Relacja: Niech Cisza Milczy VI 2017 – 19.08.17 / Pyskowice-Dzierżno

Festiwal Niech Cisza Milczy od początku był swego rodzaju fenomenem – lokalizacja na uboczu, boisko piłkarskie służące za arenę koncertową, wejście za darmo, wręcz rodzinna atmosfera…

Czynniki te sprawiają, że chyba każdy gość Teatru Ciszy czuł coś wyjątkowego, i nie mam tu na myśli uczucia odklejania koszulki od pleców po intensywnych opadach deszczu. Raczej było to uczucie związane z wolnością, swobodą. Żadnych bramek, żadnych kontroli, prawie otwarty teren i muzycy na wyciągnięcie ręki. W takich warunkach nawet deszcz i chłód niestraszne!

Ale do rzeczy… że padało to pewnie każdy zauważył, co po niektórzy pewnie nawet zauważyli, że przy końcówce występu SPATIAL przestało padać. W związku z takimi, a nie innymi warunkami atmosferycznymi, pierwszy na liście SHODAN, nie mógł liczyć na komplet osób pod sceną, a wypadł przecież bardzo pozytywnie! Był to krótki, ale niezwykle treściwy występ, zgodnie z oczekiwaniami najbardziej „techniczny” na festiwalu.

Gospodarze festiwalu zagrali jako drudzy, SPATIAL zdołał wyciągnąć już sporą część ukrywających się dotąd pod namiotami niedowiarków i do tego nieźle ich sponiewierał! Muzycy z Pyskowic podeszli do swojego 6-ego występu na festiwalu naturalnie, pełni wigoru, emanowali pewnością siebie i uważam, że z tym zestawem utworów spokojnie daliby sobie radę nieco wyżej w hierarchii line-up’u. Strzyga raz po raz strzelał do widzów, występ ubarwił także gościnny występ Anny Achtelik z zespołu AS NIGHT FALLS w coverze piosenki „Scorpion Flowers” portugalskiego zespołu MOONSPELL. Ten utwór obok „Revenge” zapadł mi najbardziej w pamięci, nie tylko z powodu zbieżności imion wokalistek udzielających się w oryginale i w Dzierżnie. Wykonanie było po prostu urzekające!

Po SPATIAL na scenę wyszedł zespół, który od ogłoszenia składu zapowiadał się na czarnego konia igrzysk, na nieoficjalnego headliner’a, na suflera wszystkich innych kapel… no długo by wymieniać. Nie będę się jednak rozwodził nad setlistą, możecie ją zobaczyć poniżej na zdjęciu, wiadomo, że czego by nie zagrali to i tak byłby kocioł i rozpierdol. NUCLEAR VOMIT rozniósł w pył ten festiwal, publika szalała, wiwatowała niczym przy przejeździe Papa Mobile po ulicach Watykanu.  I nawet problemy z nagłośnieniem niczego nie zmieniły, bo przecież można grać grindcore akustycznie! Do tego wykwintne i subtelne żarty o debilach, wiśniówce i Polim z RudeBoya… poezja dla uszu i oka. Gratulacje panowie!

Ale koniec zachwytów, czas wrócić do surowej krytyki. A niestety taka też należy się Czechom z HEAVING EARTH. Nie wiem czy czuli się źle na polskiej ziemi, czy aura była niesprzyjająca, ale wydawało się, że przyjechali odbębnić swoje i szybciutko wracać… co zresztą (jako jedyni) uczynili od razu po swoim występie. Muzycznie było porządnie, na plus wyróżniał się potężny wokal, jakby sygnowany marką Glena Bentona z DEICIDE. Na minus nieustanne gadanie po czesku, z którego ja osobiście nie zrozumiałem praktycznie nic. Nie wiem czy na Śląsk przyjechało mnóstwo Czechów, ale uznałem to za pewien drobny nietakt. Zazwyczaj wystarczy wykrzyczeć kilka razy „Polska, napierdalacz” i wszyscy wpadają w euforie, tutaj tego zabrakło. Liczebność pod sceną w związku z tym faktem także osłabła, ale następna była MATERIA…

No i to właśnie MATERIA zagrała najbardziej żywiołowo, przekazując energie nieco zmokłej i wyczerpanej widowni. Na dowód wystarczy przytoczyć rekordową liczbę bisów! Choć stylistycznie MATERIA odbiegała nieco od tegorocznego, festiwalowego kanonu (tak jak zresztą PERCIVAL SCHUTTENBACH) to dzięki dobrze skrojonej setliście i energetycznemu wizerunkowi, udało się wyjść z tej sytuacji obronną ręką. Myślę, że przez rzesze osób zespół ze Szczecinka zostanie zapamiętany najlepiej (no może nieco za NUCLEAR VOMIT).

No i Creme de la Creme festiwalu, imperatorzy folku czyli PERCIVAL SCHUTTENBACH. Przyznam, że opis ich występu nastręcza mi zazwyczaj najwięcej problemów, bowiem jako uczestnik już ok. 10 koncertów z ich udziałem, wiem czego się spodziewać. „Dowciapności” (ale jakże przaśno-wulgarno-intelignentnej), nadzwyczajnej skromności reszty zespołu, nutki szaleństwa na końcu występu oraz oczywiście pełnego profesjonalizmu. Nie inaczej było tym razem – szaleństwo nastąpiło przy „gościnnym występie” Bociana ze SPATIALA i wskazywaniu drogi na Wieliczkę (podczas wiadomego utworu), profesjonalizm był widoczny w każdym calu, Mikołaj osiągnął (pewnie trochę nieświadomie) szczyt umiejętności kuglarskich, natomiast zabrakło… Joanny Lacher (której na żywo nie widziałem już 2 lata) i większego pola do popisu danego Katarzynie. Jako wielki fan jej głosu, momentami wolałbym słyszeć tylko jej wokal. Growl to jednak growl, nie zawsze pasuje do kobiecych tonacji :) Poza tym, PERCIVAL po prostu przekazał widzomto co ma najlepsze – narodową tożsamość poprzez dobrą muzykę!

Podsumowując… tak trzymać! W tym roku pojawiły się pomysły z żetonami (i płatności za nie kartą), obszerne stoisko z merchem festiwalowym i inne ciekawe inicjatywy (jak konkursy na FB), których wprowadzenie oceniam ostatecznie bardzo pozytywnie. To dowód na to, że festiwal ma szansę się nadal rozwijać i przyciągać coraz więcej potencjalnych fanów Teatru Ciszy. Dziękuje za zaproszenie i wspólnie spędzony czas, do zobaczenia za rok! A poniżej obiecany bonusik. [Vexev]