Relacja z IHSAHN, NE OBLIVISCARIS, ASTROSAUR – 14.11.18 / Warszawa

Kto grał: IHSAHN, NE OBLIVISCARIS, ASTROSAUR
Trasa: European Tour 2018
Organizator: Knock Out Productions
Klub: Progresja / Warszawa

Opis wydarzenia: Spotkało mnie to niewyobrażalne nieszczęście, że nie mogłem pojawić się na tegorocznej Metalmanii. No i jedyna szansa zobaczenia na żywo EMPEROR w naszym pięknym kraju przepadła. Nawet nie łudziłem się myślą, że odbiję sobie koncert gdzieś za granicą. Zawsze są ważniejsze wydatki i plany spełzają na niczym. Znów czekać 19 lat? Życzę Norwegom jak najlepiej, ale wydaje mi się, że po takiej próbie czasu forma może być już naprawdę nie ta. Wkrótce jednak nastąpiło otarcie łez – IHSAHN ze swoim solowym projektem zawitał do Warszawy w ramach festiwalu Prog in Park II. Emocje po takim wydarzeniu jeszcze w pełni mi nie opadły a tu niespodzianka – po niecałej, półrocznej przerwie, w ramach trasy koncertowej frontman „Imperatora” postanowił ponownie nawiedzić Polskę.

Organizacja: Bez żadnych zastrzeżeń.

Muzyka: Przyznam, że byłem bardzo ciekaw jak po tak krótkim odstępie czasu, koncert na własnej trasie wypadnie w konfrontacji z występem na festiwalu na którym (nie umniejszając) nie było się jednak headlinerem. Z wielką ekscytacją, ale również z lekkim niepokojem, postanowiłem to sprawdzić. Skąd niepokój? Ano stąd, że nie chciałem aby jakakolwiek rysa pojawiła się na obrazie wspomnień, jaki stworzyłem sobie po sierpniowym widowisku w Progresji.

Niestety z powodu korków, na miejsce dotarłem trochę spóźniony. Mniej więcej w połowie występu pierwszej kapeli – ASTROSAUR. Prawdopodobnie w dużej mierze z racji, że wydarzenie miało miejsce w środku tygodnia oraz, że główna gwiazda gościła u nas nie tak dawno – frekwencja w Progresji była dość kameralna. Pod sceną, która została przesunięta do przodu co zrekompensowało wrażenie pustki, zgromadziła się już garstka osób. Nie da się ukryć, że muzyka stoner ma ostatnio swój czas. Nowe kapele rosną jak grzyby po deszczu, a i samych festiwali tematycznych coraz więcej. Powiem szczerze – bokiem mi już wychodzi takie granie, a zwłaszcza to instrumentalne, które jest wtórne jak wieczorny kebab w przydworcowej budzie – kapusta, wieprzowina, sos czosnkowy, NASTĘPNY! Norweskie trio jednak wyróżnia się na tle tej masówki. Znajdziemy tu wpływy muzyki post, progresywnej oraz awangardy. Długie, wyłącznie instrumentalne, kompozycje pozwoliły na zagranie raptem 4 utworów jednak z racji na rozbudowane partie ani przez chwilę nie powiało nudą. Panowie z Oslo mają na swoim koncie póki co debiutancki album z 2017 roku, ale trzeba przyznać, że jak na debiut to szybko nabrali wiatru w żagle. Oby tak dalej!

Okazało się, że nie tylko gwiazda wieczoru była tą wyczekiwaną grupą. NE OBLIVISCARIS jeszcze przed rozpoczęciem występu zgromadzili pod sceną zdecydowaną większość (jeśli nie całość) ludzi obecnych w warszawskiej Progresji. Australijczycy uderzyli solidną dawką progresywnego, melodyjnego metalu skupiając się na swoim najnowszym wydawnictwie z 2017 roku „Urn”. Energia i żywiołowość gościła na scenie do samego końca. Przyznam, że nie jest to moje granie i o samym zespole wcześniej nie słyszałem wiele, jednak nie sposób odmówić im doskonałego warsztatu oraz rozbudowanych, dopieszczonych w najmniejszych detalach, utworów. Z jednej strony mamy growle i screamy Xenoyra wraz z ciężkimi, przesterowanymi gitarami, z drugiej zaś skrzypce i czysto-wokalne partie Tim’a Charles’a. Wszystko to przeplata się ze sobą w rytmie nieregularnej perkusji z podwójną stopą i blastami. Znalazło się tu także miejsce na akustyczno-gitarowe partie, solówki wszystkich instrumentów, w tym także skrzypiec. Z opisu brzmi to jak przesyt, jednak ani na chwilę nie odniosłem takiego wrażenia. Wszystko jest bardzo spójne – nic dodać, nic ująć. NE OBLIVISCARIS zakończyło koncert swoim największym hitem „And Plague Flowers the Kaleidoscope” z debiutanckiego krążka z 2012 i w głośnych owacjach publiczności opuścili scenę.

Nadszedł czas na gwóźdź programu. Było mi trochę głupio ze względu na frekwencję pod sceną, bo muzyk z taką renomą zasługuje na znacznie więcej. Z głośników rozbrzmiał “Jump” VAN HALEN, który, jak się okazało, pełnił rolę intro. Jeszcze w jego trakcie na scenie zaczęli pojawiać się kolejni muzycy (niespodzianka – w zastępstwie na gitarze członek ASTROSAUR) i po chwili rozbrzmiał charakterystyczny motyw z „Lend Me The Eyes Of Millennia”. Czy to za sprawą wyprzedanych płyt na trasie, ostatnim już koncertem czy po prostu szczerą sympatią do ludzi obecnych pod sceną i okrzykami witającymi artystę od pierwszych sekund na scenie – IHSAHN sprawiał wrażenie rozpromienionego. Pomimo wydania w tym roku nowej płyty „Àmr” utwory z tego wydawnictwa były w zdecydowanej mniejszości. Przeważały kawałki z dwóch poprzednich krążków tj. „Arktis” i „Das Seelenbrechen”. Porywający „Mass Darkness”, który stał już się chyba największym szlagierem artysty, oraz klimatyczny i rewelacyjnie wykonany „Pulse” były dla mnie „the best of” tego koncertu co nie oznacza, że brakowało czegoś takim piosenkom jak „Arcana Imperii”, „Until I Too Dissolve” czy „My Heart Is Of The North” których nie mogło zabraknąć w setliście. Z racji braku gościnnie na wokalu Einara Solberga z LEPROUS, nie liczyłem na wykonanie “Celestial Violence” a tu niespodzianka! To niewyobrażalnie trudne zadanie dorównać wokalnie rewelacyjnemu Einarowi i nie będę kłamał, że IHSAHNOWI się to udało. Jednak mieściło się to w granicach dobrego smaku i pomimo kilku potknięć w wymagających wyciągnięciach – z przyjemnością wysłuchałem całej kompozycji i jestem pełen podziwu umiejętnościom wokalnym lidera EMPEROR. Po takim występie nie mogło być mowy o braku bisu podczas którego muzyk powrócił do utworów aż z 2010 roku.

Podsumowanie: Uśmiechnięty IHSAHN powiedział, że po 19-letniej przerwie w koncertowaniu w naszym kraju ma nadzieję, że ostatnimi częstymi występami wynagrodził nam to. Jak najbardziej Panie Vegard. Zapraszamy jak najczęściej!

[Charles Sin]

previous arrow
next arrow
ArrowArrow
Slider