Relacja: Metal Mine Festival 2017

Zacznę od tego co jest chyba najbardziej znamienne, ale to także trochę spoiler tego o czym przeczytacie później – na Metal Mine byłem po raz pierwszy i na pewno nie ostatni! Choć to dopiero druga edycja, to wystarczyło spędzić choć kilka minut w pobliżu festiwalowej areny, aby poczuć że doświadczenie organizatorów wykracza dalece poza te 2 lata – zdawać by się mogło, że wałbrzyski festiwal zgrabnie pominął fazę „dziecięcą”, przeskakując od razu w dorosłość.

Zacznijmy od doboru miejsca, które niejako predestynuje festiwal Metal Mine do bycia imprezą unikatową – piękne rejony odrestaurowanej kopalni „Julia”, której oblicze charakteryzował doskonały balans pomiędzy dbałością o architektoniczne detale, a nowoczesnością. Artyści na scenie musieli być pod wrażeniem widoku rozpościerającego się przed nimi – i nie mam tu wyłącznie na myśli licznej widowni, ale także podświetlanej szklanej wieży widokowej. Ponadto, lokacja niejako „w kotlinie” zapewniała doskonałą akustykę, którą tylko żarliwe starania mogły zepsuć (i tak niestety się stało, ale o tym później). Konkluzja? Festiwalową ucztę równie dobrze można połączyć ze zwiedzaniem, tak jak to było w moim przypadku!

Nie mógłbym także zapomnieć o dodatkowych atrakcjach znajdujących się wewnątrz strefy festiwalowej takich jak piaskownica z leżakami i parasolami, a także budzących ciekawość części maszyn górniczych, które tak jak i piasek, służyły często jako dodatkowe miejsce do wypoczynku! Przyczepić się można było natomiast do zbyt małej liczby stoisk z piwem – generowało to długie kolejki, a w konsekwencji wywołało nieprzyjemności w postaci ciepłego piwa, zgroza. Ten niecny proceder rozpoczął się mniej więcej w połowie festiwalu i trwał niestety do samego końca. Na minus działało również „podłe” jedzenie i skąpy wybór, ale… na tle śląskiej scenerii i w świetle doskonałej organizacji były to marginalne błędy w sztuce. To przecież nie luksusowy koncert Stinga w klimatyzowanej sali bankietowej, tylko wojna w najczystszej postaci.

Przejdźmy do najważniejszego istotnego aspektu, czyli muzyki – nie ukrywam, że niecierpliwie wyczekiwałem występu SEPTICFLESH, czyli zespołu który według mnie należy do światowej czołówki symfonicznego death metalu, ale to także jeden z bardzo nielicznych zespołów z grona tych „ulubionych”, którego nie dane było mi dotąd usłyszeć na żywo. Jednakże, efektem tak długiego czekania nie był niestety zachwyt, bo to inne zespoły skradły show Greckim Bogom, ale o tym za moment.

Zacznijmy od pierwszej kapeli, którą ujrzałem na żywo – grindcore’owe F.A.M zaprezentowało się bardzo poprawnie i zwiastowało świetną, dalszą zabawę! Widać, że grindcore w Polsce przeżywa renesans, bo publiczność dopisała. Dobry omen znalazł potwierdzenie w występie czeskiego ANTIGOD, który zaprezentował całkiem oryginalną i zarazem porywającą wersje death metal’owego grania. Ich koncert był niczym znak do ataku, po którym na następnych kapelach pod sceną zrobiło się tłoczno.

A kto grał następny? Nie kto inny, a wyczekiwany przez wiele osób, żorski ETERNAL DEFORMITY – czyli kapela której  fanem jestem od wielu, bardzo wielu lat. Spodziewałem się przekrojowego setu i się nie zawiodłem, choć zabrakło mi kilku nastrojowych utworów tzw. wyciskaczy łez, ale… no właśnie. Kto gra smętne ballady kiedy słońce smaży czachę? ETERNAL DEFORMITY to jednak zespół, który lepiej prezentuje się w klubach, iluminowany sztucznym oświetleniem, które buduje odpowiednią atmosferę wokół ich twórczości. W związku z tym, był to po prostu solidny, metalowy występ, ale niestety pozbawiony charakterystycznej magii, którą nasycony jest chociażby ostatni album pt. „No Way Out”.

Przejdźmy do zespołu, który zaskoczył mnie chyba najbardziej z całego zestawu, czyli DOOMAS. Choć chłopaki ze Słowacji posiadają zaledwie 2 pełnowymiarowe płyty na koncie, a ich twórczość dotąd mnie nie porywała, to na żywo był to istny wulkan energii, scena wręcz się uginała od ciężaru nastrojowej mieszanki doom’u i death’u. Najlepszym przykładem będzie tu kawałek „Forlorn”, który na płycie brzmi kartonowo (jak i cała płyta), podczas gdy w Wałbrzychu Słowacy po prostu wyrzeźbili giganta. DOOMAS to klasyczny przykład zespołu, który będzie demolował publiczność na żywo. Brawo i oby tak dalej!

Teraz z kolei zespół, który wyjątkowo trudno mi się opisuje bowiem widziałem ich na żywo już 5 razy w tym roku. Myślę, że łatwo domyśleć się, którą imprezową bestię mam na myśli. Oczywiście chodzi o IN TWILIGHT’S EMBRACE, które później zobaczyłem jeszcze na jednym festiwalu. Co mógłbym napisać tym razem o tej dobrze rokującej kapeli z Poznania? Hmmm… liczyłem na więcej kawałków z najnowszej płyty „Vanitas” (wtedy jeszcze planowanej), która wnosi dużo świeżych idei do twórczości IN TWILIGHT’S EMBRACE i moim zdaniem będzie świetnie się sprawdzała koncertowo! Poza tym jak zwykle chłopaki trzymają wysoki poziom.

No to przechodzimy powoli do czołówki, a zaczniemy naturalnie od najbardziej „elastycznego” obecnie towaru na rynku. Może wydać się to nieco dwuznacznym określeniem, ale każdy kto choć raz widział OBSCURE SPHINX na żywo na pewno się ze mną zgodzi. Pozwolę sobie tutaj na małą dygresję – pewnie wielu osobom wydaje się, że mam z 11 lat i rozpoczynam dopiero przygodę z muzyką metalową, czyli Linkin Park albo czymś mocniejszym – The Rasmus. Ale zaprawdę powiadam (poza tym ch*j wam w d*pe znawcy), że akurat w kwestii zespołu z Warszawy jestem prawdziwie „trv” i pierwsze spazmy zachwytu targały mną już w 2009 roku. OBSCURE SPHINX urzekło mnie niejako przy okazji kiełkującej fascynacji BLINDEAD, ale do dziś nie podjąłbym się zestawienia tych dwóch zespołów. Scenicznie OBSCURE SPHINX deklasuje, nie inaczej było na Śląsku. Ponadto, ciężar bijący z twórczości Wielebnej, Olo, Bladego i Pavulona miażdży i przybija do krzyża. I na scenie Metal Mine było czuć to najlepiej, był to bowiem drugi najlepiej nagłośniony koncert tego wieczoru. Zaczynając od kawałków z „Anaesthetic Inhalation Ritual” po najnowsze z „Epitaphs” braliśmy udział w rytuale przygotowującym do charakterystycznego dla tego zespołu „wybuchu energii”. Klasa i doskonały wybór przed SEPTICFLESH.

Wywołałem wilka z lasu, więc czas poświęcić trochę uwagi gwieździe wieczoru, Greckim Bogom, mistrzom symfonicznego metalu, znanych także jako SEPTICFLESH. Jak wiecie z początku tego elaboratu, to na nich czekałem ja, moi znajomi, jak i pewnie wszyscy inni obecni. I niestety, jakby to powiedział znany autorytet młodzieży – Zbigniew Stonoga, akurat przy ich występie „Coś się zepsuło i nie było mnie słychać”. Zacznę wyjątkowo od krytyki, bo to co „przyrządził” dźwiękowiec Greków wołało o pomstę do Zeusa. Od początku do końca występ był akustycznie płytki (gdzie się podział bas? Gdzie się podział Krimh?), przyciszony, przygaszony. To co powinno być najgłośniejsze, najbardziej „rozpasłe” zostało prawie zupełnie stłamszone i z na prawdę bardzo wielu opusów zagranych przez SEPTICFLESH ponad przeciętność wybił się tylko słynny „The Vampire of Nazareth”, głównie za sprawą większej ilości partii perkusyjnych i wokalnych. Przy okazji muszę ponownie zlinczować dźwiękowca za „nagłośnienie” fragmentów symfonicznych. Czemu „nagłośnienie”? Bo to było raczej „ściszenie”, aniżeli nagłośnienie. Zazwyczaj potężna, pełna przestrzeni, monumentalna symfoniczna część twórczości Greków jakościowo nie odbiegała od dźwięków saksofonu puszczanych z YouTube’a w kawiarni (siedząc gdzieś w rogu przy wejściu). Na nieszczęście przybyłych kryzys przyszedł w najmniej odpowiednim momencie, ale i tak zabawa była przednia. „Annubis” puszczony choćby z głośnika na bluetooth’a to rarytas, który cieszy. Tak samo jak „Prototype”, „Persepolis” czy „Sangreal” oraz autentyczny powrót do korzeni dzięki kawałkom z „Ophidian Wheel” oraz „Sumerian Daemons”. Brakowało mi tylko czystego wokalu gitarzysty, Sotiris’a Vayenas’a oraz kawałków z premierowego albumu „Codex Omega”, ale z zapowiedzi Spiros’a Antoniou (wokal) wynikało, że jeszcze nic straconego :)

Niestety w trakcie trwania koncertu ACID DRINKERS musiałem udać się poza teren festiwalu, na żywo doświadczyłem tylko 3 ostatnich numerów, więc nie śmiałbym porywać się na komentarz, niemniej jednak w koncercie FURII brałem udział już całym sobą…

FURIA… to już n-ta ich sztuka, na której byłem obecny. Ale pierwsza po symbolicznym zerwaniu zmowy milczenia. Od czasu wywiadu z Łukaszem Orbitowskim, Nihil stracił według wielu osób autentyczność, ale jednocześnie rozpoczął pewien etap. Etap otwartości na – ten – świat. Nie wiem czy miało to jakikolwiek wpływ na twórczość czy nastawienie kapeli, ale ich występ na Metal Mine 2017 okazał się być nie tylko najlepszym z tych, w których brałem dotąd udział, ale także najlepszy na festiwalu. Nosa mieli eksperci, którzy przed rozpoczęciem tej sztuki krzyczeli „Są to koła” (twierdząc, że reszta w d*pie była i gó*no widziała), bowiem najlepszy występ wieczoru nie mógł się obyć bez tego utworu z płyty „Marzannie, Królowej Polski”. FURIA przeszła samą siebie, nie mógłbym wskazać  choćby jednego słabego punktu, ba… za sprawą doskonałego nagłośniania starsze kawałki brzmiały lepiej niż w studiu, a nowsze targały uczuciami jak w dniu kiedy pierwszy raz dorwałem się do CD. Słowa Nihila na przywitanie okazały się być prorocze, ponieważ proste „Dobranoc” zwiastowało zamknięcie tematu, pozamiatanie i skoszenie niczym śmierć. Odrealniony występ… jeśli upływ czasu nie zmącił waszej pamięci to sięgnijcie właśnie po wspomniane „Kosi ta Śmierć” — na płycie brzmi co najmniej old-school’owo (żeby nie napisać, że brzmi jak nagrane szczotką do włosów), natomiast po 00:00 w dniu 27.08.2017 brzmiało to niczym niedawno skomponowany, świeży hymn. Nic dodać, nic ująć. Tam trzeba było być…

I nadszedł czas na krótkie podsumowanie! O ile dobrnęliście do tego momentu po tak długiej lekturze, to na pewno spostrzegliście, że poza paroma mankamentami, festiwal w Wałbrzychu spotkał się z moim najwyższym uznaniem. Z czystym sercem mogę polecić wam to wydarzenie, dajcie lajka na Facebook’u i pamiętajcie by w przyszłym roku koniecznie odwiedzić Kopalnię „Julia”! [Vexev]