Relacja: SATYRICON, SUICIDAL ANGELS, FIGHT THE FIGHT – 14.10.2017 / Kraków

Mroczny duch w narodzie nie ginie – pomyślałem na widok tłumów kłębiących się wokół wejścia do krakowskiego Kwadratu gdzie październikowym wieczorem miał wystąpić SATYRICON.

Po prawdzie rzeczony Kwadrat nie należy do największych koncertowych miejscówek, ale wyprzedane black metalowe koncerty również nie zdarzają się zbyt często (tak wiem MGŁA to potrafi i z góry uprzedzam, że rozważań na temat czy Satyr i spółka to jeszcze black metal czy jednak już nie, prowadzić nie zamierzam).

Zgodnie z planem występy rozpoczął metalcore’owy kwintet FIGHT THE FIGHT, o którym przyznaję bez bicia jakoś wcześniej nie słyszałem. Powoli gromadząca się widownia ruszyła do zabawy w rymie tanecznych hitów wypełniających „Fight the fight”, a ja w spokoju oddałem się kontemplowaniu scenicznej prezencji Norwegów przy okazji doceniając bardzo przyzwoite brzmienie jakie tym razem udało się w Kwadracie wykręcić. Szczęśliwie dla mojej niezbyt wysokiej tolerancji na metalcore’owe dźwięki, FIGHT THE FIGHT hołduje bardziej thrash-core’owej wizji tego rodzaju grania, dzięki czemu niespełna pół godziny w towarzystwie ich muzyki minęło bezboleśnie, a nawet w miarę przyjemnie.

Po krótkiej przerwie technicznej na scenie zamontowali się SUICIDAL ANGELS i zrobili to co do nich należało, podtrzymując zapał coraz liczniej gromadzącej się publiczności. Z każdym kolejnym utworem – od otwierającego set „Capital of War”, aż po wieńczący całość „Apokathilosis” – atmosfera gęstniała (nie tylko z powodu wyczerpywania się zapasów powietrza), a „Moshing Crew” pod sceną pracowicie wylewał z siebie kolejne litry potu. Thrash metal w wykonaniu Greków to zdecydowanie koncertowa konkurencja: o ile odsłuch z płyt nie powoduje u mnie jakichś większych emocji, to w warunkach scenicznych te dźwięki zyskują plus 10 do kultowości i bonus za skuteczne rozruszanie publiki w oczekiwaniu na SATYRICON.

Nie bawiąc się w budowanie suspensu informuję, że Satyr i spółka pokazali jak się robi profesjonalne i wciągające show, bez stawiania na scenie piętrowych dekoracji, ognia, pochodni czy innych bajerów. Kawałki z „Deep Calleth upon Deep” (z moim faworytem „The Ghost of Rome”) sprawnie wpasowały się w starszy repertuar i robią robotę równie skutecznie, co klasyki z „Now Diabolical” czy „Satyricon”. Zespół sprawnie stopniował napięcie i budował dramaturgię występu opartego w dużej części na rockowym wcieleniu SATYRICON z ostatnich płyt, z obowiązkowym ukłonem w stronę bardziej sentymentalnych fanów („Mother North” poprzedzone instrumentalnym „Transcedental Requiem of Slaves”) na zakończenie podstawowej części seta. Zabrakło co prawda miejsca dla pierwszych dwóch płyt oraz mojej ulubionej „Rebel Extravaganza”, ale nawet mniej cenione przeze mnie numery zabrzmiały tym razem z takim ogniem, że jestem w stanie wybaczyć te braki repertuarowe, a entuzjastyczne reakcje młodzieży zgromadzonej tego dnia w Kwadracie dowodzą, że Satyr wie co robi i dla kogo przede wszystkim gra swoje sztuki. Polecam sprawdzić aktualną formę SATYRICON, przy najbliższej możliwej okazji, bo przy wszystkich wątpliwościach, krakowski koncert udowodnił mi, że w całej tej zabawie najważniejsza pozostaje muzyka, a Satyr po prostu potrafi w te klocki jak mało kto. Wypadałoby na koniec napisać coś mądrego albo chociaż zabawnego, ale parafrazując klasyka: „koniec i bomba, kto nie był ten trąba”. [Michał Pawełczyk]