Relacja: MAYHEM, ASPHYX, DRAGGED INTO SUNLIGHT, DEUS MORTEM, CENTURION, THUNDERWAR – 21.10.17 / Warszawa

Możecie wierzyć bądź nie, ale każdy koncert da się podzielić ze względu na „typ uczty” (lub jej braku): ucztę dla oczu, ucztę dla uszu oraz ucztę dla duszy. Warianty mogą się wzajemnie uzupełniać, ale także wykluczać.

Ważny w ocenie każdego widowiska, jak i każdej innej sprawy jest obiektywizm, który odegrał kluczową rolę także podczas koncertu na trasie MAYHEM w Warszawie. Byłem świadkiem już bodajże 3 rytuałów odprawianych przez Norwegów (i Węgra), podobnie zresztą jak DEUS MORTEM – ciężko zatem nie być stronniczym, czy też nie sięgać po pewne porównania. Tym trudniej, że świetle (a raczej mroku) dnia codziennego obie kapele stoją na czele mojej black metalowej top-listy, więc wymagania/oczekiwania zawsze są adekwatnie podbite.

I jak zatem było? Zaczynając od końca, czyli od DEUS MORTEM (na CENTURION oraz THUNDERWAR niestety nie byłem), mogę śmiało rzec że kapela koncertowo się rozwija i zmiany personalne, które zaszły na „Demons of Matter and the Shells of the Dead”, nie wpłynęły na nią negatywnie. Obawiałem się trochę, że nowe kawałki nie sprawdzą się koncertowo, ale taki „Olam haBeriah” doszczętnie mnie zmiótł, szczególnie w kontekście trasy MAYHEM. Czemu? To był chyba najbardziej „norweski” kawałek całego wydarzenia! Nieśpieszne podkręcanie tempa, rozrywające trzewia riffy, pozorny spokój i opanowanie, inkantacje… Nie gorzej wypadło „Penetrating the Veils of Negativity”, które obnażyło jeszcze jeden szczegół. Wokal Necrosodoma nigdy nie był lepszy, pewnie już nie będzie. Perfekcja jakby prosto ze studia, tego wieczora demony ucichły by w skupieniu posłuchać DEUS MORTEM.

Po doskonałym występie Polaków, przyszedł czas na największe misterium, czyli występ enigmatycznego DRAGGED INTO SUNLIGHT. Nie miałem dotąd styczności z twórczością Anglików, ale słyszałem wiele o ich scenicznych „performensach”. Zacznę od tego, że pomimo pewnej wizualnej wtórności (stanie tyłem do sceny, kaptury, mgła, ołtarz, głowy kozła, noise’owe intra, itd.), jako całość ich występ był zdecydowanie najbardziej wciągający, szczególnie gdyby zestawić niepokojące intra, z muzyką jaką grają. Podobno miał być to death/doom metal, ale na żywo brzmiało to bardziej jak noise grindcore/punk (głównie za sprawą krzykliwego wokalu) przerywane od czasu do czasu jakimś melodyjnym riffem, czasem zalatywało też intensywnością hardcore’u, ale pewnie muzycy śmiertelnie by się obrazili za takie porównanie. Intensywność ich występu była momentami wręcz nużąca, nie przypominam sobie choć 5 sekund ciszy, jakiegoś przerywnika, ale jako że muzyka ANAAL NATHRAKH nie jest mi obca, odnalazłem się całkiem nieźle pośrodku tego rytuału. Ale podkreślam, to nie była muzyka do zabawy czy rozpraw nad rolą dźwięków w naszym życiu. To było bombardowanie w mroku, które chyba pozbawione całej otoczki nie byłoby już tak atrakcyjne.

Death metalowi weterani z ASPHYX, dzięki któremu koncert w Warszawie znacznie różnił się od tego, który miał miejsce dzień wcześniej w Katowicach, w świetle dwóch poprzednich występów wypadł w moich oczach dość blado. Co prawda słyszałem wiele głosów zachwytu, jakże to ASPHYX uratował „chu*owy MAYHEM”, ale z mojej perspektywy, Holendrzy stylistycznie i muzycznie nie pasowali do tej trasy, choć nie można im odmówić niewątpliwych walorów artystycznych. Panowie bawili się doskonale, widać było że część osób przyszła właśnie na ten zespół. Może to tylko kwestia wyrwania z kontekstu i przerwania ciągłości wrażeń, ale z finalną oceną poczekam na ich koncerty w Polsce w 2018 roku (o których u nas będzie wiele).

Wreszcie przyszedł czas na opis występu mistrzów ceremonii – MAYHEM. Misterium, które przygotowali Norwedzy i Węgier różniło się od tego, które widziałem 3 lata wcześniej, zdecydowanie na plus. Można powiedzieć, że zespół wkroczył w erę „dynamicznej informacji wizualnej” bo delikatnych zmian scenografii było kilka. Dzięki bannerom czy manekinom mogliśmy zagłębić się w historie tej pokręconej ekipy, zobaczyć jakie inspiracje leżały u podwalin ich długiej historii. Dla mnie było to doskonałym urozmaiceniem, konceptem który świetnie dopełnił pomysłów poprzedników. Mam oczywiście świadomość że ambientowe intra, fioletowe/niebieskie podświetlenia, rytuały przy świecach towarzyszą zespołowi od momentu ponownego wstąpienia Atilli do zespołu. Zresztą dokładnie tak samo jak „De Mysteriis Dom Sathanas”, ale to komukolwiek przeszkadza???? Nergal zapowiedział, że przybędzie i ma nadzieje, że pośpiewa sobie coś więcej niż „Freezing Moon”, dzięki czemu mam pewność, że ta płyta się nie starzeje, a ja osobiście nie jestem fanem „współczesnych” dokonań sygnowanych już marką THE TRUE MAYHEM. I rzeczywiście… pośpiewalim troszkę, wspierając Attilę, którego rzadko było słychać. Można było zresztą poczuć się jak na karaoke, a gdyby jeszcze przy wejściu rozdawali gitary to i Telocha i Ghula można byłoby całkiem porządnie dubbingować. Nie zrozumcie mnie źle, wokal Attili był jak zwykle perfekcyjny, niemalże taki sam jak w oryginale, ale tak koszmarnie wyciszony, że np. w tytułowym „De Mysteriis Dom Sathanas” słyszałem głównie „czyste” inkantacje. Jakości nagłośnienia gitar już niestety nie potrafiłem wyjaśnić – może był to vintage show na sprzęcie z lat ’90? Gdybym nie słuchał tego albumu od wielu lat to mógłbym się zastanawiać co to tam tak brzęczy w tle. Nie miałem natomiast zastrzeżeń co do sekcji rytmicznej, Hellhammer i Necrobutcher jako najstarsi stażem nigdy nie zawodzą, a to co wydostaję się spod ich rąk jest naprawdę bliskie oryginału.

Ogólne wrażenia są bardzo pozytywne, to była uczta dla uszu, oczu i duszy jednocześnie. Czasem wymagała większej koncentracji (albo jej braku), ale fakt że nawet przy słabym nagłośnieniu MAYHEM słucha się bez zarzutu, świadczy że muzyka prekursorów black metalu jest nieśmiertelna i bez mrugnięcia okiem wybiorę się na kolejne koncerty legend. Może nawet skuszę się w końcu na trasę z nowszymi kawałkami? [Vexev]

 

Arrow
Arrow
Mayhem_progresja
Slider

(Zdjęcia wykonane przez: Janek Fronczak)