparach alkoholu i strugach wody znajduję namiot, w którym serwują paszę. Zamawiam sam nie wiem co, ale jest całkiem smaczne i syte. Drużyna się rozpierzchła, jak się później okazało, każdy walczył na własną rękę.

Biegnę pod scenę, skąd dochodzą mnie znajome dźwięki wojowników z PENTACLE, choć początkowo, obezwładniony umysłowo promilami, sądziłem, iż to ASPHYX. Mniejsza o to. PENTACLE wymiata jak należy, pomimo padającego deszczu, bania równomiernie kołysze się w rytm serwowanych death metalowych riffów. Krzyczę, ile sił w gardle. Nieopatrznie napatoczył się Dziku, więc krzyczymy razem i machamy baniami, ile wlezie, wzbudzając lekką konsternację wśród pogrążonych w stagnacji Niemców. PENTACLE kończy, na scenie zaczynają rozkładać sprzęt dla DYING FETUS. Nie powiem, lubię ich, nawet chętnie bym obejrzał twórców „Killing On Adrenaline”, ale deszcz przybiera na sile. Zaczyna się też dawać we znaki nieprzespana noc i 400 km za kółkiem. Biegnę tedy psim swędem do samochodu, rozrywając na łbie naciągniętą na maksiora katanę. Zaliczam podwójny sukces – trafiam za pierwszym razem i nie przewracam się w soczyste błoto. W samochodzie niestety małe fa paux – na tylnym siedzisku Pele zalicza pierwszą niemiecką metalówkę. Jednakże chęć spania jest większa, kulturalne „pardon” i zalegam na przednim fotelu oparty o kierownicę… Dołek mówi, że MERCILESS lekko go rozczarował, ponoć na samej scenie nic się nie działo, wyszli, zagrali i poszli…

Nadchodził dzień prawdy…

„Hokka Hey, Hadree Hadree Sucomee. Dziś jest dobry dzień do bitwy. To również jest dobry dzień do umierania!” – tak brzmiało wojenne zawołanie Indian z plemienia Santee Dakota. Pole, na którym odbywał się zjazd pt. Party San, pierwszy bojowy wrzask usłyszało drugiego dnia punktualnie o godzinie 6.47 rano. Z dwóch zaparowanych aut i jednego, niewiadomo właściwie jak, skleconego namiotu wypełzły dziwne postacie. Akurat nie padał deszcz i to miało potężny wpływ na rozwój dalszych zdarzeń. Picie piwa w rytm dźwięków kultowych CARNIVORE i REPUGNANT, dla dwóch osobników – mianowicie Dzika i Mortisa ok. godziny dziewiątej zakończyło się upadkiem, w pełnym tego słowa znaczeniu. Ci panowie przegrali z wszechmocnym alkoholem i po uprzednim obtoczeniu się na błotnistej glebie, zalegli. Niestety pozostała ekipa nie wyciągnęła z tego żadnych wniosków. Co by nie przeszkadzać dostojnie śpiącym, udano się na pielgrzymkę do Bad Berka celem uzupełnienia zapasów napitku i jadła, tudzież rzucenia okiem na uroki rzeczonego miasteczka. Po dotarciu w okolice tzw. centrum, w lokalnym sklepie jakowejś taniej sieci dokonano zakupów atrakcyjnie taniej wódki i piwa. Żeby nie próżnować, konsumpcja odbywała się typowo po polsku, czyli w bardzo bliskim sąsiedztwie dyskontu. Jedna butla wódeczki to wszak za mało, w sumie liczba flaszek z tym trunkiem uległa znacznemu zwiększeniu. Robienie sobie zdjęć z przedstawicielami lokalnej społeczności, zarówno starszymi jak i młodszymi, płci pięknej i brzydkiej, jedynie wzmogło poczucie komfortu. No i w końcu nie padało. Padł za to, śpiewając uprzednio z Wodzem piłkarskie przyśpiewki, piszący te słowa. Kolejna ofiara apokaliptycznej bitwy, jeszcze wstał, doszedł do zamówionego, nie wiadomo skąd, samochodu, jeszcze chwilę walczył na polu namiotowym, lecz legł. Tak nadchodził dzień zwycięstwa…

Dzień trzeci!

Tak jak poprzednio, obudziłem się w samochodzie, jednakże w komfortowych wręcz warunkach. Otóż udało mi się przespać na tylnej kanapie! Poranek był okrutny, szaro-bure niebo, denerwująca mżawka i czarodziej Pele, który zjawił się znikąd i przez uchylone okno uratował mi życie lejąc wprost do gardła paskudne niemieckie piwo, które naówczas wydawało mi się nektarem. Nieco otępieni, ale powoli łapiący kontakt z rzeczywistością, poczłapaliśmy z Pelem i Klaudkiem rzucić okiem na pobojowisko, wypić dla orzeźwienia piwo i zjeść coś ciepłego. Po powrocie, który stawał się coraz gorszy (takich połaci, tak mazistego i grząskiego błota nie widzieli chyba najstarsi owsiakowi woodstockowcy), do uszu naszych doszły nieludzkie wrzaski dobiegające ze sterty materiału, która kiedyś tworzyła namiot. To pan Michał D., jak się okazało ostatnia i chyba najbardziej pokrzywdzona ofiara dnia poprzedniego. Człowiek ten zaliczył totalnego zgona i ostateczny upadek, który przesądził o jego, ledwie przechodzi mi to przez gardło, abstynencji dnia trzeciego.

Image

PRIMORDIAL

No, to teraz będzie też i trochę o muzyce! Nim ta zaczęła lać się na nas ze sceny, bo to, że z nieba lało ponownie chyba nie muszę ponawiać, poszliśmy spenetrować stoiska. Powiem tak – ja kupiłem mało, ale panowie Mortis i Dołek poszaleli. Wybór winyli, koszulek, CDs od zajebania i to często rarytasy, których nie uświadczycie. Ceny do zniesienia, czasem trafi się coś naprawdę taniego. Przegryzając jakimś kebabem poszliśmy obejrzeć otwierający INTERMENT (nie mylić z azjatyckim bandem o tej samej nazwie). Całkiem ciekawy, chwytliwy i mocny thrash/death przyjemnie pogłaskał małżowiny. Szwedzi grają równy, miarowy i intensywny mjusik, wplatają nieco melodii i zgrabnie im to wychodzi. Trzeba by się rozejrzeć za czymś z ich repertuaru. Odpuściliśmy sobie LENG TCH`E, penetrując stoiska. Po nich na scenę wkroczył MELECHESH i zagrał konkretny set. Ich nieco surowy, mroczny black/death z precyzją bokserskich ciosów wypunktował publikę. Zagrali właściwie przekrój po albumach, pokazując kunszt i zapodając nieco szatana ze sceny. PRIMORDIAL – byłem ciekawy tego lubianego przez mnie zespołu. Wokalista, ogolony na glacę, wyszedł na scenę z trupim makijażem, uwijał się, biegał, niewątpliwie był czołową postacią ich spektaklu, jednakże sama muza nieco rozczarowała. Były rytmiczne, nieco transowe gitarowe pasaże, nawet wszystko w dobrym tempie, coś z „A Journey`s End”, ale po prostu czegoś brakowało w występie PRIMORDIAL. W połowie występu poszliśmy więc skonsumować co nieco. Kolejny na scenie zamontował się GRAVE. Fajnie było zobaczyć ich po 15 latach. Może nie było rewelacji, ale świdrujące gitary zrobiły, co miały zrobić. Rasowy, szwedzki death metal. Mocny, konkretny, miarowo tnący. Poza ostatnimi albumami „As Rapture Comes” i „Fiendish Regression” poleciały hity z „Into The Grave” czy „You`ll Never See” (bodajże tytułowy zamknął cały występ)! Ominęliśmy z daleka ekipę wioskowych tancerzy z KORPIKLAANI i przyszedł czas na gwiazdę, prawdziwą gwiazdę tego wieczoru – ASPHYX! Zeszli się ponoć specjalnie na ten festiwal, tak więc zaliczenie ich koncertu stanowiło naprawdę nie lada gratkę. Zagrali, kiedy zapadł już zmrok; scenę oświetliły iście diabelskie smugi świateł. Brzmienie gitar – żyleta, po prostu cięły na kawałki. Same hity – debiutancki „The Rack” poleciał w całości z kultowymi „Pages In Blood”, „The Sickening Dwell”, „Diabolical Existence” czy „Wasteland Of Terror”! Olbrzym Van Drunen wypluwał się z siebie histeryczne wrzaski, cały zespół dawał z siebie wszystko. „Mss Bismarck”, „Last One On Earth” to kolejne nieśmiertelne hity, można było jedynie chłonąć, machać do bólu karku głową i słuchać. Misterium dźwięku rozświetlały buchające na scenie ognie, w pewnym momencie w górę poleciały także sztuczne ognie, jakby na cześć Holendrów. A ci nie przejmując się, niszczyli publikę dalej. Doskonały występ. I tyle. Warto było zeszmacić się przez 2 dni i powstać na ASPHYX! Wychodzący po ekipie Van Drunena GORGOROTH żeby nie wiem jak się starał, nie mógł przebić poprzedników. Przepisowe make upy, tudzież corpse pointy, szybki, szatański, norweski black metal w czystej formie, jednakże, jak mówię, akurat nie tego wieczoru. Owszem, Norwegowie zagrali na poziomie, nie było żadnych atrakcji (a w sumie szkoda), lecz ich występ pozostał jak dla mnie bez echa.

I tak właściwie zakończył się Party San anno 2007. Pozostało mało wygodne (bo bardziej na trzeźwo) spanie w aucie i ranne oczekiwanie na zaginionego w akcji Mistrza, który w końcu się pojawił z twarzą ukazującą trudy i znoje festiwalowych podbojów miłosnych. Umorusani, brudni, śmierdzący, młodsi o parę lat i poza chwilami zwątpienia, kiedy na autostradzie nie było stacji z gazem, a limit tegoż wedle wskazań licznika powinien był już dawno zostać wyczerpany, dojechaliśmy pod wieczór do miejsca zwanego Tczewem.

Matki! Apeluję do waszych serc i sumień – nie puszczajcie swoich pociech na Party San!!! Miło jest, kiedy dookoła nie słychać rodzimego języka, nie trzeba być czujnym na każdym kroku i nie trzeba się „bratać” z bezwartościowymi, wakacyjnymi „metalowcami”! Ave!!!

 

[von Mortem]