ROAD’S END: „Stagnacja to coś, co potencjalnie mogło mnie zabić”

Road’s.End_logo2Jesień w Chicago była wyjątkowo słoneczna. Mogłem razem z Novym usiąść na plaży jeziora Michigan, otworzyć piwko i słuchać o jego nowym zespole ROAD’S END oraz płycie „Last Life Memories”. Przed Wami pierwszy metalowy bass RP, a może całych USA?

Co było najpierw: ROAD’S END czy wyjazd do Chicago?

Można by powiedzieć, że jedno i drugie przedsięwzięcie było nierozerwalnie ze sobą połączone. Jednak to idea ROAD’S END narodziła się pierwsza. Jeszcze kiedy mieszkałem w Polsce, podpisałem kontrakt z amerykańskim managementem Desert Core. W dużej mierze pod wpływem ich perswazji słownych zmobilizowałem się do stworzenia kolejny raz czegoś swojego. Już od pewnego czasu interesowało mnie „amerykańskie” granie: podejście do brzmienia riffów, produkcji nagrań i wiele innych. W momencie, kiedy rodziły się pierwsze dźwięki i koncepcja budowania zespołu, pojawił się w mojej głowie temat USA…. ROAD’S END stało się czymś w rodzaju biletu w dalszą drogę muzycznego życia.. Wylądowałem w Ameryce…

Nowe miejsca mają to do siebie, że można zacząć nowy rozdział życia, bez oglądania się za siebie. Czy ta perspektywa mogła Ci pomóc w tworzeniu nowego zespołu?

Spotkałem się kilka razy ze stwierdzeniem ludzi, że mój wyjazd to była ucieczka i niby dlaczego nie miałbym realizować swoich planów w Europie, a nie za Oceanem. Prawda wygląda nieco inaczej. Jak już wspomniałem, ROAD’S END był z założenia i zamiłowania ukierunkowany w stronę amerykańskiego grania, choć oczywiście nie do końca. Wydało mi się naturalnym posunięciem przeniesienie moich działań właśnie tutaj. To prawda, ja jestem inicjatorem i założycielem zespołu, ale w moim odczuciu ROAD’S END jest zespołem amerykańskim hehe. Nie będę ukrywał, że po odejściu z VADER zostałem nieco bezrobotny, pogrywanie ze znajomi zespołami było frajdą, jednak serce gdzieś rwało w świat. Czułem, że muszę zamknąć pewien rozdział swojego życia i stworzyć coś innego, gdzieś indziej. ROAD’S END okazało się najlepszym pretekstem, by właśnie tego dokonać i na moich warunkach. Jak wspomniałeś w pytaniu – tak, nowe miejsce, nowy rozdział, nowe życie… Właśnie dlatego tutaj!

Jak czujesz się w roli lidera ROAD’S END? Poprzednio bardziej kojarzony byłeś z udziałem sesyjnym w wielu projektach, a dziś sterujesz własnym okrętem. Jakie są różnice pomiędzy odgrywaniem jakiejś roli, a tworzeniu własnej?

To prawda, długie lata grałem u kogoś. Jednak rola ta nie jest mi obca. W DEVILYN, moim pierwotnym zespole, na którym się wychowałem, zyskałem solidne podstawy i doświadczenie. Realia wyglądają dziś zupełnie inaczej, a bycie liderem w swoim własnym, założonym przez siebie zespole to naprawdę ciężka praca i odpowiedzialność. Zwłaszcza, że mam swoją koncepcję, którą -chcąc realizować – muszę dopilnować zespół, poprowadzić ludzi w dobrym kierunku, ogarnąć politykę i promocję, grafiki, produkcję, nagrania, sesje zdjęciowe, tematykę. Już mam bajzel w głowie od samego myślenia o tym haha. Nie boję się tej roli, dobrze się w tym czuję, choć to bardzo trudne zadanie. Wiem, jak to zrobić i wiem, że zespół musi mieć sternika. A że ja wiem, gdzie chcę popłynąć, muszę tym sterować. Poza tym świadomość tego, że buduję coś ciężką pracą, konsekwencją, po swojemu i widzę już tego pierwsze efekty, jest bardzo budująca dla mnie.

ROAD'S.END_photo2

Kiedyś wspomniałeś mi o trudnościach w dobraniu składu zespołu. Czy warto było przeżyć te rozterki, by znaleźć odpowiednich ludzi dla ROAD’S END?

To niekończący się temat każdego muzyka – znaleźć odpowiednich ludzi, żeby zrealizować coś ważnego. To bardzo trudna sztuka, przechodziłem przez to wiele razy w życiu. Na pewno potrzebne mi było całe doświadczenie, jakie zebrałem w życiu, by móc znaleźć do ROAD’S END odpowiednich ludzi. Brałem pod uwagę mnóstwo czynników, być dobrym muzykiem to nie wszystko. W skrócie mówiąc, potrzebowałem muzyków z dobrym warsztatem, doświadczonych, ale wciąż elastycznych w myśleniu, ludzi rozumiejących kierunek muzyczny zespołu. No i w pewnym sensie desperatów, nieograniczone jednostki, które nie zważając na przeszkody życiowe, będą chcieli stworzyć coś dużego i ważnego, coś co będzie jakością samą w sobie. Takich ludzi właśnie znalazłem, co graniczy z cudem…

Opowiedz o rejestracji krążka „Last Life Memories”. Kto odpowiada za nagranie Twojego najnowszego dzieła?

Nie najnowszego, lecz pierwszego haha. Oj, to długa historia, pełna dziwnych zdarzeń hehe. Tak w skrócie… Po podpisaniu kontraktu z amerykańskim managementem Desert Core powstała idea powołania do życia ROAD’S END. Przy wsparciu menagera wylądowałem w Kanadzie w studiu nagrań, gdzie przez cztery miesiące komponowałem materiał na płytę. Nie udało mi się go jednak zarejestrować. Główną przyczyną był brak odpowiednich muzyków w otoczeniu. Nieco zawiedziony wróciłem do Polski, podjąłem szybkie działania, zaprosiłem do współpracy moich przyjaciół: Krystiana „Dino” Wojdasa i Augusta, by nagrać traki utworów sesyjnie. Bardzo dużo chłopaki mi pomogli w tym przedsięwzięciu i genialnie się zaadoptowali do klimatu muzy. W międzyczasie namawiałem do współpracy genialnego wokalistę z Kanady – Andre Versailes (z zespołu INIRE). Kiedy rejestrowaliśmy tracki, on pracował nad szkicami wokali do kilku utworów. Na tym etapie nadal był jednak tylko przyjacielem wspierającym mój projekt. Rejestracja zakończyła się pomyślnie. Nieocenioną pomoc dostałem ze strony Janka Bryta (ex akustyk VADER i DESTRUCTION) i Factory Studio. Gdy podłożyłem wokal Andre do kilku szkiców piosenek, już „surowy” efekt rokował bardzo duże nadzieje, w efekcie czego Andre zgodził się nagrać całą płytę. Ja w tym samym czasie postanowiłem całe przedsięwzięcie przenieść do USA. Będąc już tutaj na miejscu, pracowaliśmy nadal nad zakończeniem płyty z Andre. Muszę stwierdzić, że ten gość nie tylko jest genialnym wokalistą o niesamowitych możliwościach, ale jestem skłonny stwierdzić, że była to jedna z najbardziej inspirujących muzycznych współpracy w moim życiu! W tym samym czasie manager skontaktował mnie z bardzo utalentowanym gitarzystą z Włoch, Mattia Mariotti. Wspaniały gitarzysta, który w pierwotnej wersji zdarzeń miał się przeprowadzić do USA i zostać pełnoprawnym członkiem zespołu. Dzięki jego zaangażowaniu na płycie znalazły się przepiękne wirtuozerskie sola i gitary akustyczne. Do współpracy zaprosiłem także Dominika Wawaka, bardzo rozkminionego człowieka w kwestiach elektroniki. To też był niezwykły zbieg okoliczności, bo Dominik intuicyjnie wiedział, czego mi potrzeba do utworów. I tak piosenka po piosence wykreowaliśmy wspólnie niesamowite smaczki elektroniczne, które wyraźnie poprawiły jakość muzyki i brzmienia. Po zarejestrowaniu wszystkich tracków miałem zaufanie tylko do jednej osoby odnośnie miksów. Był nim mój dobry przyjaciel Leszek Luszcz (znany jako producent m.in. WW, Myslowitz, Brodka i takie tam). Kolejna osoba, która wyczuła potencjał muzyki ROAD’S END i wyciągnęła z niej esencje. Ostatecznie miksy zostały poprawione w 2015. Gravity Studio w Chicago postawiło przysłowiową kropkę nad i. Jakoś tak to było, choć mógłbym o tej historii książkę napisać, tyle się działo…

ROAD'S.END_photo4

Jak dziś kształtuje się organizm ROAD’S END i czy wybrani przez Ciebie muzycy pozostają w ROAD’S END na stałe?

To świeży skład i świetni ludzie do współpracy. Wszyscy jesteśmy zdeterminowani w działaniach, każdy z nas wie, co jest naszym celem i drogą muzyczną. Tak, skład jest oficjalny i stabilny, zresztą dbam o to, żeby tak właśnie było. Zdrowie i morale są w zespole najważniejsze! Oczywiście czas pokaże, jak będą rozwijać się sytuacje. Jesteśmy na razie na etapie docierania się w różnych sytuacjach. Na pewno fakt, iż wszyscy jesteśmy doświadczonymi i dojrzałymi muzykami, jest pewną gwarancją stabilności i powodzenia.

Podczas naszego wcześniejszego spotkania powiedziałeś, że podzieliłeś ujawnianie „Last Life Memories” na trzy etapy i ten trzeci, który miałem okazję słyszeć parę dni temu, jest ostateczny. Skąd ta idea tajemniczości?

Haha – tajemniczości, pięknie zabrzmiało. Ta sytuacja miała jakby dwie strony. Dziwnym zbiegiem okoliczności, w momencie, kiedy postanowiłem opublikować album, pojawili się w moim życiu muzycy, z którymi wiedziałem, że mogę poprowadzić ROAD’S END w przyszłość. Dało mi to do myślenia i wykreowałem pewien plan. Potrzebowałem czasu na poczynienie przygotowań zespołu, jednoczenie musiałem zbudować jakieś fundamenty w mediach oraz przypomnieć wszystkim fanom, że jestem i mam się dobrze, a ROAD’S END to nie mój wymysł, tylko fakt. W dzisiejszych czasach, kiedy płyty stanowią już tylko kolekcjonerski kąsek, wrzucenie całości płyty, bez odpowiednio poprowadzonej promocji, byłoby jak strzelenie sobie w kolano. Prostym rozwiązaniem okazało się podzielenie albumu na trzy części i publikowanie w odstępach miesięcznych. Dało mi to potrzebny czas, zbudowałem dzięki temu bazę w mediach, przypomniałem się, powstał fundament, a z każdą częścią mogłem dotrzeć do większej ilości osób. Dodatkowym aspektem sprawy był fakt, że pierwszą płytę nagrałem w sesyjnym składzie. Ujawnienie nowego składu mogłoby to tylko skomplikować. Ludzie byliby zdezorientowani, nie byli by już pewni, czy to nowa płyta, czy stara i kto w ogóle ją nagrywał. Plan wykonany, płyta wypuszczona w całości, przeszłość zamknięta, przyszłość właśnie się otworzyła, dlatego nazywam to ROAD’S END – New Age. Element tajemniczości też mi się podobał, aż mnie w dołku kuło, żeby puścić w świat informację, ale odczułem, że nowe osoby nie czują się zbyt dobrze będąc duchami… Ale udało się, czas zatem zabrać się poważnie do pracy. ROAD’S END to fakt!

ROAD'S.END_Last.Life.MemoriesCzy materiał z „Last Life Memories” wytrzymał próbę czasu?

Ciekawe pytanie i ciężko mi je do końca zweryfikować. Płyta przeleżała prawie dwa lata w szufladzie i bardzo mnie ten fakt gnębił. Kiedy pojawiła się koncepcja, co z tym zrobić, to pojawiły się również różne wątpliwości, że może ten materiał już się zestarzał. Nie miałem do tego odpowiedniego dystansu, materiał słyszałem setki razy, długo też do niego nie wracałem. W momencie podjęcia decyzji o puszczeniu płyty w internecie, postanowiłem odświeżyć wszystko. Z pomocą ponownie przyszedł Leszek Luszcz, mój dobry przyjaciel, genialny inżynier dźwięku i producent. Zremiksowałem ponownie wszystkie utwory, poprawiłem wiele błędów, a skoro w amerykańskich klimatach się obracam, to mastering po amerykańsku został zrobiony w sławnym studio Gravity. Świeżość brzmienia uderzyła mnie po uszach ze zdwojoną siłą. Uważam, że ten materiał jak wino sobie dojrzewał, nic przeterminowanego, połączenie świeżości z doświadczeniem. Lubię to!

Słuchając „Last Life Memories” nie mogłem oprzeć się zdziwieniu, że Twoje kolejne wcielenie to nie śmierć metal. Nie poszedłeś na łatwiznę i stworzyłeś zespół o zgoła odmiennym charakterze. Skąd pomysł na style zza wielkiej wody?

Haha! Cieszę się Tomku, że tak to widzisz. Nie jesteś pierwszym zaskoczonym. Właściwie większość ludzi znających mnie ze wcześniejszych wcieleń było mocno, lecz pozytywnie zaskoczonych moją nową wizją muzyczną. Nawet kiedy szukałem wokalisty do projektu, ciągle miałem problem ze niezrozumieniem mojej koncepcji. Wszyscy chcieli mi wykrzyczeć piosenki, a ja cierpliwie tłumaczyłem, że to nie ta droga haha. Mam za sobą niemal 20 lat pracy na scenie ekstremalnego grania, uczestniczyłem w wielu projektach, nagraniach, byłem członkiem, byłem gościem. W mojej naturze od zawsze leżało poszukiwanie i rozwój, nigdy nie mogłem usiedzieć w miejscu, a stagnacja to coś, co potencjalnie mogło mnie zabić. Muzyka to Sztuka i by była Sztuka, musi zawierać prawdziwe emocje, musi być w tym serce i dusza. Kiedy odszedłem z VADER, powstała jakaś pustka gatunkowa. Zauważyłem, że na dzień dzisiejszy w Death Metalu nie mam dobrego pomysłu. Ostatnim projektem śmierćmetalowym w mojej przeszłości, w którym byłem mocno uczuciowo zaangażowany, był DIES IRAE. Stwierdziłem, że nie chcę robić czegoś na siłę i być nieuczciwy w stosunku do ludzi, którzy cenią moją twórczość. W głowie powstał ogrom pomysłów i inspiracji różnego typu, musiałem coś z tym zrobić, żeby mi RAM-u w mózgu nie zabrakło haha. Już od pewnego czasu, poza jazzem, który od zawsze mnie inspirował, moje zainteresowania i poszukiwania wkroczyły na nowy teren, teren spod znaku amerykańskiego brzmienia. Gdzieś mnie to wszystko zainspirowało, stworzyłem w głowie koncepcje, muzykę… Jakoś samo to poszło haha. Ale to nie do końca jest tak, że sprzedałem skórę Ameryce. Jak wspomniałem, ten nurt muzyczny mnie zainspirował, jednak ja wywodzę się z naprawdę ciężkiego grania, do tego jestem Europejczykiem. Pomyślałem sobie wtedy – cholera, dlaczego by po prostu nie połączyć tego, co mnie inspiruje, z tym co już znam? Tak też powstało w mojej głowie pewne stwierdzenie – na zadane pytanie, czym jest muzyka ROAD’S END, odpowiadam: American stile with European Soul. Myślę, że to dość adekwatne stwierdzenie odnośnie ROAD’S END.

ROAD'S.END_photo1

„Last Life Memories” to duża rozpiętość w stylistyce. Intryguje mnie „When All Is Said And Done”. Skąd pomysł na balladę?

Owszem, nie będę ukrywał, że tak właśnie jest. Kiedy zabrałem się do robienia utworów, miałem wielką dziurę w głowie, a zarazem mózg mi kipiał od pomysłów. Kiedy pojawiły się pierwsze szkice utworów, zauważyłem, że stylistyka rozmywa się i pomyślałem: a co tam, robię, co czuję i co mam w sobie. Ostatecznie wszystko miało być nagrane w jednym studiu, z jednym wokalistą. Czyli dwa wspólne czynniki, rozpiętość stylistyczna w moim mniemaniu tylko wzbogaca całość. No i w dodatku to pierwszy album autorski, pierwszy album zespołu, mogłem się jeszcze przecież nie zdecydować, co chcę grać hahaha. A ballada to oczywiście oddzielna historia. Powstała zupełnie nieoczekiwanie i przerodziła się w epicką muzyczną opowieść. Kiedy wylądowałem w studio w Kanadzie, mój lutnik z Polski (Malwood) wysłał mi zamówioną sześciostrunową gitarę basową. Wcześniej miałem niewiele doświadczenia z 6-tkami, musiałem poćwiczyć. Parę dni później zupełnie niechcący pojawił się motyw, który stał się fundamentem ballady. Pierwotnie w ogóle nie miała się znaleźć na płycie, chciałem zupełnie inaczej ją wykorzystać. Kiedy w głowie pojawiły się koleje elementy, które zacząłem dodawać, jak gitary akustyczne, piękną gitarkę nagraną przez Wacka z DECAPITATED, orkiestrację zrobioną prze Dominika, oniemiałem. Gdy Andre to usłyszał, zwariował. Powiedział, że koniecznie musimy zrobić tę balladę. Tak też się stało – wielki epicki utwór, ballada, której nigdy w życiu wcześniej nie zrobiłem. Odnośnie tego utworu, mam dużą satysfakcję, to był ogrom pracy, ale zdarzają się również zabawne sytuacje. Cała płyta jest w klimacie postapokaliptycznym i ballada jest jakby tego zwięczeniem, jest smutna i emocjonalna. Jednak sporo ludzi, którzy ją słyszeli, myślą, że to o jakiejś nieszczęśliwej miłości hahaha. Dobrze, niech każdy sobie interpretuje po swojemu.

Wcielenie w życie sprecyzowanego pomysłu najlepiej może sprawdzić się na ojczystym gruncie. Jak najnowszy krążek ROAD’S END został przyjęty na tamtejszej scenie?

Powiem Ci, że na chwilę obecną nie mam zbyt wiele opinii na ten temat z Polski. Promocję płyty postanowiłem wziąć w swoje ręce, co było też spowodowane sytuacją, w jakiej się znalazłem. Krążek został nagrany przy współpracy moich przyjaciół, którzy sesyjnie pomogli mi go zrealizować. Konsekwencją tego był brak fizycznego zespołu, a co z tym się wiązało, podpisanie kontraktu nie wchodziło w rachubę. Musiałem sam się tym zająć, gdyż szkoda mi było tę płytę trzymać w szufladzie. W efekcie moich działań materiał ukazał się w internecie i na tym polu promocji jakby najbardziej się skupiłem. Ponieważ jestem z dala od ojczystego kraju i kontaktu z częścią starych znajomych, z „Last Life Memories” dotarłem tylko tam, gdzie mi się udało. Moje działania były mocno ograniczone i niestety nie udało mi się poprowadzić promocji na skale, jaką bym sobie życzył. Ale to jeszcze nie jest koniec i dzięki takim ludziom jak ty, Tomku, mam szanse przybliżyć rodakom nowe oblicze muzyczne, jakie prezentuję teraz. Mam nadzieję, że szybko się to zmieni. Zależy mi na tym, żeby w Polsce ludzie, którzy znali mnie z wielu projektów (głównie Death Metalowych), zapoznali się z moją obecną twórczością. I na pewno czekam z niecierpliwością na słowa recenzji! Część opinii, która do mnie doszła, jest mocno zaskakująca. Ludzie, do których dotarła muza ROAD’S END, to zazwyczaj fani z przeszłości, ludzie znający tylko moje ekstremalne oblicze muzyczne. To jednak, co usłyszałem, mocno mnie podbudowało. Na pewno bardzo wszystkich zaskoczyłem, jednak nie spotkałem się z jakąś krytyką, raczej zaskoczeniem i ciekawością. Myślę, że pomimo tego, że ROAD’S END porusza się w zupełnie innym nurcie metalu, to jednak zawiera sporo elementów z mojej przeszłości, riffy, brzmienie i wyczucie. Będę czekał z niecierpliwością na więcej opinii!

Zbliża się sezon koncertowy. Wraz z chłodem na dworze znikły open air`y. Czy ROAD’S END zagra niedługo koncerty?

W maju tego roku powstał plan działań ROAD’S END na kilka miesięcy. Póki co sukcesywnie jest realizowany. Naszym priorytetem na dzień dzisiejszy jest praca nad nowym materiałem i przygotowanie zespołu do grania koncertów. Jak wcześniej wspominałem, dążę do tego, by ROAD’S END był zespołem wysokiej jakości i to jakości w każdym aspekcie działalności. Tym samym przygotowanie zespołu do grania na żywo wymaga trochę czasu i ogromu pracy. Sezon koncertowy kończy się powoli, koniec grudnia i początek roku to zazwyczaj niewielka ilość koncertów. To dobrze dla nas, daje nam to wystarczającą ilość czasu na przygotowania. Jeśli wszystko zmieści się w czasie, a praca będzie przebiegać zgodnie z planem, niewykluczone, że pierwsze koncerty odbędą się wiosną przyszłego roku!

Czy będzie można Was usłyszeć gdzieś w Polsce?

Bardzo bym tego chciał, wiele ludzi mnie o to pyta. Co ciekawe, wielu fanów z różnych krajów pamiętających mnie z przeszłości, pyta się o koncerty ROAD’S END. To naprawdę budujące uczucie, zwłaszcza, że wkraczam z muzyką ROAD’S END, która nie jest spod znaku Death, na teren muzy ekstremalnej. Mówiąc krótko, muzyka łagodzi obyczaje haha. Wracając do tematu, obecnie naszym priorytetem jest w ogóle zacząć grać koncerty, a zaczniemy tu w USA, musimy gdzieś pierwszy krok postawić. Jednak serce gdzieś ciągnie do Europy i w długoterminowym planie Europa jest następna na liście. Na razie ciężko mi powiedzieć, jak będzie to wyglądało w przyszłym roku, wszystko uzależnione jest od tego, co się wydarzy w następnych paru miesiącach. Na pewno podpisanie odpowiedniego kontraktu dałoby większe szanse na wyruszenie do Europy. Możecie być jednak pewni, że gdy ROAD’S END ruszy z graniem na poważnie, nie będzie takiego miejsca na świecie gdzie nie zagramy!

Twoja notka biograficzna podaje, że uczestniczyłeś w nagraniu dwudziestu siedmiu wydawnictw. Na koniec powiedź, które z nich najbardziej utkwiły Ci w pamięci?

Na pewno DIES IRAE „Sulpture Of Stone”, ROAD’S END „Last Life Memories” i BEHEMOTH „Zos Kia Cultus”. Tak naprawdę to brałem udział w 42 albumach plus inne wydawnictwa. Wszystko jest w mojej galerii „dokonań” haha na fb.

Dzięki za rozmowę!

Dziękuję Tomku za wywiad. Dziękuje wszystkim za czas spędzony nad wywiadem oraz support ROAD’S END. Szykuję wiele niespodzianek i ucztę muzyczna dla wszystkich fanów. Zostańcie z nami! Novy.

[Tomash]

Road’s End, www.facebook.com/roadsendofficial