QUO VADIS: Chaos z piekła rodem

Quo.Vadis_logo.black

Zaskoczyła mnie nowa płyta QUO VADIS, „Infernal Chaos”. Ten 22-letni stażem klasyk polskiego metalu znienacka zaatakował swoim najlepszym albumem (nie licząc debiutu, ale w tym przypadku dodatkowe punkty przyznaję za olbrzymi sentyment). Nareszcie wróciło porządne grzanie bez udziwnień!
W imieniu zespołu wypowiedział się nie kto inny, jak sam lider i śpiewający basista w jednym – Tomasz „Gruby Lolo” Skaya.

 

Odnoszę wrażenie, że „Infernal Chaos” to jakby Wasz drugi debiut. Nie tylko za sprawą tego, że tym razem nagraliście płytę wyłącznie w języku angielskim. To moim zdaniem Wasz najlepszy krążek od czasów materiału „Quo Vadis”, zdecydowanie lepszy od ostatnich dokonań zespołu.

 

Mamy takie samo wrażenie. Jest to najlepszy album w naszym dorobku pod takim względem, że został nagrany w dobrym studiu. Bardzo mocno się przyłożyliśmy w przypadku nagrywania „Infernal Chaos”, byliśmy naprawdę potwornie spięci. Nawiązaliśmy współpracę z wieloma fajnymi osobami, co zaowocowało chociażby udanymi grafikami (Ptyś czyli Marek Jastrzębski) i klipami (Krzysztof Kuźnicki). Stroną organizacyjną zajął się Janusz Merz. Jesteśmy bardzo zadowoleni z tego krążka. Ja nie wartościowałbym naszych nagrań, bo oczywiście mam subiektywne podejście do nich. Wiem, że nasza pierwsza płyta jest uznawana przez wielu ludzi, głównie naszych starych fanów, za krok milowy w historii QUO VADIS. Powiedziałbym, że nasze najlepsze albumy to właśnie pierwszy, „Politics”, „Uran” i teraz „Infernal Chaos”. Taką zrobiłbym gradację.

 

quo.vadis_foto

 

Po eksperymentalnym etapie wróciliście do stuprocentowego, metalowego łojenia. Tym samym jakość Waszej muzyki znacznie się podniosła. Słychać, że to, co znajduje się na „Infernal Chaos”, jest tym, w czym QUO VADIS czuje się najlepiej.

 

Bardzo mnie cieszy ta opinia. Mieliśmy dość długi mariaż z klawiszowcem i stwierdziliśmy, że jednak klawisze rozmiękczają muzykę. Wiadomo, że on też chciał istnieć, więc to nie były tylko smugi, tylko wydziwiał na tych albumach. Okazało się, że jednak nie jest nam po drodze z tymi klimatami, powiedzmy pół-gotyckimi. Tym razem skupiliśmy się na konkretnej nucie, tak żeby były fajne riffy i w miarę możliwości melodyjne, wpadające w ucho wokale, co, myślę, udało nam się osiągnąć. Chciałbym jednak zaznaczyć, że żaden z zespołów, który robi materiał na płytę, nie podchodzi do tego na zasadzie: „teraz zrobimy chujowy materiał, bo wcześniej nagraliśmy fajny”. Za każdym razem chcesz zrobić jak najlepsze numery, a że sam jesteś twórcą, to nie masz do tego dystansu. Dopiero potem okazuje się, czy one wyszły fajne i załóżmy mówisz do mnie, że przestaliśmy kombinować i te numery są dobre albo: „Skaya, wszystko fajnie, ale przekombinowaliście”. Na pewno z takim samym zaangażowaniem robiliśmy album „Babel”, „Król” i wszystkie do tej pory. Natomiast efekt wychodzi taki, jak wychodzi.

 

Pierwszy raz na płycie QUO VADIS pojawiły się wyłącznie anglojęzyczne teksty. Skąd ten krok? Czyżbyście zamierzali podbić zachodni rynek?

 

Nagraliśmy też pięć numerów po polsku. Mam nadzieję, że wyjdą w przyszłym roku na osobnej EPce. To może za mocne słowa, że ukierunkowujemy się na rynek zachodni albo wschodni. To, że nagra się teksty po angielsku, nie gwarantuje od razu sukcesu. Natomiast faktycznie mieliśmy nastawienie na dojście do jakichś tam drzwi, niezależnie od tego, czy są one dla nas otwarte, czy uchylone jeno. Próbowaliśmy wcześniej zagrać parę koncertów na zachodnich festiwalach i przeszkodą było to, że QUO VADIS kojarzy się bardziej z polskim językiem. To była ta bariera. Teraz, z „Infernal Chaos”, udało nam się wejść w konszachty z firmą Twilight z Niemiec (dystrybutor na Europę zachodnią, na świat), zaś licencję na Europę wschodnią i Azję kupiła firma Metal Scrap z Ukrainy. Angielskie teksty były przepustką, żeby pójść w tym kierunku.

 

Quo.Vadis_infernal.chaosNo właśnie! Rozczarowani sytuacją na rynku wydawniczym postanowiliście sami sobie wydać tę płytę i tylko poszukać dystrybutorów…

 

Tak jest. Była taka sytuacja, że ze strony rynku wydawniczego nie wpłynęły żadne interesujące nas oferty. Za dużo energii i, nie ukrywajmy, kasy kosztowało nas samo nagranie w Hertz Studio, żeby potem materiał leżał w szufladzie, albo żeby ktoś z wielkiej łaski gdzieś tam go popchnął, co tak naprawdę możemy zrobić sami. W związku z tym postanowiliśmy, że nie ma co się w to bawić. Jak gdyby w momencie podjęcia decyzji o powołaniu Chaos Records, od razu, dosłownie w jednym tygodniu, podpisaliśmy trzy umowy: dwie dystrybucyjne: na Polskę – Fonografika, na zachód – Twilight z Niemiec i licencję na wschód dla ukraińskiej Metal Scrap. Pomyślałem sobie: „kurwa, my od lutego pierdolimy się z tym tematem… gdzieś wysyłamy… czekamy na odpowiedź… ktoś tam się zastanawia, po czym nam po jakimś czasie odpisuje, że jednak nie… a to że profil muzyki nie odpowiada profilowi wytwórni… albo że plany wydawnicze na ten rok są już, kurwa, zamknięte…”. Wiesz, wiadomo, że to się też wiązało z jakimiś kosztami dodatkowymi, no ale trudno. Jak już wyjebałeś 20 tyś, to wyjebiesz i 25… Generalnie jesteśmy zadowoleni z takiego obrotu sprawy.

 

Realizacja „Infernal Chaos” także przewyższa poziomem poprzednie dokonania QUO VADIS. Czuliście, że tym razem macie tak dobry materiał, że zasługuje na wyjątkowo dobre brzmienie?

 

Każdy materiał zasługuje na dobre brzmienie. Po prostu teraz odważyliśmy się na taki krok. Było to poważne przedsięwzięcie finansowe, a także logistyczne, bo Białystok i Szczecin są trochę od siebie oddalone. Przyznam się szczerze, że nie żałujemy ani jednego grosza wydanego na studio Hertz, nie żałujemy też ani jednej minuty oczekiwania w kolejce, a czekaliśmy na swój czas 1,5 roku. Jesteśmy strasznie zadowoleni i potwierdzamy, że jest to najlepsze studio w Polsce, jeśli chodzi o nagrywanie takiej muzyki. Bracia Wiesławscy są masterami absolutnymi. Pierwszy raz, po ponad 20 latach grania, byliśmy w studio, gdzie dokonywaliśmy wyboru pomiędzy zajebistym brzmieniem a zajebistym brzmieniem, tylko innym. Normalnie jest tak, że wchodzisz do studia i tam panowie realizatorzy się motają. Często jest tak, że dochodzą do takiego punktu, że nie wiedzą, co dalej z tym zrobić. Ty nie jesteś zadowolony, a oni nie wiedzą, jak to poprawić. W przypadku Hertz, bracia Wiesławscy doskonale wiedzieli, co robić, my nie musieliśmy nic sugerować, byliśmy tylko od akceptowania. Podpowiedzieli nam wiele rozwiązań technicznych, które świetnie się sprawdziły. Żałujemy, że dopiero teraz zdecydowaliśmy się na to studio. Powinnyśmy zacząć tam nagrywać trzy płyty wcześniej. Wiadomo, że nigdy nie jesteś w 100% zadowolony z efektu końcowego. Orientujesz się oczywiście dopiero pół roku później, że coś można było dodać, coś zrobić inaczej… Nie ma takiego stanu, że to jest dzieło ukończone. Za to wiemy na pewno, że „Infernal Chaos” jest takim albumem, że zawsze, gdy do niego wrócimy, to pod względem brzmieniowym nie dopieprzymy się do niczego. Nawet za 5 czy 10 lat nie powiemy, że trąca myszką, tak jak możemy powiedzieć o wielu naszych poprzednich płytach.

 

Quo.Vadis_quo.vadisSłuchałem dziś Waszej „jedynki” i muszę przyznać, że nawet brzmieniowo się broni. Fajnie czasami powrócić do takich old schoolowych klimatów…

 

Powiem Ci, że zdarza mi się posłuchać naszych starszych nagrań. Nie za często, bo nie jestem typem narcyza. Muszę mieć do tego odpowiedni nastrój. Często się to zdarza w podróży. Mam wypaloną płytę ze wszystkimi naszymi dokonaniami i czasami sobie jej włączam. Mam sentyment do „jedynki”. Stwierdzam, że graliśmy tam potwornie trudne rzeczy. Mówię to z pełną odpowiedzialnością po 20 latach. Nie chodzi o to, że teraz bym tego nie zagrał, tylko że gdybyśmy chcieli zrobić więcej utworów z „jedynki”, chociaż gramy potężną część na co dzień na koncertach, to musielibyśmy naprawdę mocno przyłożyć się do tego, żeby wszystko zagrać tak, jak zrobiliśmy to 20 lat temu.

 

Na koniec pytanie o receptę na długowieczność. QUO VADIS gra już ponad 20 lat i do tej pory nie mieliście żadnej dłuższej przerwy, a płyty wydajecie z zadziwiającą regularnością.

 

Po pierwsze trzeba być zdeterminowanym, a uważam, że jesteśmy zdeterminowani i chcemy to robić. Lubimy to robić. Druga kwestia jest taka, że my w zespole jesteśmy przyjaciółmi. Nie chciałbym tutaj nadużywać słowa „przyjaciel”, bo wiele razy było tak, że kapele nagle się rozpadały, bo ktoś tam był wyrzucany. My jesteśmy naprawdę przyjaciółmi. Spotykamy się tyle, ile powinniśmy się spotykać. Jeśli mamy niedosyt siebie, to imprezujemy poza zespołem, na rożnych imprezach, domówkach. Jak mamy siebie dostatecznie dużo, jak ostatnio, kiedy ciągle gramy, to już się mniej spotykamy „po lekcjach”. Generalnie bardzo się lubimy i lubimy ze sobą spędzać czas. Jakkolwiek by to banalnie nie brzmiało, to świetnie czujemy się w swoim towarzystwie. Dzięki temu chcesz przychodzić na próbę, chcesz się spotkać z tymi ludźmi i jest fajnie.

 

[Muflon]

 

Quo Vadis, quovadis666@wp.pl; www.quovadis.metal.pl