Relacja z Prog In Park II: IHSAHN, LEPROUS, ANATHEMA – 18.08.18 / Warszawa

Kto grał: ANATHEMA, IHSAHN, LEPROUS, TIDES FROM NEBULA, POSTCARDS FROM ARKHAM;
Koncert: Prog In Park II;
Organizator: Knock Out Productions;
Klub: Progresja / Warszawa

Opis wydarzenia: Gdy tak teraz o tym myślę, to moja obecność na pierwszej edycji Prog In Park była bardzo spontanicznym zrywem. Wspominając tamtejszy line-up dziwię się sam sobie, że nie wyczekiwałem tego wydarzenia niczym 6-letnie dziecko bożonarodzeniowej gwiazdki. Z czystą kartą życzeń i oczekiwań zostałem bardzo mile zaskoczony i dziękowałem losowi, że doprowadził mnie w to miejsce. Jasnym było, że w nadchodzącym roku Prog In Park II będzie dla mnie jednym z „must be”. I tak to jest, że gdy człowiek na coś bardzo czeka, snuje plany i nadzieje, to życie z dziką rozkoszą potrafi z niego zadrwić.

Organizacja: Zmiana miejsca organizacji festiwalu, spowodowana odpadnięciem jednego z headlinerów, spadła jak grom z jasnego nieba. Na ile faktycznie to rezygnacja z uczestnictwa SONS OF APOLLO była głównym czynnikiem takiego obrotu spraw – wiedzą za pewne tylko sami organizatorzy. Nam, zwykłej gawiedzi, pozostało tylko albo przyjąć do wiadomości i pogodzić się z faktem albo po prostu zwrócić bilet. Klamka zapadła, karawana jedzie dalej.

Jak na złość – piękny, słoneczny dzień. Pogoda w sam raz na wypad do parku. A my? No cóż, 15:30 otwarcie bram więc punktualnie jesteśmy pod Progresją. Żar leje się z nieba. Nie ma na co czekać – wchodzimy do środka schłodzić się zimnym piwem i oby organizatorzy nie żartowali z tą klimatyzacją. Ledwo przekroczyliśmy próg klubu i niski poziom zdatnego do oddychania tlenu, zmusił nas do rozbicia pierwszego obozu (w celu aklimatyzacji) w długiej kolejce do dolnego baru. Ok, piwo jest, kilka głębszych łyków i sił jakby więcej. Co prawda dźwięki jednostajnie uderzanego werbla dochodzące z górnej sali, wskazywały na wciąż trwającą próbę dźwięku, a co za tym idzie – obsuwę w czasówce festiwalu. Nie tracimy jednak nadziei i ruszamy na górę! Szlag. Nie dość, że drzwi do sali koncertowej wciąż zamknięte, to duchota jeszcze większa. Nic tu po nas, wracamy na dół odetchnąć świeżym powietrzem. Diabeł podkusił mnie z tą czarną odzieżą w tak gorący, słoneczny dzień. Jednak udało się wywalczyć skrawek cienia i po około 40-sto minutowym opóźnieniu na scenie pojawił się pierwszy zespół.

Muzyka: POSTCARDS FROM ARKHAM – czeski projekt powołany do życia przez Marka „Frodys” Pytlika, doskonale wpasował się w genezę festiwalu. Bez zbędnych ceregieli muzycy utwór po utworze prowadzili słuchaczy przez swoją magiczną krainę. Pomimo mroku i ciężaru nie zabrakło spokojnych, melancholijnych akcentów, które dawały promyk nadziei w tej opowieści. Zespół zdobył moje uznanie nie tylko swoją muzyką i warsztatem, ale również skromną postawą. W pełni wywiązał się ze swojego zadania, ściągając pod scenę nie małą gromadkę. Wokalista dwukrotnie dziękował za ciepłe przyjęcie i zarówno on sam jak i reszta muzyków, sprawiał wrażenie bardzo poruszonego. Pod koniec występu czułem jak pot ścieka mi po łydkach a to dopiero pierwszy zespół. Lekko nie będzie.

Podczas ostatniego koncertu TIDES FROM NEBULA w warszawskiej Progresji, który odbył się w listopadzie 2017, nie do końca rozumiałem dobór supportów. Po sludge metalu SUNNATY i djent MATERII, post-rock NEBULI był co najmniej usypiający. Zbyt duży przeskok gatunkowy, w którym ciężko było się odnaleźć. Teraz jednak chłopaki, postawieni w bardziej zbliżonym gatunkowo składzie, podnieśli i tak wysoko postawioną przez POSTCARDS FROM ARKHAM poprzeczkę, o co najmniej kilka szczebli. Wspaniałe wizualno-muzycznie widowisko i sądzę że nie było na sali chociaż jednej osoby, która zatęskniłaby za SONS OF APOLLO. Niestety z racji zmian godzinowych, które spowodowały pokrycie się występu TIDES FROM NEBULA z signing session IHSAHN, nie byłem w stanie zostać do końca koncertu, czego żałuję.

Po uściśnięciu graby, wymianie dwóch zdań i wspólnej fotce z IHSAHNEM byłem tak zadowolony, że nawet gdyby festiwal został już przerwany, to i tak uznałbym go za wyjątkowo udany. Chwila na ostudzenie emocji i wracamy na górę, bo już za moment na scenie pojawić się miał norweski LEPROUS. Wow, takiej petardy naprawdę się nie spodziewałem. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że był to najlepszy występ wieczoru. Fenomenalny głos Einara potrafił łagodnie kołysać w spokojniejszych wstawkach oraz dać solidnego kopa w kulminacyjnych momentach. Nieprzekombinowany, progresywny metal wzbogacony nowoczesnym brzmieniem syntezatorów, do którego głowa buja się aż sama. Warto jeszcze napomknąć, że koncert zespołu został dodatkowo wzbogacony o obecność wiolonczeli. Słońce schowało się za horyzont i w klubie nagle zagościł przyjemny, lekki chłód. W końcu można było odetchnąć (dosłownie!).

Ciężko mi pozostać obiektywnym względem twórczości frontmana EMPERORA. Dorastając przy muzyce tego zespołu, a także przy pobocznych projektach takich jak PECCATUM, odnoszę wrażenie, że przekonałbym się do każdej płyty w której IHSAHN maczałby palce. Jego solowe albumy to miszmasz black metalu, progresji, ambientu i awangardy. Nie mogę wyjść z podziwu jak spójnie wypada to zarówno na płytach jak i koncertach. Niemałym szokiem była dla mnie również kondycja wokalna Vegarda. W duecie z wokalistą LEPROUS, który wystąpił gościnnie w CELESTIAL VIOLENCE, nie ustępował mu w żaden sposób i obydwaj panowie świetnie się uzupełniali. Istne szaleństwo. Każdy kolejny zespół zdawał się podnosić poprzeczkę wyżej i wyżej. W tej euforii przyszedł czas na gwiazdę wieczoru.

Ze starej, doom metalowej ANATHEMY nie pozostał już ani ślad. Grupa podążyła podobną ścieżką obraną przez KATATONIĘ, zapędzając się nawet jeszcze dalej. Cóż, PARADISE LOST się opamiętali, jednak nie sądzę by bracia z Liverpoolu, zdobywając tytuł „Albumu roku” od Progressive Music Awards za swój najnowszy album, mieli zamiar zmieniać aktualną postać rzeczy. Mówiąc najdelikatniej jak się da – nie jestem fanem najnowszej twórczości jaką prezentuje ANATHEMA. Z samego koncertu wychodziłem wielokrotnie nasłuchując z nadzieją na ponowny powrót to numerów chociażby z „Judgement”. Zarówno Vincent jak i Daniel świetnie wywiązują się ze swoich wokalnych ról i naprawdę nie rozumiem po co jeszcze im pani Lee, która przy każdym wyciąganiu wyższych partii odsuwała się od mikrofonu. Efekt ciągłego ściszania i pogłaśniania się jej głosu doprowadzał mnie do szewskiej pasji. Końca nie dotrwałem, mogłem darować sobie już po pierwszych dwóch numerach.

Podsumowanie: Czy tegoroczny Prog In Park uważam za udany? Jak najbardziej. Myślę, że organizatorzy doskonale zdają sobie sprawę, że zmiana lokalizacji festiwalu z parku na klub była sporym ciosem wymierzonym w frekwencję i drugi raz taka sytuacja nie może mieć miejsca. Domyślam się, że nie była to decyzja łatwa, jednak tonący brzytwy się chwyta. Ze swojej strony dziękuję organizatorom że przyparci do muru nie odwołali festiwalu i wzięli to na klatę. Przy Prog In Park III życzę więcej szczęścia i bez przykrych niespodzianek za pięć dwunasta.

[Charles Sin]

previous arrow
next arrow
ArrowArrow
Slider