Relacja: FURIA, THAW, SACRILEGIUM, LICHO – 25.11.17 / Katowice

Kto grał: FURIA, THAW, SACRILEGIUM, LICHO
Trasa: Za Ćmą W Dym 2017
Organizator: Knock Out Productions
Klub: Mega Club

Opis wydarzenia: Aura za oknem coraz bardziej black metalowa nie dziwi więc, że FURIA postanowiła połączyć swoje siły z zespołami podobnej proweniencji, prezentującymi różne oblicza inspirowanego tym rodzajem muzyki grania. Koncertowe okoliczności przyrody pozwalają zweryfikować swoje wrażenia w bezpośrednim kontakcie z muzyczną materią, a ta owego wieczoru zapowiadała się na towar najwyższej jakości.

Organizacja: Knock Out Productions przyzwyczaiło już do wzorcowej organizacji swoich koncertów i tak też było tym razem. Nie ma co budować suspensu – wszystko o czasie i bez problemów technicznych, a do tego przyzwoicie zaopatrzone stoisko z merchem, co w kontekście ostatniego dnia cieszącej się sporym zainteresowaniem trasy wcale nie było takie oczywiste. Można? Można.

Muzyka: Jako pierwsze swoje sceniczne harce rozpoczęło LICHO i muszę przyznać, że był to występ, na który oczekiwałem z dużym zaciekawieniem. Ten zespół pokazuje „poetycką” twarz black (?) metalu – ekipę Szturpaka można lubić lub nie, ale trudno wobec tych dźwięków pozostać obojętnym, a wzbudzanie emocji to jedna z najważniejszych cech dobrej muzyki. Nie miałem wcześniej okazji sprawdzić jak „Podnoszenie czarów” i „Pogrzeb w karczmie” wypadają na żywo i byłem ciekaw czy grotowski black metal obroni się w warunkach scenicznych. LICHO postawiło na przaśny wizerunek oraz prezentację najnowszej płyty niemal w całości i ja to mawiają w telewizjach: „jestem na tak”. Udało się LICHU zachować specyficzny klimat swoich nagrań: doceniany przez niektórych, a przez mniej życzliwych nazywany skrajnie zmanierowanym i asłuchalnym. Trochę szkoda, że nie zagrali nic z debiutu, bo przy całej sympatii dla „Podnoszenia czarów” będącego bardzo koncertowym materiałem, to jednak strzały takie jak „Kamrat!” posiadają 100% zawartości LICHA W LICHU. Tradycyjnie opinie na temat występu LICHA były bardzo spolaryzowane, ale sam jestem zadowolony z umieszczenia ich w składzie „Za ćmą w dym”.

Z SACRILEGIUM mam problem – nie załapałem się na okres kultowości „Wichru”, a w czasie kiedy penetrowałem zakamarki krajowej sceny, bliższe mi były inne zespoły i tak na hordę dowodzoną przez Saclagusa trafiłem dopiero przy okazji ich reaktywacji. Stosując kryteria obiektywne SACRILEGIUM gra tradycyjny zgodny z wszelkimi regułami sztuki drugofalowy black metal, więc powinienem być zadowolony, ale chociaż wszystkie klocki do siebie pasują: niestety mnie to zupełnie nie rusza. I taki był też katowicki występ Pomorzan – zasadniczo w porządku, a mimo tego, że nie miałem się do czego przyczepić, czułem się jak na pokazie grupy rekonstrukcyjnej „dzieje wczesnego pagan black metalu”. Trzeba przyznać, że przyciągnęli sporą grupę fanów i zdecydowanie wyróżniali się na tle pozostałych kapel, a jak wiadomo różnorodność ważna rzecz. Mimo mojego malkontenctwa dali całkiem solidny występ tyle tylko, że nie jestem targetem takiego grania. Bywa i tak.

Na THAW miałem okazję trafiać w różnych miejscach oraz okolicznościach i niezależnie od zmienności tychże, zawsze było co najmniej zacnie. Po prawdzie zawartość „St. Phenome Alley” nie zrobiła mi aż tak dobrze jak „Earth Ground”, ale z drugiej strony zapowiedzi „Grains” pozwalały oczekiwać powrotu do bardziej cenionej przeze mnie estetyki, więc tym bardziej czekałem na ten występ. Tym razem sosnowiczanie zaprezentowali przekrojowy set zawierający zarówno starsze utwory jak i przedsmak swojego nowego dzieła. Choć nadal grają frapującą miksturę blackowej surowizny inkrustowanej noise/ambientem to w swojej muzycznej wizji znaleźli też miejsce na nieco więcej przestrzeni i doom’owej prostoty. Co ciekawe, nawet mniej lubiane przez mnie numery w wersji koncertowej zyskały nowe życie i zgrabnie wpasowały się w całość. THAW zachwując tożsamość i nie rezygnując ze swoistych „znaków firmowych” sukcesywnie rozbudowuje walcharz stosowanych środków by jeszcze sprawniej wciągać słuchaczy w swoje transowe wizje. Na pewno nie jest to muzyka dla każdego, ale ja ich kupuję niczym gawiedź produkty z Biedronki.

Parafrazując klasyka – jaka FURIA jest każdy widzi. Nie ujmując nic występom poprzedników to Nihil i spółka pokazali tego wieczoru jak działa zespół świadomy swojej wartości, prezentujący określoną wizję i postępujący wbrew utartym schematom. Półtoragodzinny występ miał odpowiednią dramaturgię i tworzył spójną opowieść pomimo (a może właśnie dzięki temu), że sięgnęli po najstarsze utwory ze swojego dorobku. Dzięki temu (oraz odpuszczeniu kilku stałych pozycji koncertowego repertuaru), usłyszeliśmy demówkowe: „Ciszę”, „I spokój” plus dotychczas niegrane „Na ciele mym historię swą piszę” z debiutu – co stanowiło godne uzupełnienie dla silnej reprezentacji najnowszej płyty. Znalazło się też miejsce dla paru ciosów z „Nocela” i „Marzanny”, więc choć trudno mówić o zaskoczeniu w przypadku zespołu grającego relatywnie sporo koncertów, była to jednak okazja do zaobserwowania odmiennego od dotychczasowych wcielenia FURII. Miałem pewne wątpliwości czy kawałki z „Księżyc milczy luty” wejdą w symbiozę ze starszym materiałem, ale mimo wszystkich różnic stylistycznych, FURIA pozostaje równie autentyczna, grając utwory z debiutu co chwilę później gdy atakuje czymś ze swojej najnowszej twórczości. Sama zaś zawartość ostatniego opusu FURII w wersji koncertowej jeszcze zyskuje, gdy sceniczna prezentacja uwypukla prostotę i tradycyjność środków jakimi został on zbudowany. Można się spierać, czy to jest jeszcze black metal, czy jednak już nie, ale niezależnie od zastosowanej taksonomii trzeba przyznać, że w tworzeniu nekrofolkowej atmosfery nie mają sobie równych.

Podsumowanie: Nie będę się upierać, że trasa „Za ćmą w dym” to wydarzenie roku i kto nie był ten przegrał życie, ale koncerty FURII to jest okazja obok której trudno przejść obojętnie, a odwiedzenie katowickiego Mega Clubu okazało się idealnym dopełnieniem jesiennego sezonu koncertowego. [Michał Pawełczyk]

previous arrow
next arrow
ArrowArrow
Slider