Relacja z TRIPTYKON, SECRETS OF THE MOON, BLAZE OF PERDITION, MORD’A’STIGMATA – 18.03.17 / Warszawa

Wiązałem z tym koncertem nadzieje na jedno z najlepszych widowisk w tym roku, szczególnie że line-up w każdym calu nastrajał pozytywnie. Zespoły nie dość, że się stylistycznie uzupełniały, to nawet wzajemnie się nie wykluczały. Każda formacja na trasie miała przecież własną niszę i własnych odbiorców, zjednoczonych jednak pod sztandarem black metalu.


Niestety spóźniłem się na MORD’A’STIGMATĘ, na którą szczególnie bardzo liczyłem w kontekście przetestowania nowego materiału na żywo, ale dochodzą do mnie głosy, że… bardzo wiele straciłem, ponieważ był to najlepszy support tego wieczoru. Nie mam co do tego zbyt dużych wątpliwości, bo ani BLAZE OF PERDITION, ani SECRETS OF THE MOON nie postawiły poprzeczki zbyt wysoko. BLAZY zagrały po prostu bardzo przeciętnie, a nawet nieco poniżej przeciętności, jakby stremowane rangą wydarzenia.  Nie widać było u nich ani wku*wienia, ani nawet muzycznej agresji, co skutkowało brakiem energii w muzyce. Słyszałem ich po wypadku już 4 razy i niestety z koncertu na koncert ich forma spada, co zresztą niezwykle mnie martwi bo „Near Death Revelations” to jeden z moich ulubionych albumów ostatnich lat. Wracając do koncertu… no jeden „blejzopodobny” szum, nie słyszałem prawie żadnych wyraźnych riff’ów, nawet na najeżonych nimi kompozycjach ze wspomnianej wyżej płyty. W sumie nic więcej nie mogę dodać poza tym, że podobał mi się backing vocal oraz podzielić się opinią, że BLAZE OF PERDITION najlepiej brzmi w małych klubach. Następnie swe umiejętności zaprezentowało niemieckie SECRETS OF THE MOON. Od razu zauważalny był kontrast, pomiędzy nimi a poprzednią kapelą. Muzyka SOTM pełna była energii i wesołego Szatana, co przeniosło się także na publikę. W końcu się rozruszała, choć ludzi przybyło zdecydowanie zbyt mało jak na takie wydarzenie, ale miało to też swoje plusy – każdy mógł znaleźć dla siebie miejsce pod sceną, z czego ja korzystałem dość często. Zaimponował mi wokalista grupy, niejaki sG, który wydobywał z siebie na przemian demoniczne, pełne powagi odgłosy, po czym potrafił zmienić ton głosu na hipnotyczny szept, a na koniec dobić old school’owym krzykiem! Niemniej jednak, nadal nie było to widowisko wybitne, było maksymalnie dobre.

Na szczęście nastał czas legendarnego TRIPTYKONU, który jako jedyny mnie nie zawiódł. Headliner godny tego tytułu! Albo dźwiękowcy się postarali, albo kontynuatorzy legendy CELTIC FROST z Tomkiem Wojownikiem na czele po prostu zagrali czysto, bez presji oraz bez nadęcia i sztuczności. Co prawda zabrakło, jak na mój gust, kilku utworów (ale te najważniejsze czyli niesamowicie zagrany „Aurorae” oraz „Treeof Suffocating Souls” się pojawiły) oraz kilku rekwizytów scenicznych, ale in plus zadziałały natomiast ciekawostki o utworach oraz ich historia, przedstawiana przez Toma (przytaczanie dat, z kim zostały napisane, przy jakiej okazji). To kolejny dowód na to, że TRIPTYKON czuł się jak u siebie, grając na pełnym luzie ze świadomością swojej mocy i dorobku. Zabrakło mi też bisu, jak w przypadku wszystkich kapel, ale to na pewno kwestia sporej skrupulatności organizatora w kwestii trzymania się ram czasowych. Na dowód moich słów podam fakt – tylko raz brałem udział w pogo, na TRIPTYKONIE. A wiecie czemu? Bo na BLAZE OF PERDITION ludzie się wynudzili, na SOTM jak coś było to niestety bardzo nieśmiałego i dopiero gwiazda wieczoru rozbudziła muzycznego demona w ludziach.

Podsumowując, TRIPTYKON i właściwie koniec! Gratuluję Knock Out Production udanej imprezy i dziękuje za możliwość wzięcia w niej udziału, zespołom należą się podziękowania za włożony wysiłek i od siebie chciałbym życzyć gwieździe wieczoru jeszcze wielu przyjazdów do Polski. [Vexev]