PYORRHOEA, EMBRIONAL, FEROSITY, EMPHERIS – 3.02.2007, Warszawa

Death No Mercy:

PYORRHOEA, EMBRIONAL, FEROSITY, EMPHERIS

3.02.2007, Warszawa, „No Mercy”

Jako że zostałem poproszony tu i tam o napisanie relacji z tego koncertu, dla potomnych jak to stwierdził Mariusz – „Born To Die” (czy aż tak stare dupy już jesteśmy?) postanowiłem z racji tego, że pismak ze mnie jak z koziej dupy trąba, poprosić o pomoc dwóch panów najbardziej odpowiednich do tego typu wynurzeń. Druga rzecz to kiepsko o zdrowy rozsądek pisząc o kapeli, w której stacjonuję. Pierwszy to Adrian – znany, lubiany i działający od wieków w podziemiu (nie tylko naszym!) edytor „R’Lyeh ’zine” i gardłowy EMPHERIS i HELLISH, drugi to z zawodu dziennikarz, gitarmen i masakrator kobiecych wagin – A.D. Gore – PYORRHOEA. Relacja będzie dosyć obszerna, ale jest co wspominać. Ja to tylko podsumuje:-).

[Rychu – EMBRIONAL]

W „No Mercy” zjawiliśmy się jako pierwsi, wcale nie dlatego, że otwieraliśmy ten gig. Była sobota, a pierwszy tego wieczora, a raczej popołudnia, browarek został odkapslowany ok. 15-tej. Wkrótce potem zjawił się kawałek PYORRHOEA i chyba całe FEROSITY. Sielską atmosferę zmącił trochę brak perkusji, która miała być, ale jej nie było. Potem zamieszanie wokół pieca basowego, a raczej jego braku itd. Przez chwilę klimat był czerstwy jak paschalne pieczywo, ale jak szybko się okazało, dogadanie się to tylko kwestia czasu i lekkich póki co promili. Beczki i ampeg stały na scenie na długo przed zbliżającą się godziną otwarcia bramek. Do tego czasu w najlepsze przebiegała integracja, wymiana płytek, kasetek, czy co kto tam miał. Przodował Rychu z EMBRIONAL, ilość promosów jego zespołu na tym koncercie najlepiej określić w kilogramach.

Ok. godz. 19.30 zaczął tłuc się EMPHERIS, a jako że pisanie w pierwszej osobie nie idzie mi najlepiej, przejdę do drugiego zespołu czyli FEROSITY. Widziałem go na żywo trzy tygodnie wcześniej w „Progresji” i pamiętam, że nie spodobała mi się statyczność kapeli na scenie. Po tych dwudziestu dniach nie uległo to zmianie, a i pod sceną było jakby pustawo. Inaczej rzecz się ma z debiutanckim demem grupy, które ma swój potencjał i rokuje jakieś tam nadzieje na przyszłość. Dobrze rzeźbiące gitary, sprawny perkusista i porządny growl. Widząc na scenie statuy, oddaliłem się wyobrażając sobie, ile kopa dałaby ta muza, gdyby kolesie byli żywsi i potrafili podtrzymać kontakt z publiką. Póki co muza FEROSITY – tak, koncerty – jeszcze nie do końca.

W przerwie przed kolejną kapelą zrobiłem rundę po knajpie, potykając się o kolejnych znajomych, przez co poziom krwi w alkoholu trochę się obniżył. Na oko przyszło, jak próbowałem oszacować z 70 osób, głównie bywalców stołecznych spędów. Było zatem z kim pogadać. Ale gadki trza było kończyć, bo oto instalowali się Ślązacy z EMBRIONAL. Przemieściłem się pod scenę, by zobaczyć, co tam chłopaki wyskrobią. I jak przyjebali po tym nudnym intro, tym krwistym i rogatym death metalem, to mi buty spadły. Wyobraźcie sobie miksturę DEICIDE i MORBID ANGEL, tę surową i nienawistną, ze sceniczną ekspresją VADERa i będziecie mieli (nieco przerysowany naturalnie) obraz tego, co działo się na scenie i pod nią. EMBRIONAL raczył nas szczodrze numerami z debiutanckiego „Cusp Of Evil”, uzupełniając set nowymi kawałkami. Wiesz Rychu, te nowe kawałki to killery! Nagrajcie je ciupasem panowie, albo „na plasterki!”. Doskonały i żywiołowy szoł mięliśmy okazję oglądać, a co za tym idzie i pod sceną zrobiło się gęstawo. Maniacy świetnie reagowali na postawę muzyków, czego dowodem niech będzie skandowana co i rusz nazwa „EMBRIONAL!!!” I przyznać należy, że te moje ociekające wazeliną z miodem słowa miały oparcie w rzeczywistości. Inna sprawa, że zespół grał cholernie długo, jak mi się zdaje, przeplatając dla urozmaicenia swój gig paroma introsami.

Zniecierpliwiona PYORRHOEA miała twardy orzech do zgryzienia. Ślązaki dość dokładnie wypatroszyli ludzi. PYORRHOEA zaczęła od intra i już pierwszy numer pokazał, że ci psychopaci łatwo nie oddadzą tronu królów tej imprezy. Świetne brzmienie, doskonała precyzja i amok na scenie! Zmasakrowana późną porą i dotychczasowymi rzeźnikami publiczność pokazała jednak pazury, zatracając się w headbangingu, moshingu i… apel do Michała (ex DEVLYN, obecnie GORTAL): przyjacielu, ze sceny skacze się na twarz w tłum, a nie do pustej sali. Jak nery?:-)! Było już dobrze po 22-giej, gdy PYORRHOEA zaczynała, czyli był to czas na odpływ młodszej części widzów. Ale był to koncert bardzo udany i jak na Warszawę po względem frekwencji wręcz tłumny:-)!

Później udałem się na zewnątrz klubu, by wykonać telefon do zaniepokojonej małżonki oraz aby sprawdzić, o której to jakiś autobus stąd odpływa w moje okolice. Jak się okazało w chwilę później był to błąd, na który czekają tylko szanowni stróże prawa IV RP. Farciarz jednak jestem i izba została mi darowana, bo chyba nie spełniałem klasyfikacji lub też panu w czapce z daszkiem fajnie się ze mną gadało. Miałem więc darmową, acz stresującą podwózkę w okolice miejsca zamieszkania, ale niestety finał „Death No Mercy” umknął mi definitywnie. Pocieszam się tym, że wspomniani stróże prawa i sprawiedliwości wykosili jeszcze jedną osobę, która miała mniej szczęścia ode mnie. Choć marna to pociecha, kiedy mamy świadomość, że pod klubami, gdzie odbywa się koncert, policja stawia swoich ludzi, aby ci dobijali sobie punkty wyłapując ludzi wychodzących z imprezy. Oby więcej takich! Chwała organizatorom!

[Adrian – R’Lyeh `zine, EMPHERIS, HELLISH]

W ostatnim okresie odnotowuję w stolicy ciekawe zjawisko: wraz z rosnąca ilością gigów, na których występują kapele z szeroko pojętego podziemia, w parze idzie słabnąca frekwencja. Co gorsza bardzo duża część tych imprez to koncerty zespołów, które można określić krótko mianem: z dupy. Z dupy są kapele, z dupy muzycy, z dupy muzyka, którą grają, a mimo to ktoś wydaje kasę (nie zawsze świadomie), by zobaczyć ich mizerne sceniczne dokonania. Jednak żadną miarą jako zestaw „z dupy” nie można określić zespołów, które w ten sobotni wieczór zawładnęły klubem „No Mercy”. Tym bardziej szkoda, że nie dopisała tego dnia frekwencja. Może akurat warszawska publika zmuszona była wybierać pomiędzy tym a jakimś innym koncertem (zapewne z dupy). Może wpływ miało to, że aż trzy z grających na koncercie kapel, wyłoiły skórę trzy tygodnie wcześniej na festiwalu Maagal i ludziskom się zwyczajnie nie chciało tyłków ruszać, żeby dwa razy w krótkim czasie oglądać to samo. Kto wie…? Jednak fakt jest faktem, że nieliczna publika na „Death No Mercy” dokonała anihilacji dużo bardziej bluźnierczej i gwałtownej niż wtedy, gdy przeszło dwie setki na Maagal Fest.

Funkcję otwieracza tego dnia przejął warszawski EMPHERIS. Siermiężny i bardzo „oldskulowy” black metal, przynoszący na myśl skojarzenia z SARCOFAGO, starym SODOM czy DARKTHRONE wybornie wylał się ze sceny i siał zniszczenie przez blisko pół godziny. O członkach EMPHERIS można powiedzieć wszystko, ale nie to, że są jakimiś pieprzonymi wirtuozami. Grają do bólu prosto, do bólu przejrzyście, na bębnach rzadko kiedy przytrafia się coś innego niż klasyczna „umpaumpa”, a w repertuarze gitarzysty coś innego niż brutalna kwinta, ale mimo całego tego prymitywizmu i obskurności w tej muzyce jest tyle kopa i żywiołu, że dupa sama podrywa się do kotła pod sceną. Tego dnia na rumianych gębach panów z EMPHERIS dało się odnotować znaczne symptomy upojenia alkoholowego, co wyraźnie dodawało kolorytu całemu show. Przyozdobiony gustowną stułą wokalista rzucał się po całej scenie jak w amoku, wioślarze wytrząsali niemiłosiernie swoje czachy, a nieposkromiony garowy jechał swoje tempa, by po odegraniu całego koncertu wyjść do ludzi przez bębny. I tak talerze znalazły się pod sceną, cała reszta też gdzieś fruwała, dużo było zbierania, ale jeszcze więcej śmiechu. Bardzo udana sztuka.

Po EMPHERIS na scenie zamontowali się panowie z FEROSTIY, ale jako że prawie cały ich gig przesiedziałem w barze to w temacie tego występu to nic nie powiem…

Następnym w kolejności wyziewem był death metalowy EMBRIONAL. Zespół wcześniej dla mnie niemal całkowicie nieznany, coś tam się obiło o uszy, ale nic konkretnego. Jednak EMBRIONAL swym koncertem przekonał mnie do tego, że głęboko w polskim podziemiu są jeszcze bardzo bogate złoża piekielnej siarki, które warto eksplorować, bo potrafią doskonale sponiewierać cielesność i umysłowość. Brutalny death metal w wykonaniu EMBRIONAL wdarł się niczym taran w warszawską publikę i nie pozostawił po sobie nic oprócz zgliszcz i krwawych szczątków. Chłopaki ze Śląska zapierdolili taki set, że nie wiedziałem, gdzie się chować i stwierdziłem z pewną dozą obawy, że będziemy z PYORRHOEA mieli wysoko postawioną poprzeczkę do przeskoczenia. Ekstremalnie szybkie blasty, rycząca ściana gitar i brutalny growling – tak można w skrócie opisać to, co zaprezentował EMBRIONAL. Do tego jeszcze gwoździe, odwrócone krzyże, headbanging i bardzo dużo diabła [strój księdza i 2 kg mięsa z żeberek:-) – Rychu]. Ktoś mógłby się przyczepić do troszkę zbyt małej selektywności wioseł, ale przecież to pierdolony brutal death metal, a nie rurki z kremem. Tego dnia wyszedłem na scenę z przeświadczeniem, że supportował nas naprawdę dobry zespół. A teraz pióro niech przejmie jeden ze sprawców tego kataklizmu, Rychu…

[A.D.Gore – PYORRHOEA]

Kurwa, panowie, nie tak słodko, bo pomyślą, że zrobiłem Wam loda pod barem:)!

Zanim zacznę, muszę wrócić się kilka tygodni wstecz, kiedy to dotarła do nas wiadomość od Gosi-Margit z webzina „Mroczna Strefa” z propozycją zagrania w stolicy. No ja pierdolę, myślę sobie, zajebiście i tyle! Tam nas jeszcze nie było, a i spotkam starych znajomych. Chwilę później myślę sobie, ja pierdolę, ciężko będzie podołać tamtejszej na pewno zmanierowanej już od tej ilości koncertów ekipie warszawskiej. Pod tym względem Śląsk poszedł w zapomnienie. Pamiętacie, jak to było dawniej? Jednak jak się okazało, nic bardziej mylnego! Prócz wspomnianej już nienajlepszej frekwencji, na którą mógł wpłynąć termin jak i pogoda, która namiętnie spłukiwała plakaty z murów, ludziska napierdalali łepetynami aż miło! Ale od początku…

Zaczęło się od problemów z zespołami, bo nie wszyscy wiedzą, że wstępnie zagrać miała ANIMA DAMNATA i STILLBORN. Niestety obowiązki i brak czasu uniemożliwiły im ludobójstwo. Pozdrawiamy i do następnego razu, chłopaki! W tym momencie kolana mi się ugięły, bo kto przyjdzie na mało znane kapele? Jednak dobrze mieć znajomych, dzięki którym skład koncertu przedstawiał się jak wyżej. W tym miejscu bardzo dziękuję Kasi z „Atmospheric” i Adrianowi! Jesteście wielcy!

Dla EMBRIONAL impreza zaczęła się już dzień wcześniej, bo zjechaliśmy do Wawy w piątek. Nie obyło się bez błądzenia, ale co się dziwić, skoro miasto jest jak pół Śląska i w dodatku do dupy oznaczone. Do klubu dotarliśmy lekko otumanieni i jak się później okazało, natrafiliśmy na spore problemy sprzętowe. Kurwa, mam już chyba tak zryty baniak, bo popierdoliłem wszystko w trakcie uzgadniania z kapelami, że byłem przekonany, iż wszystko tam będzie. Wielkie dzięki dla chłopaków z EMPHERIS i FEROSITY za udostępnienie, zupełnie za frajer drogiego sprzętu. Ja pierdolę, od razu wpadka na wstępie:-)! Wódka już się chłodzi, panowie, za to!

Strasznie chciałem zobaczyć na żywo i poznać ekipę z EMPHERIS i PYORRHOEA, bo to klasa sama w sobie. Podczas słuchania ich materiałów wiele razy rozjechałbym babę na pasach, jak machałem łbem i tupałem nóżką, a z chłopakami z kapeli nieraz dochodziło do zbiorowego walenia konia przy tych dźwiękach. Naprawdę świetną muzę robią jedni i drudzy! FEROSITY wcześniej nie znałem z żadnej strony, więc też oczekiwałem niespodzianek.

Jako pierwszy wystartował EMPHERIS i to był kolejny błąd organizacyjny, jak się później okazało, bo dojebali tak siarczyście, że automatycznie pobiegliśmy napierdalać w tłumie przy ich oldschoolowym black/thrash metalu. Dobre (w tym negatywnym znaczeniu) brzmienie pozwoliło delektować się muzą znaną mi z niezliczonej ilości wydawnictw zespołu. Kurwa, kolejne materiały wyrzucają z siebie z częstotliwością kałacha, który napierdala jak w hamburgerojadów w Iraku! Jak usłyszałem hity „Crematorium” i „Let’s Kill”, to darłem ryja w refrenach razem z charyzmatycznym wokalistą. Miałem nieodpartą chęć wskoczyć na scenę i wyrwać mu mikrofon, ale do teraz nie wiem, dlaczego tak nie zrobiłem? Muza EMPHERIS idealnie sprawdza się na żywca. Człowiek czuje się wtedy, jakby wrócił do młodych, cudownych, skażonych tanim winem lat! Brakowało mi tylko buchania ogniem lub chociaż małego ogniska! Właściwie to mogliśmy spalić tę budę! Brawo chłopaki! Oby tak dalej! Tylko po skończeniu koncertu nie bawcie się już więcej w VENOM, bo na sprzęt nigdy nie nazbieracie:-)!

Chwila na oddech i na scenie montuje się FEROSITY. Wspominałem o błędzie organizacyjnym, a to za sprawą kolejności występów dwóch pierwszych kapel. FEROSITY według mnie powinien otwierać ten spęd, ponieważ prócz czystego i ciężkiego brzmienia oraz solidnej kopary krzykacza zespół niczym więcej nie zaskoczył. Statyczna postawa chłopaków, muza na jedno kopyto, średnie i wolne tempa, zero kontaktu z ludźmi. Tak w całości można określić ten występek. Wynudziłem się okrutnie i widać to było również pod sceną, gdzie grasował może jeden, pewnie najeżany (dlatego było mu to obojętne) wszarz. Wydaje mi się, że chłopaki nie mają pomysłu na siebie. Sprawiali wrażenie, jakby był to ich pierwszy koncert w życiu. Weźcie się do pracy, bo nagrać dobrze materiał to nie wszystko. Gdzie zabawa i szczera, bijąca pasja od Was?

Następnie na scenę wytoczyliśmy się my, czyli EMBRIONAL. Nie będę pisał nic na ten temat, bo wiadomo dlaczego, ale muszę wspomnieć o dwóch zabawnych sytuacjach podczas trwania szoł. Gdzieś tak w połowie koncertu („Human Brew”), kiedy wsadziliśmy sobie w mordy dwukilogramowe mięcha z żeberkami, podleciał pod scenę Wit z EMPHERIS i zaczął wyszarpywać zębami moje mięsko! Kurwa Wit, Ty zwierzęciu:-)! Byłem pewien, że polecę na mordę ze sceny. Druga akcja wydarzyła się, gdy owe mięsko poleciało w tłum. To było zajebiste:-)! Na trajektorii lotu nagle zrobiło się pusto, a trafiłem w wąskie przejście. Teraz wiem, jak torować sobie drogę w kolejce lub autobusie:-).

Czas na danie wieczoru. Z niecierpliwością czekaliśmy pod sceną aż wytoczy się PYORRHOEA. Muza tych okrutników morduje mnie regularnie w domowym zaciszu i byłem ciekaw, co zrobią ze mną na żywca. I kurwa stało się! Tego się nie spodziewałem. Intro dla podkręcenia atmosfery i jazda. Prawdziwie metalowe oręże jak skóry, gwoździe i łańcuchy (zrobiło mi się słabo, jak zobaczyłem je na gołej klacie wokalisty, gdzie miętosiły jego sutki! ja pierdole, chłopie, jak ty to wytrzymujesz:-)?) dodały tylko pikanterii. PYORRHOEA to już przodek metalowego mięcha nie tylko z naszego podwórka. Zajebiste zachowanie na scenie, miażdżące, selektywne brzmienie, ogromna pasja w grze i utwory, w których bezlitosna rzeźnia miesza się z niebanalną melodią, rozpierdalają na żywo na strzępy. To trzeba poczuć i zobaczyć samemu, bo słowa tego nie oddadzą! Tylko się uczyć od takich kapel, jak powinno się zabijać dźwiękiem. To był soniczny kataklizm i chuj! Nic nie mam więcej do dodania. Na koniec jakby było mało, chłopaki zapodali moich ulubieńców z BRUTAL TRUTH i jedyne, co przychodzi mi na myśl, to „o kurwa, ja pierdolę”! To bolało! Ale taki ból to czysta przyjemność! Mam tylko dwa zastrzeżenia do występu PYORRHOEA. Nie przystoi Wam panowie jeszcze takie kilkukrotne schodzenie i wchodzenie na scenę, bo tak może tylko SLAYER:-), no i brak lub niewielka ilość wściekłych solówek, które odcięłyby nam te tępe główki. To tyle.

Spoceni i rozpierdoleni w pył zasiedliśmy wszyscy do dalszej integracji przy browarze, haszu i chujowo rozrobionym spirytusie (kurwa, kolejna moja wpadka, która to już sam nie wiem?). Reasumując, poza beznadziejną organizacją, gdzie były kłopoty z browarem dla kapel, brakiem sprzętu i zerową ilością jedzenia (tak bywa, jak załatwia się sprawy na odległość 350 km), warto było spotkać się tam, w tym smutnym i pojebanym jak lato z radiem kraju, poznać zajebistych ludzi i pohałasować nawet dla niewielkiej liczby metalmaniaków. Nawet dla samej idei i przyjemności. Czekam na następne możliwości zagrania i zobaczenia się z tymi wariatami! Pozdrawiam!

[Rychu – EMBRIONAL]