Powroty – radość czy łzy? (ankieta)

 

Image

W ostatnich latach obserwujemy powroty legendarnych zespołów wszelkiej maści. Odradzają się jak feniks z popiołów, nagrywają premierowe płyty (które często ukazują się równolegle z różnymi reedycjami), a nawet stare po nowemu,
ruszają w trasy koncertowe i w ogóle przeżywają drugą młodość,
przy okazji inkasując niemałe sumki. W końcu mają swoją markę, uznawane są za prekursorów lub są nazywane kultowymi… Niestety często jest to odcinanie kuponów dawnych osiągnięć i typowo komercyjne posunięcie.

Czy bogowie metalu muszą grać wiecznie?
Kilka osób związanych ze sceną podziemną wyraziło swoją opinię, które
„wielkie powroty” ostatnich lat i nowe płyty starych kapel zaskoczyły ich i ucieszyły,
a które woleliby puścić w niepamięć, bo to wstyd i hańba…
Image
Mateusz – Forgotten Chapel `zine:

Jakiekolwiek powroty większych czy mniejszych zespołów osobiście nie niosą dla mnie większego ładunku emocjonalnego. Wynika to z faktu, iż skupiam się raczej na konkretnych wydawnictwach, a nie samych kapel. Nie śledzę konsekwentnie poczynań prawie żadnej grupy, nie wykupuje całych dyskografii, nie mam jednego ulubionego bandu, o którym wiedziałbym wszystko. Stąd też nie zawsze zdaję sobie sprawę, że jakiś zespół już nie gra, powrócił albo zawiesił działalność. Nawet gdybym bardzo chciał śledzić jakąś znaną kapelę, byłoby to dosyć trudne, gdyż wiedzę opieram na podziemnych nieregularnikach, gdzie więcej można się dowiedzieć o jedno-demówkowych grupach z końca świata i sytuacji koncertowej na Malcie, a nie o tym, kto śpiewa obecnie w IRON MAIDEN i z czym powrócił ASSASSIN. Pewnie zaraz pojawią się komentarze, że jestem zbyt podziemny, ale mi to nie przeszkadza. Po to wybrałem podziemie, aby być jak najdalej od profesjonalnego rynku muzycznego i zasad nim rządzących.
Wracając do głównego wątku, gdy dostałem temat ankiety, zacząłem się mimowolnie zastanawiać nad konkretnymi powrotami, na których mógłbym oprzeć moją wypowiedź. Przyznam szczerze, że niezbyt wiele przykładów przychodziło mi do głowy. Jedyne, co wciąż kołatało mi się w głowie, to S.O.D znany też jako STORMTROOPERS OF DEATH. Ten zespół poznałem na początku mojej przygody metalowej, ale i tak z prawie dziewięcioletnim opóźnieniem. Spontaniczny i żywiołowy „Speak English Or Die” wywarł na mnie piekielne wrażenie, ukazując mi hard core`owe szaleństwo lat `80 i wspólne korzenie gatunków, obecnie dosyć wyraziście rozdzielonych. Album ten jest totalną rozpierduchą, niekoniecznie na poważnie, wypełnioną ciętym, wręcz ofensywnym humorem i szczerym do bólu przekazem. Z racji, że S.O.D to jednak bardziej projekt niż pełnoprawna kapela, niewiele było dla mnie do odkrycia oprócz tego LP. Stąd jak tylko dowiedziałem się o reaktywacji, zdobyłem „Bigger Than The Devil” i pełen ciekawości zarzuciłem tę płytkę dosłownie w biegu na walkmanie. Kto śledził, ten wie, że dla większość maniaków okazała się ona małym niewypałem. Z S.O.D uleciała gdzieś świeżość, szaleństwo i spontaniczność. Album, choć przyzwoicie odegrany, nie wniósł nic ciekawego, nie zaskakiwał. Zdawałoby się, że wypełniony jest odpadkami z sesji ANTHRAX (killers), M.O.D czy też samego S.O.D. Już sama ilość utworów i ich długość mogłaby świadczyć, że chyba chłopakom brakło weny. Zniknęła też gdzieś punkowa zadziorność i surowość nagrania, zastąpiona bardziej oczywistymi hard core`owymi riffami. Utwór, który pamiętam najlepiej, to „Dog On The Tracks”, który trwa tyle, ile może trwać konfrontacja psa z pędzącą lokomotywą, czyli ok 1 sekundy:-). Powrót S.O.D nie przyniósł mi ani radości ani łez, może tylko małe rozczarowanie, gdy spojrzę na to przez pryzmat debiutu. Jednakże i płyta „Bigger Than The Devil” sam w sobie posiada dosyć ciekawe walory, choćby humorystyczne. Nadal zdarzy mi się ją zapuścić i słucha się całkiem przyjemnie.
Zmierzam do tego, że to nie jest ważne, czy to powrót czy nie – najważniejsza jest muzyka zawarta na wydawnictwie. Wszystko sprowadza się do ukochanych metalowych dźwięków, wiec nie ważne, czy to odgrzany DESTRUCTION czy dwu-demówkowicz z Pagórkowa Dolnego po siedmiu latach absencji na scenie. Liczy się muza i pasja. Porównanie, choć może zdawać się drastyczne, dla mnie jest naturalne, bo obydwa zespoły mają taką samą szansę zaistnienia w mojej kolekcji jako wydawnictwa specjalne, grane często, czasem bez przerwy:-). Reasumując, nie ważne, kto gra, ale co gra. Podmiotem jest muzyka, a nie wykonawcy i marka. Oczywiście ważnym aspektem są jeszcze postawy i motywacje, które wyraźniejsze i łatwiejsze do rozszyfrowania zdają się na scenie podziemnej, ale to temat na inną ankietę. Bo chyba nie tylko ja podchodzę sceptycznie do powrotów, które odbywają się w blasku fleszy i stanowią kontynuację legendarnej bądź szeroko znanej i rozpoznawalnej nazwy, czasem nawet bez oryginalnych muzyków. Zdrówko!

 

Rafał – Radio Nakło:

A tam, powroty… Moim zdaniem nie ma, co robić jakiegoś zamieszenia wokół tego zagadnienia. Muzycy są wolnymi ludźmi, tak jak wszyscy fani metalu i mają prawo kontynuować działalność swoich zespołów, jak również w dowolnej chwili ją zawiesić. Uważam, że jeśli jakaś kapela decyduje się odejść w niebyt, to należy taką decyzję uszanować i skupić się na milionie innych grup, w które obfituje obecna scena metalowa. Oczywiście boli bardziej, gdy instrumenty (i struny głosowe) na kołku decydują się zawiesić ci najwięksi czy najbardziej ulubieni, ale wydaje mi się, że prawda jest taka, iż wcześniej czy później powrócą. No chyba że to nie będzie możliwe z przyczyn naturalnych, typu śmierć członka grupy lub, nie daj Boże, całego składu. Swego czasu rozpętała się prawdziwa karuzela z powrotami, jednymi mniej, drugimi bardziej udanymi, jak to w życiu bywa. I ona kręci się w sumie do dziś, z mniejszym lub większym rozmachem i coraz mniej przestają dziwić mnie reuniony bandów, które to niby rozpadły się na zawsze. Osobną kwestią jest motywacja, dla której muzycy ponownie krzyżują swoje drogi. Przyglądając się z boku, można doszukiwać się jakiegoś drugiego czy nawet trzeciego dna w reaktywacjach kolejnych składów, ale z drugiej strony, oddani fani mają w dupie, czy ich ulubieńcy schodzą się dla kasy, czy bo kurwa – tak. Ważne, że znowu są, grają koncerty, a może nawet wydadzą nową płytę. I to jest piękne w tym całym show businessie.

 

Maciek – fan:

Wiesz, jak to jest z powrotami… Najczęściej jest to skok na kasę, ale nikt tego z kapel nie mówi i mało którym grupom się udaje. Do zespołów, które wróciły i cieszą mnie, mogę zaliczyć: EXODUS (trzy świetne płyty po powrocie), ONSLAUGHT „Killing Peace” (moc), ARMAGEDON (świetny materiał po wielu latach), CONDEMNATION „Abyssies…” (polski band, który wrócił po wielu latach nieobecności, na razie tylko z CD. Dobry powrót odnotował SUFFOCATION (koncertowo masakra, z płytami trochę gorzej) i bardzo wyczekiwany, w pełni zasłużony powrót ASPHYXZ (materiał „Death.. The Brutal Way”. Rozczarowania, jak dla mnie z powrotami i albumami to CYNIC, PESTILENCE, OBITUARY, GRAVE. Uważam, że tym kapelom się nie udało. To by było na tyle, choć oczywiście powrotów było więcej. Teraz wszyscy się reaktywują i wracają do żywych, ale tylko nielicznym się udaje.

 

Major – GORTAL:

Powroty przybrały formę masową. Dla mojej generacji są to często zespoły – symbole, dla młodych niemalże wizyta w Parku Jurajskim.
Zacznę od krajowego światka. Trudno podejrzewać i tłumaczyć, by chęć powrotu do grania ekstremalnego metalu była czymś innym niż pasją i chęcią samorealizacji twórczej. Jak powiedział mój znajomy Jacek Grecki z reaktywowanego w zeszłym roku LOST SOUL: „Chcesz grać death metal, to płać”. Takie są polskie realia i chyba każdy zdaje sobie z tego sprawę. Skoro znamy już motywację większości, przejdźmy do faktów.
Jako pierwszy ważny powrót odnotowałem comback CHRIST AGONY. Cezar wrócił w bardzo dobrym stylu, a że pasję do grania metalu posiada wielką, dostaliśmy dwa bardzo dobre materiały, wskrzeszające pierwotny duch zespołu – EPkę „Demonology” i płytę „Condemnation”. Równie pozytywne wrażenia mam w przypadku „Hellspawn” autorstwa PANDEMONIUM. Trzeba jednak pamiętać, że i CHRIST AGONY i PANDEMONIUM działały pod innymi szyldami. Choć powrót do wysokiej dyspozycji jest w ich przypadku zbieżny z powrotem do klasycznych nazw. I jak tu nie wierzyć w piekło…
Kolejnym i chyba najważniejszym powrotem był jednak reunion ARMAGEDON po kilkunastu latach milczenia. Braci Maryniewskich miałem przyjemność poznać podczas XXV-lecia VADER w Stodole. I po rozmowach ostro zakrapianych wysokoprocentowym alkoholem spodziewałem się, że płyta, którą szykują, nie może być rozczarowaniem. Dla nich metal to cały czas wielka pasja. Tak też się stało. „Death Than Nothing” to jedno z najlepszych polskich wydawnictw w obecnym roku, materiał będący godnym następcą kultowego „Invisible Circle”, zawierający, jak się okazało, niezniszczalnego ducha ARMAGEDON z minionych dekad.
Wspomniałem powyżej o LOST SOUL. Przerwa w ich działalności trwała dość krótko, lecz znaleźli się tacy, którzy zdążyli pogrzebać Wrocławian. Na szczęście Jacek skompletował nowy skład, powstała nowa płyta, która wyjdzie niebawem nakładem Witching Hour Prod. Ze względu na powiązania personalne, trudno mi w tym przypadku zachować obiektywizm, ale uważam, że „Immerse In Infinity” będzie krążkiem niezwykle udanym, który z miejsca przywróci LOST SOUL do ścisłej czołówki w Polsce, jak również nie pozostanie bez odzewu za granicą.
Porzucę w tym miejscu rejony ekstremalne, bo nie sposób pominąć w tym zestawieniu TENEBRIS. Zespół ze wszech miar unikalny. Tyleż wartościowy, co pechowy i niezrozumiany. Podziwiam zapał Szymona, który wbrew trendom realizuje swoje ambitne wizje artystyczne i życzę grupie solidnego kontraktu z perspektywą na lepsze jutro. Jest tego warta, jak mało kto. Skoro dotarliśmy do Łodzi to musi paść nazwa IMPERATOR. Wróble ćwierkają, że reaktywacja staje się coraz bardziej realna. Oby się spełniło.
Jakiś czas temu przeglądając Metal Archives uświadomiłem sobie, że Rob Bandit z MAGNUS przeobraził się w faceta, który śpiewa dzieciom. Na szczęście nie ma tu mowy o niezdrowej metamorfozie, jaką przebył były gitarzysta ACID DRINKERS, co pozwala mi ze spokojnym sumieniem puszczać hity Killersów mojej córce. Gdyby jednak chęć zakładania gwoździ i żelastwa powróciła, nie miałbym nic przeciwko.
Kto jeszcze? Przychodzą mi do głowy takie nazwy jak BETRAYER i DAMNATION. Niestety, z tego co wiem, szanse na powrót jednych i drugich są właściwie żadne.
Oczywiście dużo większy wysyp powrotów można zaobserwować zagranicą. W największym stylu powrócił CELTIC FROST. Moim zdaniem „Monotheist” to duże wydarzenie i dowód na wielki talent Szwajcarów. Poza tym jakiejś ogromnej ekscytacji nie zanotowałem. No może poza bardzo dobrymi dwoma albumami GOREFEST i zupełnie nieoczekiwanym atakiem UNANIMATED, który nagrywając „In The Light of Darkness” wypełnił udanie niszę po DISSECTION i zdeklasował przy okazji swoją wczesną twórczość. Poza tym pomimo niefortunnych deklaracjach Patricka Mameli i znudzeniu metalem pod koniec lat `90, PESTILENCE nagrał w miarę udaną płytę. CYNIC zanudził, nie jestem w stanie słuchać miałczenia Masvidala. Zresztą uważam, że „Focus” nie wytrzymał próby czasu i poza wirtuozerią instrumentalną album ten nie proponuje nic ciekawego. Bardzo byłem ciekawy, jak potoczą się dalsze losy DARK ANGEL. Zapowiadany powrót oznaczał niestety jedynie pojedyncze koncerty, a po wypadku Rineharta zespół definitywnie poszedł do piachu.

 

Michał Kapuściarz – dziennikarz, promotor:

CELTIC FROST. Wszystko wskazuje na to że powrót tylko na jeden album, ale za to jaki. „Monotheist” pozamiatał!
FAITH NO MORE. Na razie koncertowo, ale nie ukrywam, że płyta byłaby wskazana. FAITH NO MORE to zespół, który chyba ma jeszcze wiele do pokazania.
EXODUS. Powrót wysoce wskazany. Dobra, równa forma – thrash w najczystszej postaci!
IMMORTAL. Tu mam wiele wątpliwości. IMMORTAL powinien być w lesie, a nie na największych scenach Europy.
PESTILENCE. Zamiast muzycznego wizjonerstwa – równanie w dół do niskiej obecnie death metalowej średniej.
CYNIC. „Traced In Air” to nie jest płyta na miarę „Focus”, ale z czasem coraz bardziej się przekonuję, że to uzasadniony comeback.
CARCASS. W ten powrót nie wierzę, czas Carcassowej patologii jednak już minął.
AT THE GATES. A tu wręcz przeciwnie, THE HAUNTED nigdy mnie nie przekonał. Lindberg i bracia mają chyba duży apetyt na wspólne granie. „Slaughter Of The Soul” nie przebiją, ale próbować warto.
BRUTAL TRUTH. Ponad dekada przerwy, a oni dalej miażdżą kości, jak na „Need To Control” czy ” Extreme Conditions Demand Extreme Responsem”.
To chyba wszystko. Poza małymi wyjątkami jednak powroty udane. A może po prostu zapomniałem o tych nieudanych…