Relacja – METALMANIA 2017 / Katowice

Są takie festiwale na świecie, na które czeka się okrągły rok już dzień po ich zakończeniu. Ile musieli czekać fani METALMANII na reaktywacje? Pewnie 3825 dni :) To bardzo dużo, szczególnie że cierpimy w Polsce na chroniczny niedostatek dużych festiwali i choć powstają nowe inicjatywy, to równie szybko upadają (np. Dark Fest). 

Jak wiele osób już zauważyło, reaktywacja METALMANII nie była przysłowiową reanimacją trupa. Wydarzenie miało na prawdę szeroko zakrojoną reklamę, Katowice (i pewnie inne miasta na Górnym Śląsku) były obklejone propagandowymi plakatami, ziny kipiały od wieści, konkursów i ciekawostek o zespołach,
które udzieliły przed rozpoczęciem festiwalu niezliczonych ilości wywiadów. Czasem naciąganych i nieco skandalicznych jak ten z wokalistą MOONSPELL, Fernando Ribeiro, który wcielił się w eksperta do spraw polityki, uciśnień etnicznych i roli kobiet w polskim społeczeństwie, czasem ciekawych i pouczających jak ten z SINISTER. Tak czy inaczej, Spodek 22-ego kwietnia mienił się czarnym kolorem, choć rekordów wypełnienia tego kultowego miejsca nie uświadczono. Płyta na SAMAELU CZY MOONSPELL był wypełniona w 80%, natomiast trybuny w centralnej części pewnie w 90%, a gdzie indziej świeciły pustkami.

Przechodząc do treści właściwiej wydarzenia, czyli popisów scenicznych zespołów, nie mam żadnych zastrzeżeń. Wszystkie zespoły zagrały w przedziale od przyzwoicie przez dobrze, po fantastycznie. Ponadto, headlinearzy MOONSPELL i SAMAEL pozwolili sobie na wykorzystanie wielu ciekawych dla oka rozwiązań – pierwszy zespół dał (zgodnie z zapowiedziami) show z okazji 25-lecia wydania płyt „Irreligious/Wolfheart”, podczas którego zobaczyliśmy kilka przebieranek, odbijanie światła lusterkami przez byczka Fernando, niezapowiedziane zmiany bannera w tle sceny (pierwsza część koncertu związana była z „Irreligious”, więc w tle wisiała płachta z okładką, która następnie zmieniona została na tę z „Wolfheart” wykorzystując chwilę ciemności panującej na scenie) oraz bardzo wiele „POLSKA, NAPIERDALACZ”. Dużo bardziej podobały mi się jednak popisy SAMAEL, które ubarwione były wizualizacjami oraz sugestywnymi obrazami (płonące pentagramy na przykład) wyświetlanymi na trzech, sporych rozmiarów wyświetlaczach, które były dodatkowo zsynchronizowane z oświetleniem. Podest keyboardzisty znajdował się trochę wyżej, co dodatkowo podkreślało rozmach i pieczołowitość przygotowania ich show.

SAMAEL zresztą bardzo pozytywnie mnie zaskoczył, spodziewałem się bowiem grania w stylu Braci Figo-Fagot, czyli na mocne 30%. A tu proszę! Wypełnili wszystkie nadzieje pokładane w headlinerze i to z nawiązką! Zagrali kawałki z jeszcze niewydanej płyty, ale reszta to były oczywiście starocie z „Worship Him”,
niegranym od 25 lat, na czele. Nie pojawiło się natomiast prawie nic z „Above” oraz „Solar Soul”, fragmentarycznie z najnowszego „Lux Mundi”. Na duży plus zaliczam też sceniczną aparycję niezmordowanego Xytraguptora, czyli wspomnianego klawiszowca/”perkusisty”, który z każdym naskokiem na swój zestaw małego perkusisty zdawał się wyładowywać całą złość zbieraną latami w związku z brakiem prawdziwych garów :)

Obok SAMAELA najbardziej przypadł mi do gustu występ reaktywowanego w 2010 roku CORONERA, którego powiedziawszy szczerze… wcześniej nie słuchałem. O tyle większym było to zaskoczeniem, że zespoły na które czekałem najbardziej, czyli SODOM oraz SINISTER, już mnie tak nie zmieliły jak poczciwy CORONER – na prawdę, przekazuję koronę i berło oraz nadaję tytuł Królów Katowickiego Balu! Brawo! Na tym tle najbardziej zawiódł mnie rodzimy VADER, który w tak doborowym towarzystwie wypadł bladziutko, przepaść pomiędzy ekipą Petera, a choćby SINISTEREM była bardzo widoczna i po prostu prostu trochę raniła polską dumę. Tłuczenie na pełny regulator staroci widać już nie wystarcza, żeby taki występ można było uznać za udany. Powróćmy jednak do CORONERA, bo z moich obserwacji wynika, że umiejętność hardcorowego władania gitarami najlepiej opanowali właśnie ci (starsi) panowie, którzy praktycznie ze szwajcarską precyzją kroili powietrze piekielnie ostrymi riffami i chirurgicznie dokładnymi solówkami. Wniosek jeden – czas zapoznać się z ich dotychczasowymi dokonaniami, nadrabiając zaległości. Sporym zaskoczeniem był też występ ARCTURUS, które na papierze trochę nie pasowało do reszty formacji, ale wypadło moim zdaniem najlepiej z pierwszych czterech zespołów na głównej scenie. To było na prawdę solidne granie, z niebanalnymi wstawkami orkiestralnymi i nietuzinkowymi wokalizami (choć czym dłużej w repertuar, tym bardziej słyszalne zawodzenie). ENTOMBED A.D. zagrało natomiast bardzo solidnie, wyróżniało je bardzo niskie, wręcz „kamienne” strojenie gitar – na Dużej Scenie zresztą przydała się odmiana w postaci klasycznego death metalu.

Na małej scenie (której położenie i wygląd było nieporozumieniem, ale do tego wrócimy na koniec) mieliśmy za to festiwal polskiego grania, ukoronowany występem jednej kapeli spoza nadwiślańskiego kraju – IMPALED NAZARENE. Na tej scenie bezkonkurencyjne były dwie kapele, po których zresztą można było spodziewać się fajerwerków, nawet w tak trudnych warunkach jak gra pod schodami. Mam naturalnie na myśli MORD’A’STIGMATĘ, która zgodnie z oczekiwaniami zagrała prawie wszystko z najnowszego wydawnictwa „Hope” (prawie bo tylko 30 minut na każdy zespół) i porywała ludzi w krainę imaginacji, by za moment przenieść nas w krainę pustki, z rzadka nadziei. Genialny, dobrze nagłośniony występ. Na drugim miejscu tego wieczora uplasował się według mnie INFERNAL WAR. Ich koncert można opisać wieloma słowami, ale ja użyje według mnie najbardziej oddających atmosferę – chaos, amok, furia, zniszczenie, rozpierdol. Nie było na tym festiwalu drugiej kapeli, która zagrałaby tak energicznie, precyzyjnie i „furiacko”. Totalna destrukcja sceny i miejsca przed nią. A na dodatek poleciały same hity, nie bawiono się w jakieś prezentacje, opowieści o nowych wydawnictwach. Od razu na szafot i dobranoc. Występ OBSCURE SPHINX również był bardzo ciekawy, a do tego emocjonalny. Na dowód mogę przytoczyć okrzyki fanów po koncercie – „GŁÓWNA SCENA”. Coś dodać? Taki, a nie inny odbiór to pewnie też zasługa aparycji, barwy głosu oraz zachowania dobrze znanej wokalistki o pseudonimie Wielebna, bo przecież ten występ poza stroną muzyczną, przykuwał uwagę także wizualnie, co było niebywale trudne na tak małej scenie. Natomiast na IMPALED NAZARENE było to czego wszyscy oczekiwali – zło, degeneracja, rozpusta i dużo obscenicznych gestów :) Czyli ukoronowanie wszystkiego tego, na co czekali fani STILLBORN czy INFERNAL WAR, tylko w black metalowej atmosferze ugrofińskiego armagedonu.

Niestety nie mogłem zostać już na FURII, a ENTROPII wysłuchałem tylko fragment. Trochę żałuje, ale te zespoły akurat nierzadko koncertują, więc odrobię przy najbliżej okazji. Ale teraz czas na minusy METALMANII 2017 – a głównych grzechów mogę wskazać trzy. Pomimo tłumaczeń i zapowiedzi, że Mała Scena będzie na prawdę mała, to trudno mi zrozumieć że ktoś zdecydował się na to miejsce. Wyobraźcie sobie, że CETI, IMPALED NAZARENE i inni grali na scenie w kącie pod schodami prowadzącymi na trybuny. Do godziny 20:00 przy naturalnym  świetle, które odbierało sens jakiejkolwiek oprawie wizualnej. Scena była zmontowana na równi z podłogą, więc już w 6 rzędzie nie było widać nic z wydarzeń na scenie, a do tego schody i kolumny dodatkowo ograniczały i tak niewielkie pole widzenia. Nie wspominając o tym, że stanowiły zagrożenie dla wielu „tańczących” fanów (np. przy INFERNAL WAR), którzy w ferworze „walki” niekoniecznie patrzyli czy aby w odległości 20 centymetrów na wysokości ich głowy nie znajduję się betonowy schodek. Moim zdaniem taka scena to powód do wstydu – najlepszym rozwiązaniem byłoby rozbicie festiwalu na 2 dni, żeby wszyscy zmieścili się na Główną Scenę albo zorganizowanie drugiej sceny na zewnątrz (ale do tego potrzeba było lepszej pogody). To też drugie zastrzeżenie – metalowe święto trwało od 11:00 do 3:00 w nocy. Czyli grubo ponad 12 godzin. Jestem pewien, że sporo osób które przyszło z rana na TYGERS OF PAN TANG czy chociażby MENTOR czy THERMIT miało dość już po połowie, szczególnie że osoby które wykupiły bilet na płytę raczej nie miały za dużo miejsca do siedzenia. W związku z tym bardzo dużo osób koczowało na obrzeżach płyty albo wręcz leżało na niej. Domyślam się jednak, że koszty wynajęcia Spodka na kolejny dzień przewyższyły by ewentualne zyski (nawet pomimo stosunkowo wysokich cen biletów).

Do tego problem z wyżywieniem, bo niby w Spodku okienek z cateringiem było z 16, to w 90% przypadków nawet zapiekanki były „chwilowo” niedostępne. O jakości np. hot-dogów nie wspominam, bo zawsze widok buły z mikroskopijną parówą wzbudzał uśmiech politowania kupujących. Na tyle osób przydałoby się zapewnić porządny, cały czas uzupełniany catering. Piwo także było podłe w smaku, a maksymalna ilość %-ów w liczbie 3,5% wcale nie polepszała odbioru tego trunku :) „Strefa Food Trucków” jak ją szumnie nazwano okazała się być trzema barakowozami wyposażonymi w te same burgery, czasem frytki i oczywiście zapiekanki. Szatnia kosztowała 5 złoty za osobę, więc osoba którą często chwytał głód raczej nie mogła sobie pozwolić na częste sięganie po odzienie wierzchnie, więc wychodziło się na zewnątrz w koszulce i jadło spalone zapiekanki oraz zimne frytki. Niegodne tak dużego festiwalu.

Poza tym, obecność pana Orbitowskiego jako wodzireja, to była istna katastrofa, potężny faux pas organizatorów. Każda zapowiedź była niskich lotów, do tego ograniczała się zazwyczaj do 5 słów. W imię zasady „na odjeb i do domu”. Ale i tak Creme de la Creme tekstów prowadzącego to była zapowiedź SAMAELA. Pozwolę sobie przytoczyć tę elokwentną wypowiedź – „A teraz Pierdolony Samael”. Żenujące do bólu.

Poza wymienionymi błędami w sztuce oraz paroma innymi, mniejszymi potknięciami był to świetnie zorganizowany przez Metal Mind Productions festiwal, który uchował się od znaczących opóźnień i problemów technicznych. O świetnej lokalizacji nie muszę pisać, dobór zespołów także był trafiony – pozwoliło to na zachowanie różnorodności oraz ciągłe przyciąganie fanów pod jedną z dwóch scen. Atmosfera również była wyśmienita, wyczuwalne było iż jest to prawdziwe święto fanów ciężkich brzmień zjednoczonych pod sztandarem wspomnień oraz świeżości.

Jestem też przekonany, że wspomniane minusy pójdą w niepamięć i kolejna edycja będzie jeszcze lepsza! Do zobaczenia już za rok! [Vexev]

*wszystkie zdjęcia poza ostatnim są autorstwa: Kara Rokita