Relacja: MAYHEM, DRAGGED INTO SUNLIGHT, DEUS MORTEM, CENTURION, THUNDERWAR – 20.10.17 / Katowice

MAYHEM nie wywołuje już wśród fanów takich emocji jak kiedyś, ale ponieważ większość z nas, niczym inżynier Mamoń najbardziej lubi te piosenki, które już zna to kolejna sposobność do skonfrontowania się z zawartością „De Mysteriis Dom Sathanas” okazała się nie do pogardzenia. Z kolei zestaw zaproszonych supportów sugerował, że będzie się działo, nie tylko podczas odgrywania „Freezing Moon” i pozostałych klasyków.

Niewdzięczna rola przywitania niezbyt licznie zgromadzonej publiczności przypadła tym razem stołecznemu THUNDERWAR oraz ich epickiemu death metalowi na staro-szwedzką nutę. Pamiętałem ich z czasów gdy promowali swoją debiutancką EPkę „The Birth of Thunder” i robi wrażenie postęp jaki przez te lata poczynili w zakresie występów scenicznych. Mój problem z zawartością „Black Storm” jest taki, że na dłuższą metę takie granie nie porywa i kontakt z tymi dźwiękami na żywo, moich odczuć nie zmienił. Z zadania rozruszania powoli gromadzących się w klubie ludzi THUNDERWAR wywiązał się jednak dobrze i można było zbierać siły na dalszy ciąg wieczoru.

Tym bardziej, że mazowiecki CENTURION jeńców nie bierze, a jeszcze świeża EPka „Extinction” spuściła mi całkiem niedawno srogi łomot. Brutal death metal w wykonaniu ekipy Bigosa to muzyka stworzona do grania na żywo i katowicki występ był potwierdzeniem tego faktu. W setliście dominowały oczywiście numery ze wspomnianej „Extinction”, chociaż znalazło się też miejsce na parę strzałów ze starszych płyt i trzeba przyznać, że była to bardzo dobrze zbliansowana muzyczna dieta. Jedyny mankament stanowił niezbyt długi czas jaki CENTURION otrzymał na swoje sceniczne harce, ale wykorzystał go w 100%.

Wiadomość o dołączeniu do składu imprezy DEUS MORTEM była jak to mawiają „truskawką na torcie” – koncerty hordy dowodzonej przez Necrosodoma nie zdarzają się zbyt często, a ich częstotliwość jest odwrotnie proporcjonalna to jakości prezentowanej przez nich muzyki. Na katowicki występ złożyły się parada „przebojów” z „Demons of Matter and the Shells of the Dead” na czele, żywiołowe reakcje publiczności i całkiem konkretny młyn pod sceną. DEUS MORTEM umie w black metal i całościowe wrażenie niwelowało tylko mało przejrzyste nagłośnienie, ale skoro to czarny metal a nie filharmonia to można uznać, że zmieścili się w konwencji.

Z DRAGGED INTO SUNLIGHT do tej pory nie było mi po drodze – z płyt muzyka Brytoli wydawała mi się zbyt jednowymiarowa i mało porywająca, więc do ich występu pochodziłem bez większej ekscytacji i liczyłem na chwilę wytchnienia przed MAYHEM, ale jak to zwykle bywa, życie zweryfikowało te plany. O ile sztuczki Anglików, w rodzaju zadymienia całej sceny i postawienia na niej wielkiego świecznika nie robią ma mnie szczególnego wrażenia to gdy zaczęli grać dałem się wciągnąć w ich muzyczne wizje. Siła tego rodzaju grania leży w prostocie – operujące dosyć ascetycznymi środkami doom/death metalowe kompozycje, podbite wwiercającym się w głowę brzmieniem okazały się przepisem na sukces. Ja to kupuję. Reakcje ludzi były dosyć spolaryzowane, niektórzy uważali ten występ za najlepszy moment wieczoru, a inni już po pierwszych dźwiękach intro dokonywali odwrotu na z góry upatrzone pozycje w okolicy baru. Moja ocena DRAGGED INTO SUNLIGHT jest bardziej umiarkowana, ale zdecydowanie był to koncert, który warto było zobaczyć (choć więcej było słychać niż widać :P).

Trudno mówić o zaskoczeniu gdy MAYHEM już drugi rok z rzędu podróżuje po świecie wykonując w całości swój najbardziej znany opus. Że „De Mysteriis Dom Sathanas” dobrze zniosło próbę czasu, w przeciwieństwie do niektórych klasyków takiego grania, to też wiadoma sprawa. Pozostawało tylko pytanie czy katowicki koncert zaoferuje coś oprócz wrażenia obcowania z grupą rekonstrukcji historycznych pod tytułem „korzenie black metalu”? Jak zwykle w tego typu przypadkach, odpowiedź jest kwestią gustu, ale po kolei. Tak jak przy poprzednich występach (chociażby ubiegłoroczna Metalowa Wigilia w Warszawie) MAYHEM postawiło na spektakl – dekoracje, kostiumy, rekwizyty, wszystko po to żeby spotęgować wrażenia (lub jak mówią malkontenci pomóc ukryć fakt, że to jednak odgrzewane kotlety). Ja nie mam z takimi manewrami problemu o ile zespół wypada w tym wiarygodnie, a występ MAYHEM ten warunek spełnił. Największy udział w zbudowaniu wspomnianej wiarygodności miał Attila, którego wokale napędzały cały koncert i pozwoliły uwierzyć, że za tym pomysłem oprócz oczywistej chęci zarobku stoi też jednak pewien zamysł nie bójmy się tego słowa artystyczny. Na minus słabujące momentami nagłośnienie (szczególnie „Funeral Fog” trzeba sobie było „dośpiewać”, bo usłyszeć cokolwiek było trudno, ale później było już nieco lepiej). Szkoda też, że nie doczekaliśmy się choć jednego kawałka spoza wiadomej płyty, ale taka jest formuła trasy „Purgatorium Rutheniae MMXVII”, więc niespodzianki nie było.

Zapewne istnieją lepsze sposoby na spędzenie piątkowego wieczoru, ale wizyta w Mega Clubie ten wieczór, z pewnością była dobrym pomysłem – kto nie był niech żałuje. [Michał Pawełczyk]