RHAPSODY OF FIRE, VISIONS OF ATLANTIS, VEXILLUM – 21.02.2011, Katowice

2011.02.21_rhapsody.of.fireRHAPSODY OF FIRE, VISIONS OF ATLANTIS, VEXILLUM

 21.02.2011, Katowice, „Megaclub”

Poniedziałek. Dzień jak co dzień, a więc nic się nie chce, każdy wypatruje odległego piątku, a do tego koniec miesiąca, więc z kasą zaczyna się krucho robić. A tutaj, prosze, taka niespodzianka. Jedyny koncert RHAPSODY OF FIRE w Polsce. Nie, żeby mnie to jarało. Jazdę na power metal miałem dobrych kilka lat temu. Nie zmienia to jednak faktu, że jest to zespół znany, a na takie warto się wybrać.

Tym razem, bez żadnego ciśnienia, że goni mnie czas, pierwszy raz ośmieliłem się spóźnić na koncert. Co prawda było tylko 10 minut, jednak wewnętrzna zadra pozostała. Do „Megaclubu” wstąpiłem akurat, gdy na scenie produkowali się już Włosi z VEXILLUM. Co mogę rzec? Jak dla mnie – koncert poprawny. Muzyka jednak sama w sobie niezbyt zapadająca w pamięć. Ot, taka trzecia liga takiego grania. Publika natomiast nieźle bawiła się przy ich muzyce, więc pewnie najgorzej nie było. VEXILLUM zaprezentował materiał pochodzący z wydanej w styczniu płyty „The Wandering Notes”.

Austriacki VISIONS OF ATLANTIS to zespół z bogatszym dorobkiem płytowym [3], w którym wokale, oprócz faceta, robi także niewiasta (nawiasem mówiąc, niezbyt atrakcyjna). Muzyka jednak była dużo lepsza i na pewno bardziej zapadająca w pamięć. Riffy były jakieś takie ciekawsze. Od strony wokalnej, połączenie wokaliz męskich i żeńskich jak dla mnie wyszło średnio. Kobieta udawała zapewne Tarję z czasów NIGHTWISH, a wokalista to nawet nie wiem. Publiczność jednak bawiła się wyśmienicie i co by nie było, ludzie wspomagali zespół odśpiewywaniem refrenów, a więc co najmniej połowa publiki znała dokonania VISIONS OF ATLANTIS.

Na sam koniec dłuższe oczekiwanie na gwiazdę. Prawie punktualnie o 22 na scenie pojawił się Luca Turilli & Co. Na określenie muzyków parających się tą odmianą metalu mam tylko jedno określenie – cyborgi. Miałem okazję stać w pobliżu sceny, przy imć Luce i to, co ten facet wyczyniał na gryfie, jest nie do opisania. Pozostali muzycy RHAPSODY OF FIRE również byli wirtuozami, jednak kunsztowi Turillego trzeba było poświęcić krótki opis. Sam zespół, mający przebogatą dyskografię, nie skupił się na ostatnim dziele, a zagrał przekrojowy set. Te półtora godziny wypełniły opowieści o magii, mieczach, jednorożcach i innym magicznym tałatajstwie. Sama muzyka czasami nasuwała mi obrazy z jakiegoś festynu (szczególnie w wstawkach rozpoczynających utwory) rodem z Hobbitonu. Niestety wszystkie trzy zespoły miały problem z nagłośnieniem gitary, co rzuca cień na cały koncert. Problemy te niestety nie ominęły RHAPSODY OF FIRE, co gorsza, pojawiły się w momencie jednej z karkołomnych (czy raczej palcołamnych) solówek. Na szczęście szybko je zażegnano i gawiedź mogła dalej cieszyć się z występu zspołu. Dla mnie najważniejszym momentem było zagranie „Unholy Warcry”. Jest to jedyny utwór, który znam, a który naprawdę mi się podoba. Pomiędzy poszczególnymi utworami był czas dla każdego z muzyków na zaprezentowanie swoich umiejętności, Fabio (wokalista) bawił się z publicznością w powtarzanie dźwięków, a Alex (perkusja) miał swoje pięć minut na scenie sam na sam z publiką. Jednak jego solo nie powaliło mnie jakoś szczególnie i nie utkwiło w pamięci. Do solo Mike`a Terrany z Hunterfestu dużo mu jeszcze brakuje. Jednak gość jest szybki. Po półtoragodzinnym występie i dwóch bisach muzycy RHAPSODY OF FIRE ukłonili się ładnie na scenie i pożegnali z publiką.

Ja od siebie tylko dodam, że pierwszy raz widziałem tak wypchany „Megaclub” (około 700 osób). Ponadto cały ten jarmark bardzo dobrze uzupełniali goście przebrani za rycerzy, a jeden nawet wymachiwał dmuchaną repliką mieczu He-Mana.

Podsumowując. To nie był koncert dla mnie, jednak przez fakt i szacunek do dawnej fascynacji power metalem muszę przyznać, że było przyjemnie posłuchać takiego grania. Ludzie na takim koncercie bawią się całkiem inaczej niż np. miało to miejsce na IMPALED NAZARENE. Tutaj też był młyn, jednak cała publika falowała i dawała sobą dyrygować w rytm melodyjnych pasaży. Nie było też takiej agresji i dzikości w młynie. Było zabawnie i miłe wspomnienia pozostaną.

[sake]