Przemek Jurek: „Metal i okolice”

P.Jurek_Kochanowo.i.okoliceCzy tylko muzyką człowiek żyje? Oczywiście, że tak! Ale czy każdy wywiad na naszych łamach musi dotyczyć kapel? Ta kwestia nie jest już taka oczywista. Postanowiłem wyłamać się i pierwszą rozmowę w nowym 2014 roku przeprowadzić z prawdziwym „Autorem Widmo”.
Przemek Jurek, bo o nim tu rzecz, to postać nietuzinkowa. Dziennikarz muzyczny, dramaturg, scenarzysta i jak się okazuje… fantastyczny rozmówca. Na swoim koncie ma kilka znakomitych pozycji, w tym gorąco przyjęte „Kochanowo i okolice”, czy „W pogoni za METALLICĄ”.
Przybliżam Wam osobę, która za chwilę może być na ustach całego literackiego światka w Polsce.

 

Na rynku pojawiły się dwie znakomite pozycje książkowe, w których maczałeś paluszki. Rok 2013 był dla Ciebie dobry?

Dobry. Wydawnictwo Anakonda wznowiło moje „Kochanowo i okolice”, a potem dostałem propozycję, również od Anakondy, napisania książki „w imieniu” Piotrka Kowieskiego – o jego fascynacji METALLICĄ i koncertowych podróżach po świecie. Książka „W pogoni za METALLICĄ” ukazała się w połowie grudnia 2013, a ja miałem okazję być, nazwijmy to, jawnym ghostwriterem (moje nazwisko znalazło się na okładce). Ciekawe i pouczające doświadczenie. Poza tym „Kochanowo i okolice” trafiło na deski dwóch teatrów. Od lutego grane jest w Teatrze Ludowym w Krakowie, a od maja w Teatrze Dramatycznym w Warszawie (tam pod tytułem „Exterminator”). To tak w skrócie – bo trochę się działo. I na szczęście, dzieje się nadal…

 kochanowo.i.okolice_teatr

W Twoich publikacjach motywem przewodnim jest muzyka, może dokładniej – metal. Zapytam trywialnie: „Leo Why?”

To od zawsze była moja największa fascynacja. Gdy rodzice kupili mi gitarę i gdy okazało się, że po opanowaniu podstawowych chwytów, niczego bardziej skomplikowanego nie jestem w stanie się nauczyć, pozostało mi o muzyce pisać i w literacki – czy też, co gorsza, publicystyczny – sposób rekompensować sobie niedostatki talentu. Czyli w moim przypadku potwierdza się obiegowa opinia, jakoby za pisanie o muzyce brali się ci, co sami chcieliby grać, ale nie umieją.

Twoje zainteresowanie muzyką rozpoczęło się…?

Wtedy, gdy odkryłem zespół Kombi, czyli mniej więcej w roku 1984. „Kochanowo” nie jest książką autobiograficzną, ale akurat w tym przypadku doświadczenia moje i mojego bohatera, Marcysia, pokrywają się niemal dokładnie. Metal odkryłem z kolei dopiero pod koniec tamtej dekady. Gdy było się fanem Kombi, grupy takie jak TSA czy TURBO omijało się szerokim łukiem. Nie da się zrobić skoku między jedną estetyką a drugą, od Kombi do metalu trzeba było iść powoli. Czyli – przez pudel metal po prostu…

Czy lata 80-te w heavy metalu były najlepsze dla tego gatunku?

Zapewne tak. Dla heavy metalu na pewno, dla metalu w ogóle – niekoniecznie. Sporo fajnych rzeczy działo się przecież na początku lat 90. Ale heavy metal lat 80. był wielki. Jak wspomniałem, poznawałem go u krańca dekady, więc gdy METALLICA nagrywała „…And Justice” a SLAYER wydawał „South Of Heaven”, ja słuchałem takich tytanów łomotu jak DEF LEPPARD, SCORPIONS i BON JOVI, ale z perspektywy lat widać wyraźnie, że w tamtych czasach powstawały dzieła epokowe, które na zawsze pozostaną klasykami. „Hysteria” czasem łapie się w jakieś rankingi, ale niestety dość rzadko.

przemek.jurekZanim szerzej pogadamy o Twoich publikacjach, opowiedz o swojej przygodzie dziennikarskiej. Trochę tego było: Onet, „Przekrój”…

W „Przekroju” byłem satyrykiem, przez 10 lat miałem tam swoją autorską rubrykę „Kinoteatrzyk Przemka Jurka”. Jako dziennikarz współpracowałem z dziennikiem „Polska”, pisałem o telewizji dla ichniego „Tele Magazynu”. Miałem swoje felietony w „Gazecie Dolnośląskiej”, a jako dziennikarz muzyczny współpracowałem z kolei z Onetem i Nutą.pl. O wszystkim mówię w czasie przeszłym, bo wiadomo, jak jest. Media drukowane ledwo zipią, „Przekroju” już nie ma, choć niewykluczone, że się jeszcze reaktywuje, portal Nuta.pl płacił bardzo marnie albo wcale, więc po jakimś czasie dałem sobie spokój, a z Onetu sam zrezygnowałem, gdy poczułem, że jedynym wyjściem dla freelancera jest korekta kwalifikacji. Dziś czuję się głównie scenarzystą i dramato- czy raczej: komediopisarzem. Ale od bardzo niedawna współpracuję z portalem Wroclaw.pl. Zapowiadam koncerty, a potem zdaję z nich relacje. Fantastyczna robota.

Przy okazji tej pracy miałeś okazję rozmawiać z masą artystów. Z kim rozmowa była przyjemnością, a z którym z rozmówców przechodziłeś istną katorgę?

Katorgi nie było nigdy. Bardzo oryginalny wywiad, bo śmieszno-straszny, miałem za to z Piotrem Luczykiem dla Onetu, tekst jest do znalezienia w sieci, polecam, bo do dziś chyba się nie zdezaktualizował… Najprzyjemniejszą rozmowę odbyłem natomiast – ale to już dla „Tele Magazynu” – z Grzegorzem Wasowskim. I z Anną Dymną. W obu wypadkach miałem poczucie, że rozmawiam z ludźmi dużego formatu, ale kompletnie nie zblazowanymi, emanującymi autentyczną i niewymuszoną życzliwością.

Ok., ruszmy temat książek. „Kochanowo i okolice”. Znakomita lektura, okraszona fantastyczną szczyptą humoru. Wstępem do tej opowieści była sztuka. Przybliż (tym którzy nie znają tematu) genezę całego zamieszania.

Sztuka była potem, po powieści. Powieść była jednak najpierw. A jaka była geneza? Chciałem napisać książkę, której akcja działaby się na prowincji. Ale normalnej prowincji – takiej, na której można zwyczajnie żyć, niekoniecznie marząc o ucieczce w wielki świat. I takiej, która nie jest też jakąś wydumaną, serialową idyllą. Coś tam już nawet zacząłem pisać, ale szło mi bardzo opornie. I wtedy przypomniałem sobie, że gdy zostałem stypendystą Gminy Kłodzko jako poeta (pisałem kiedyś wiersze i nawet je drukowano!), było to w 1998 roku, lokalne władze zapałały słuszną w zasadzie ochotą, by chwaląc się mną, pochwalić się swoją wielkodusznością. I zacząłem być zapraszany na imprezy typu dożynki. Ja, poeta, piszący śmiertelnie poważne wiersze o śmierci. Wyobraź to sobie. Stadion, wystawa drobiu, kiełbaski, baloniki, konkurs na najcudniejszy wieniec, a w środku tego ubrany na czarno desperat deklarujący w pełnym słońcu, że świat jest do dupy. To nie mogło się udać, więc wykręcałem się, jak tylko mogłem. Zanadto poważnie siebie traktowałem, to na pewno, ale cóż, do pewnego wieku człowiek ma jakieś zasady, potem już tylko próbuje się sprzedać jak najdrożej… No więc przypomniałem sobie o tym wszystkim – i tak zrodził się pomysł na „Kochanowo i okolice”.

kochanowo.i.okolice_reklama

Do kogo, według Ciebie, adresowana jest ta pozycja?

Chyba do wszystkich, choć na pewno szczególnie do roczników 70-tych, może wczesnych 80-tych. Zapewne najwięcej radochy będą mieli z niej ci, którzy choć trochę interesują się muzyką, zarówno tą z lat 80., jak i metalem. Ale „Kochanowo”, jak widzę po opiniach w sieci, trafia do różnych ludzi, nawet tych, którzy urodzili się już w latach 90. I nawet do tych – a są tacy – którzy muzyką w ogóle się nie interesują.

W „Kochanowie” odczuwam nostalgię za światem, który odszedł. Jaki to według Ciebie świat? I czy jest szansa, żeby go odzyskać?

Jaki to był świat? To był piękny świat naszego dzieciństwa. I nie da się go odzyskać, bo niby jak? Zresztą on nie był piękny obiektywnie. Lata 80. to w historii Polski straszne dziadostwo. My mamy miłe wspomnienia, my, tzn. nasze roczniki, ale – jak w przypadku każdego sentymentu – niewiele ma to wspólnego z rzeczywistością. Tęsknimy więc za mitem. I to się, niestety, będzie z wiekiem pogłębiać.

„Kochanowo i okolice” to gotowy scenariusz na bardzo zabawną komedię. Będzie z tego film?

Będzie. Z pewnym bardzo znanym i bardzo dobrym reżyserem jesteśmy już na wstępnym etapie prac. Ale nic więcej nie powiem. Sorry.

W.pogoni.za.Metallica_ksiazka„W pogoni za METALLICĄ” to trochę inna historia…

Tak. Przede wszystkim nie moja, ale Piotrka Kowieskiego. Ja byłem po prostu skrybą. On mówił, ja spisywałem i nadawałem temu formę – tylko tyle. Książka jest świetnie wydana, pełno w niej zdjęć autorstwa Piotrka i jego żony, Kasi, rzecz wygląda naprawdę efektownie, więc dla fanów METALLIKI jest, jak myślę, czymś bardzo fajnym i ciekawym. Piotrek i Kaśka widzieli ponad 60 koncertów METALLIKI, spotykali się wielokrotnie z członkami zespołu, mają o czym opowiadać. Warto tych opowieści posłuchać.

Nie żałujesz tego, że cały splendor, przy okazji „W pogoni za METALLICĄ”, przypada właśnie Piotrkowi Kowieskiemu?

Nie, wcale. Od początku przecież wiedziałem, że w przypadku tej książki nie jestem autorem, a jedynie „wykonawcą”. Czymś w rodzaju mikrofonu dla wokalisty… Ot, i tyle. Wszystkie splendory jak najbardziej należą się Piotrkowi, a ja żadnego mu nie zazdroszczę.

Swego czasu rozmawialiśmy o pomyśle napisania książki o polskim metalu, ale inaczej niż to zaproponowano do tej pory… Pamiętasz?

Tak. Nic się w tej sprawie nie zmieniło. Chciałbym napisać książkę o tych, którym się nie udało, a bardzo dobrze rokowali. O wielkich nadziejach i niespełnionych obietnicach – o zespołach, które w swoim czasie zaistniały bardzo mocno, którym wróżono wielką karierę, ale coś (co? oto jest pytanie!) stanęło im na przeszkodzie. Myślę tu o takich kapelach jak np. IMPERATOR, VIOLENT DIRGE, SIRRAH, BETRAYER, MORDOR, zespołach z końcówki lat 80., jak HAMMER, DESTROYER, WOLF SPIDER itd. Niektóre z nich się reaktywowały, grają dla starych fanów, inne zostały niemal zapomniane. A szkoda. Chciałbym dotrzeć do tych muzyków i z nimi porozmawiać, książka z kilkunastoma lub kilkudziesięcioma wywiadami byłaby chyba fajniejsza niż pseudonaukowy bełkot. Pytanie tylko, czy ktoś chciałby ją przeczytać. Ktoś oprócz Ciebie i mnie.

Jakie plany autorskie na najbliższy rok, dwa lata ma Przemek Jurek?

Chcę napisać nową powieść. Mam już pomysł, widzę w nim potencjał na bestseller… Chcę pisać dla teatru, chcę pisać dla filmu. Będę się produkował na wielu polach, jak zwykle. Oby to jakoś szło. I obym miał jak najwięcej deadline’ów. Bo nic tak nie mobilizuje jak deadline.

Kończąc, życzę Ci wszystkiego najlepszego w nadchodzącym roku i widzimy się na koncertach, bo wiem, że we Wrocławiu rzadko który koncert odpuszczasz.. Dzięki za rozmowę!

Dzięki wielkie. Tydzień temu byłem na Ani Rusowicz, dzień później na KNŻ, a kolejnego dnia na THE ANALOGS i FARBEN LEHRE. Do występu PANDEMONIUM w „Liverpoolu” przyjdzie mi zobaczyć jeszcze paru innych artystów, na których koncert sam z własnej woli zapewne w życiu bym się nie wybrał. I to właśnie jest najfajniejsze w mojej pracy.

[Sebass]