PSYCHEMA The Entry Point `12

Słuchając debiutanckiego albumu fińskiej PSYCHEMY, „The Entry Point”, poczułem się jak pasażer wehikułu czasu. Ów wehikuł zaś nie przeniósł mnie bynajmniej do świata Morloków i Elojów, lecz raczej w stosunkowo niedaleką przeszłość – w lata świetności ANNIHILATOR, MERCYFUL FATE i pierwszych płyt SAVATAGE. Wrażenie to potęguje brzmienie tego albumu, jakby żywcem wyjęte z epoki. Zastanawia mnie tylko, czy był to efekt zamierzony, czy raczej przypadkowy lub wynikający z zastosowanych środków… Gdyby Finowie nagrali swoją płytę dwadzieścia lat temu, jej sukces byłby raczej pewny. Jest to bowiem album melodyjny, pełny ciekawych riffów i muzycznych rozwiązań, przetykanych (czasem niestety nachalnie i nie w porę) lepszymi lub gorszymi refrenami. Ogólnie odniosłem wrażenie, iż w kompozycjach PSYCHEMY ścierają się jakby dwie potężne siły: progresywno-psychodeliczne fragmenty właściwe dla prog metalu, sąsiadują tu z „klasycznymi”, śpiewanymi zazwyczaj przez kilka zachrypniętych męskich głosów refrenami, riffami i rozwiązaniami aranżacyjnymi charakterystycznymi dla starej szkoły heavy/trashu. A refrenami płyta „The Entry Point” jest wręcz upszczona – czasami nawet zwrotki brzmią jak refren. Refren jest też tu wyjściem z bodaj każdego bardziej „objechanego” fragmentu, w którym gitarzyści popuszczają sobie wodze… Chciałoby się wtedy posłuchać tego dłużej, a tu… (nieee!!!) znowu refren! Gitarzyści zresztą „ciągną” całą tę muzykę do przodu i praktycznie tylko na nich oparta jest jej siła. Jest oczywiście – bo być musi – bas i perka, ale nie pamiętam dokładnie żadnego (!) fragmentu zagranego na tych instrumentach. Klawisze również raczej głównie „są”. Grają dużo, jeśli nie cały czas, ale nie o nie tu chodzi. Potęgą (i tu nie przesadzam) na albumie „The Entry Point” są gitary i tylko gitary! A płyty słucha się bardzo przyjemnie, jeśli ktoś oczywiście lubi patetykę i niegasnącą egzaltację. Zmiany tempa i nastroju są tu również (bo smutek też może być egzaltowany). Nie ma jednak praktycznie – tak charakterystycznych dla progresji – zmian w dynamice. Do moich ulubionych na tym albumie utworów należy umieszczona dokładnie w środku ballada „The Past”, zagrana jakby z najmniejszym nadęciem i przez to bardzo autentyczna, gdzie talent muzyków PSYCHEMY objawia się najpełniej. A talentu do tworzenia ciekawych riffów Finom na pewno odmówić nie można. Tylko główny wokal momentami zawodzi (ten z lekką chrypą), ale już Tomi Kallava w wydaniu „czystym” jest całkiem interesujący… Jest też na płycie „The Entry Point” kilka innych, mniejszych eksperymentów wokalnych, co przynajmniej w tym aspekcie nie pozwala nam się nudzić. Dwukrotnie da się tam nawet usłyszeć (w refrenach oczywiście) charakterystyczne diamondowskie falsety, które tylko utwierdziły mnie w opinii, że płycie „The Entry Point” najbliżej – moim zdaniem – do starszych (genialnych przecież!) albumów MERCYFUL FATE. Jest również w muzyce PSYCHEMY coś ze starego SAVATAGE, dużo progresji (m.in. świetne sola), są smaczki (oczywiście gitarowe), jest szczypta gothicu i space opery. Nic tylko słuchać, słuchać, słuchać… i wspominać stare czasy, a album „The Entry Point” zyskuje w miarę kolejnych przesłuchań. Ps. Po napisaniu powyższego, recenzji swoim zwyczajem przeczytałem w Internecie jeszcze trzy inne recenzje tej płyty PSYCHEMY. Nigdzie nie znalazłem ani słowa o wehikule czasu, ANNIHLATOR, ani o MERCYFUL FATE, co po raz kolejny dowodzi mi, jak subiektywne może być spojrzenie na muzykę. A jeśli nie muzyka z wpływami MERCYFUL FATE, to jest to po prostu gitarowa progresja pełną gębą, gdzie indziej oceniana nawet bardziej pochlebnie niż przeze mnie (85/100, 75/100 i 4,5/5). Najlepiej więc będzie przekonać się samemu! [Herr Bee]

Psychema, www.psychema.net

Inverse Rec., info@inverse.fi; www.inverse.fi