Rusz dupę – nie pożałujesz! (ankieta)


Rusz dupę – nie pożałujesz!
(rozważania o sytuacji koncertowej w Polsce)

 

Nierozerwalną częścią muzycznego światka są koncerty… Namacalna promocja płyt, żywa prezentacja, bezpośredni kontakt z ulubionym zespołem, a przy okazji spotkania z przyjaciółmi i nawiązywanie nowych znajomości…
Jednak obecnie nastały dziwne czasy… I to chyba nie tylko w Polsce…
W sumie sporo pracy mają istniejące w naszym kraju profesjonalne agencje koncertowe, których powstaje coraz więcej (Massive Music, Creative Music, Ma-In, Death Dealers Association, LP Art, Metal Merge itp.). Mówi się też, że teraz wytwórnie płytowe działające również jako „booking agency” i „management” mogą więcej zarobić właśnie na organizowaniu dużych tras swoich podopiecznych lub gigów światowych gwiazd niż na sprzedaży tradycyjnych płyt.
Czy tak jest w istocie?
ImageFaktycznie, koncerty DIMMU BORGIR, SABATON, SATYRICON czy SAMAEL (i wielu innych!) odbyły się w kraju nad Wisłą przy pełnych salach. Od kiedy należymy do europejskiej cywilizacji, a ZAIKS ściga „normalne” piractwo, coraz więcej wielkich bandów u nas gra i powraca. Podobnie VADER, BEHEMOTH czy KAT w składzie z Romkiem Kostrzewskim niezmiennie gromadzą tłumy swoich fanów. Metalmania odbywa się od ponad dwudziestu lat i nic nie wskazuje na spadek popularności tej „kultowej” imprezy. Zresztą Tomek Dziubiński i sam Metal Mind to nie od wczoraj totalny potentat na tej (i nie tylko tej) płaszczyźnie…
Ale w tym samym czasie… Nie doszły do skutku – ponoć z powodu słabej przedsprzedaży biletów – koncerty THEATRE OF TRAGEDY bądź DISMEMBER (czy też inne organizowane przez nieprofesjonalistów z Rose Production).
Inna sprawa, że co jakiś czas, w okresie różnych „fal antysatanistycznych”, po rytualnych zabójstwach „wielbicieli” KATa z Rudy Śląskiej (w takim tonie odbywała się rozprawa…), tudzież spektaklu GORGOROTH, wiele koncertów po prostu się nie odbywa z powodu „interwencji” jakiegoś radnego lub proboszcza (vide DARK FUNERAL, Black Metal Festival). A co gorsza, niektórzy kreatorzy metalowych sztuk (w tym całkiem podziemnych) są wzywani przed oblicze prawa w celu wyspowiadania się ze swojej wiary… Tolerancja i wolność słowa sięga więc w Polsce zenitu.
Za bardzo nie ma też w Polsce tradycji wakacyjnych festiwali pod gołym niebem, z których słyną Czesi czy Niemcy.
A w jakiej więc sytuacji znajdują się polskie, początkujące, ale też starsze stażem zespoły z metalowego undergroundu? Skromne gigi zbyt często już na wejściu są skazane na finansowe niepowodzenie. Albo mniejsze grupy masowo są olewane, bo akurat przypadła im niewdzięczna rola supportu i tylko oglądają plecy maniaków kłębiących się w szatni lub przy barze…
Zorganizowanie (pojedynczych) koncertów (tudzież mini-traski) to nie lada wyczyn. Kapele muzą radzić sobie same, uruchamiają różne, prywatne kontakty, męczą się z właścicielami klubów, aby ich przekonać, że nie zrobią czarnej mszy, ani nawet nie podrą na scenie „biblii”:-). Wszystko opłacają z własnej kieszeni i osobiście biegają po mieście rozklejając plakaty… By później zagrać dla garstki ludzi… Bo na takich koncertach (zwłaszcza w tygodniu) frekwencja kilkudziesięciu osób na ogół jest szczytowa. Dowód? Około trzydziestu maniaków na PANDEMONIUM w Krakowie w lutym 2008 czy też jeszcze mniejsza ich ilość na EMBRIONAL / DEMOGORGON w Krośnie kilka dni później.
Porażka!
Inna sprawa, że w wielu polskich miastach, w tym dużych, zwyczajnie nie ma klubów odpowiednich dla ciężkiej muzy:-(, albo ich cena (np. krakowski „Loch Ness”) dla większości kapel jest nieosiągalna.
I że obecnie bywalcami metalowych spędów są głównie nastoletnie podlotki i ich „czarne damy”. Brakuje starych fanów:-(
A czy ktoś jeszcze pamięta najwspanialsze w Polsce (przynajmniej południowo-wschodniej:-)) koncerty sprzed ok. 10-ciu lat w rzeszowskim „Gambicie”?!? Albo cykliczne „Mistyczne Noce” w pamiętnym, nieodżałowanym „Mega Clubie” (w dawnej lokalizacji)?!? Masa opętanych maniaków, dobrej, diabelskiej muzy i szampańskiej zabawy! Nie mówiąc o głębokim buncie PRLu, S`trash`ydle, mordobiciach i krojeniu…
Jednak równocześnie dużym popytem cieszą się metalowe DVD… Nawet jeśli nie są kupowane w normalnych sklepach za 50-60zł, ludziska namiętnie zssysają je z sieci czyli… wzajemnie się wymieniają (nowy rodzaj „trade”?!?).
W tej chwili chyba już każdy zespół, czy to światowe olbrzymy, czy grupy „średnie” z Polski (HERMH, DARZAMAT), czy zupełnie małe (INHUMATE, EFFECT MURDER) mają swoje wydawnictwa w formie „obrazkowej”.
Czyżby taka forma rozrywki była teraz najpopularniejsza wśród słuchaczy (i widzów)? W końcu w ten sposób także można zobaczyć swoich idoli w akcji, posłuchać innych wersji studyjnych utworów, a zarazem wcisnąć „pauzę”, gdy chce się wyjść do kibla, no i nie trzeba ściągać kapci…
Nie ma jednak żadnych wątpliwości, że jest to nieporównywalne z żywym koncertem, tą fatygą wystrojenia się w czarne ciuchy i wyjścia z domu, zapachem potu, widnokręgiem papierosowego dymu, dysputami z innymi maniakami i tymi namacalnymi dźwiękami… No i nic nie szkodzi, że klub na co dzień „robi” jako dyskoteka, piwo jest rozcieńczone, a nagłośnienie buczy jak czajnik:-). I tak jest niepowtarzalny urok i kupa diabła!!!:-)

[Kasia]

 

Image

 

Marcin – Mythrone Promotion:

 

Cóż, prawda w oczy kole. Czy tego chcemy czy nie, muzyka metalowa staje się takim samym produktem jak pop, rock czy buraki. Dlatego jedne zespoły się sprzedają (nie tylko płyty, ale przede wszystkim bilety na koncerty), a inne nie. Obecnie fama „kultowości” nie wystarcza. Dzieciaki nie wiedzą, co to jest PANDEMONIUM czy CHRIST AGONY, dzieciaki oglądają kolorowe reklamy w „Metal Hłamera” czy innym popularnym piśmie. I to jest nośnik sukcesu.
Chodzę na koncerty, gdy tylko mogę. Nie na wszystkie, bo za dużo muzyki „na żywca” to też przesada.
Czasem wolę duże koncerty, a czasem całkiem małe. Z reguły trafiam tam, gdzie nie trafiają inni i podziwiam wraz z nielicznymi wybrańcami niedocenionych artystów. Zdecydowanie wolę te małe, ich ciasnotę, półprofesjonalizm i czarowny klimat. Tak powstawał metal i tylko tak może przetrwać jego prawdziwy duch.
Żywy przekaz to zupełnie inna historia niż nagrania studyjne. Mogę pomachać głową w rytm ulubionych dźwięków, poznać nowe, wcześniej nieznane mi zespoły, kupić płytę z pierwszej ręki (często gdzie indziej dostać ich nie sposób), porozmawiać z muzykami, organizatorami czy zakręconymi bywalcami takich koncertów. Mogę zweryfikować, czy utwory słuchane z płyty dają radę w bezpośrednim starciu, czy wreszcie wyrobić sobie „swoją własną” opinię o kapeli i jej twórczości. DVD tego nie oferuje.
Koncerty DVD… Mało mnie interesują. Czasem jakiś obejrzę, jeśli mi ktoś znajomy zachwala i zachce pożyczyć, ale jakoś nigdy mnie żaden taki koncert nie chwycił za serce. Hmm… Cała kupa fajerwerków, coś co można bezmyślnie skonsumować, niekoniecznie wsłuchując się w piękno dźwięków czy zgłębiając istotę twórczości danego zespołu.
Generalnie dzisiaj – niestety – muzyki słucha się pobieżnie, bo dostęp do niej jest nieograniczony i darmowy (myślę o programach p2p czy innym złodziejstwie). Prowadzi to do rozkapryszenia „publiczności”, bo po jaką cholerę mają się ruszać na koncerty lokalnych zespołów, które w pocie czoła szlifują kolejne demówki i godzinami ćwiczą w salach prób, skoro w pięć minut można „zdobyć” nagrania tych znanych i lubianych? Zgroza. Niestety ci, dla których muzyka to tylko kolejna rozrywka, przerywnik między sraniem i zmywaniem, tego nie pojmą.

 

Thabel – DECLINE:

Moja opinia na temat obecnej sytuacji koncertowej w Polsce jest jak najbardziej negatywna.
Po pierwsze nie mamy żadnego porządnego polskiego festiwalu metalowego. Pominę milczeniem wytwory pokroju Metalmania (choć doszły mnie słuchy, że w 2009 roku się nie odbędzie), Hunterfest czy Woodstock – dla mnie poziom wszystkich trzech jest taki sam, podobnie jak i mój stosunek do tychże. Wszelkie ciekawe inicjatywy umierają w konwulsjach, jak np. fest w Chełmie, a wakacyjne kolaże muzyczno-kulturowo-ideologiczne przekraczają granice dobrego smaku.
Sama wartość pojedynczych koncertów czy też tras w naszym kraju też nie powala. Jeśli ktoś szuka gigów zespołów naprawdę ciekawych muzycznie, to w Polsce się srodze zawiedzie, rzadko zdarzają się występy takie jak np. ARKHON INFAUSTUS w Krakowie.
Jeśli jednak wymagania odpowiednio zaniżymy lub spojrzymy na sytuację przez pryzmat występów kapel bardzo popularnych, wręcz mainstreamowych, sytuacja ma się świetnie. Na Śląsk np. taki BEHEMOTH zagląda parę razy w roku.
Z drugiej strony są zespoły, które bronią honoru podziemia, takie jak np. INFERNAL WAR, ANIMA DAMNATA, MASSEMORD czy STILLBORN – z powodzeniem organizują trasy koncertowe, które przyciągają sporo ludzi. Jednak przez to, że niewiele innych undergroundowych kapel ma takie możliwości, by sobie na takie trasy pozwolić (co jest głównie związane z funduszami wydawnictw), dochodzi do nieco smutnej sytuacji, w której składy koncertowe są niemal zawsze takie same, ewentualnie wymieniają się lokalne supporty. Oczywiście muzycznie te kapele zabijają i są znakomite, ale ileż można słuchać tego samego?
Inna sprawa, że za bardzo nie ma gdzie grać oraz nie ma kto tego organizować. W tej chwili przychodzą mi do głowy jedynie trzy osoby organizujące ciekawe koncerty. Mianowicie niezmordowany Eryk z Old Temple, V. z Death Dealers Association czy starający się zająć pustkę po Mistycznych Nocach, Vulgar i jego Dark Ritual w Zabrzu. Na uwagę zasługuje głównie Death Dealers Association, gdyż dzięki nim można było w Polsce podziwiać WATAIN, ANGELCORPSE czy wspomniany ARKHON INFAUSTUS, a w zapowiedziach przewijają się takie nazwy jak URGEHAL czy NUNSLAUGHTER. Fajnie, że się jeszcze komuś chce męczyć.
Nie wiem, czy ludzie olewają małe, podziemne koncerty? Ci którzy naprawdę siedzą w danej muzyce, przychodzą.
Ja na koncerty czasem chodzę. Ale rzadko, bo jestem leniem, biednym w dodatku:-). Jeśli już zmuszę się i wybiorę na jakiś koncert to dlatego, że interesuje mnie występ danego zespołu (co ma miejsce bardzo rzadko) albo dlatego, że mam ochotę napić się piwa lub czegoś mocniejszego w towarzystwie znajomych, wówczas jednak występy zdecydowanie schodzą na dalszy plan.
Zdecydowanie wolę małe koncerty z podziemnymi kapelami. Przede wszystkim dlatego, że jest na nich relatywnie mało przypadkowych ludzi, atmosfera jest znacznie lepsza, a i muzycznie niejednokrotnie jest ciekawiej niż na wielkich „gwiazdorskich” koncertach. Jeśli mam wybierać między salą wypełnioną setką przypadkowych statystów, którzy tak naprawdę nie wiedzą, o co chodzi, a knajpą wypełnioną dwudziestką konkretnych ludzi, to bez wahania wybieram tą drugą opcję. Poza tym wydaje mi się, że takie mniejsze gigi, na których kontakt z publicznością, często dosłownie fizycznie jest bliższy, wyzwalają o wiele więcej emocji. Z punktu widzenia muzyka, zdecydowanie wolę grać w małych klubach. Krwi i wódki jest zawsze więcej.
Z punkt widzenia finansowego na pewno nie warto grać koncertów. Chcesz zarabiać na muzie, nie ma sprawy. To w zasadzie nie takie trudne. Ale jeśli decydujesz się na granie muzyki niszowej, licz się z konsekwencjami – kokosów nie ma i tak ma być. Ja współtworzę muzykę nienawiści nie po to, żeby zarabiać pieniądze, zyskiwać sławę czy zaliczać kolejne tępe panienki, tylko dlatego że wierzę w to, co robię i daje mi to satysfakcję. W świetle ostatniego zdania, jak i poprzednich wypowiedzi: warto grać dla pustych sal. Metal ekstremalny nie może być tworzony dla poklasku.
O koncertach na DVD nie mam wyrobionego zdania. Fajnie obejrzeć SLAYERa siedząc na kanapie i sącząc piwo, ale z drugiej strony po co?

 

DyvanTerror – UNDERDARK:

Na dzień dzisiejszy uważam, że sytuacja koncertowa w Polsce jest naprawdę dobra. Nie pamiętam już, kiedy ostatni raz widziałem tyle wielkich nazw grających w naszym kraju.
Ja sam oczywiście na koncertach bywam, jeśli tylko pozwala mi na to czas i pieniądze. Osobiście wolę koncerty w mniejszych klubach, kiedy to można bezpośrednio stanąć twarzą w twarz z muzykami. Ale także dobre są te większe, chociażby z tego powodu, że na jednej scenie można zobaczyć więcej zespołów. Czasem bywa, że muzycy wpadają na koncert innej kapeli, żeby z nimi coś zaśpiewać, tudzież zagrać. To bardzo fajna sprawa.
Z małymi koncertami jest problem, bardzo konkretny – frekwencja. O ile na małe koncerty w małych miastach takich jak Przemyśl przychodzi mnóstwo ludzi (co jest dla mnie osobiście bardzo satysfakcjonujące), o tyle w dużych miastach jak np. Warszawa (przekonałem się o tym na własnej skórze) ludzi już nie interesują podziemne koncerty. Przychodzą jednostki. Mimo wszystko cały czas myślę, że warto organizować koncerty, tylko trzeba się zastanowić, gdzie je organizować. Moim zdaniem warto zacząć patrzeć w stronę małych miast, gdzie koncerty na ogół się nie odbywają. W takich miejscach można liczyć, że klub zostanie wyprzedany niemal do zera.
Kolejną sprawą są koncerty rejestrowane na nośnikach DVD. Kiedyś, jak pamiętam, nagranie płyty live było dla danego zespołu nagrodą za kilkuletnie trudy promocji swoich płyt na koncertach, dlatego były to wydawnictwa wręcz unikatowe. Dziś sytuacja wygląda wręcz dramatycznie. Każda kapela, bez względu na staż i ogranie koncertowe, ma możliwość nagrywania koncertów na płyty DVD. Dla mnie jest to zwykła plaga. Oczywiście, oglądając takie wydawnictwo, w momencie, gdy jest to materiał kapeli, która po wielu latach zdecydowała się coś takiego nagrać, jest to jak najbardziej w porządku. Chodzi mi przede wszystkim o wydawnictwo DVD zespołu IMMOLATION „Hope And Horror”. Jest to wspaniały materiał pokazujący wszelkie atuty koncertowe zespołu. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że nie był w żaden sposób poprawiany w studiu, nie pamiętam tylko, czy robiony był mix i mastering. Ale to standard. Ogólnie uważam koncerty DVD za dno, jednak pojawiają się czasem perełki:-).

 

Robin:

Heh… Ciężka sprawa z tymi koncertami.
Zacznę od tego, że ja nie chodzę. Tzn. raz od wielkiego dzwonu się wybiorę, ale musi to być coś wyjątkowego jak np. SLAYER. Nie chodzę z różnych powodów. Po pierwsze tryb życia: praca, rodzina. Brzuch rośnie, włosy wypadają. Na koncerty brakuje czasu. Ledwo od czasu do czasu dostanę w domu wolne, by iść z kumplami na browar. Po drugie nie mam, z kim chodzić na koncerty. Kiedyś jechało się ekipą. Były dyskusje, wymiana zdań na temat występów poszczególnych kapel i delikatne spożycie. Samemu to nie to samo. Przećwiczyłem i uważam, że samemu jest do dupy.
Co do sytuacji koncertowej, to – w porównaniu z zamierzchłymi czasami mojej młodości – jest ich na pewno więcej. Kiedyś koncerty były jakimiś tam wydarzeniami, na które jechało się przez pół Polski (najczęściej do Katowic) i były to pojedyncze sztuki. Teraz jest tego więcej, jakieś mini trasy itp. Na pewno jest, w czym wybierać.
Nie wiem, jak jest natomiast z frekwencją na koncertach (z powodu jak wyżej), zarówno tych większych jak i tych podziemnych. Myślę, że małe sztuki mają swój niepowtarzalny klimat (i zazwyczaj ch…e nagłośnienie:-)), ale liczy się tu bezpośredni kontakt na linii zespół – publika. Jednak podejrzewam, że pogłowie metali na takich spędach jest mniejsze, chociażby z uwagi na ich lokalny charakter.
Czy warto organizować koncerty? Jeśli tylko jest ktoś chętny, by na nich grać i chociaż kilka osób, które chcą na nie przychodzić to jak najbardziej. Jak ktoś z sercem podchodzi do tego, co robi, to da z siebie wszystko i dla dwóch osób. No chyba, że kapela ma aspiracje i w dupie kilku (-nastu, -dziesięciu) maniaków i chciałaby grać dla szerokiego audytorium, to wtedy nie ma na to rady.
Od jakiegoś czasu panuje moda (a może to znak czasów) na wydawanie DVD z koncertami. Osobiście chyba wolałbym iść na koncert (nawet sam) niż obejrzeć go sobie na DVD. Jak dla mnie oglądanie w domu w ogóle już nie ma tej koncertowej magii. No chyba żeby nagranie pochodziło z koncertu, na którym bym był, to inna sprawa. Wtedy jest to pamiątka jak np. figurka Górala albo ciupaga z pobytu w Zakopanem.
Reasumując – jaki „lew koncertowy”, taka opinia. Amen.

 

Nahald – HESPERUS DIMENSION:

Sprawa z „repertuarem” imprez koncertowych ma się zdecydowanie lepiej niż kilka lat wcześniej. Myślę, że z każdym rokiem jest coraz lepiej. Coraz więcej mniej znanych grup odwiedza nasz kraj, więc poza topowymi kapelami wielu maniaków, w tym podziemnych, ma okazję zobaczyć swoich ulubieńców bez konieczności dalekobieżnych podróży.
Niestety są i słabsze strony tego rozwoju czyli dyżurne miejsca, gdzie odbywają się hurtowo koncerty. Za mało jest występów scenicznych w Trójmieście, w takim stopniu co w Krakowie, Poznaniu czy Warszawie. Te miasta coraz prężniej rysują się na mapie odwiedzanych miejsc przez kapele i maniaków. Poza kilkoma wyjątkami nie ma tutaj czegoś po środku. Albo są to trasy polskich kapel spod skrzydeł Mystic Production albo koncerty podziemnych grup z małym dorobkiem. Brakuje mi również większej ilości festiwali letnich, ale większość przedsięwzięć tego typu często kończyło się niepowodzeniem. Może to sygnał, że takie imprezy nie powinny się przyjąć u nas?
Na koncerty chodzę, choć rzadziej niż bym chciał. Po pierwsze moje gusta nieco odbiegają od tego, co trójmiejskie kluby oferują, a po drugie natłok spraw codziennych często eliminuje mnie z udziału w koncertach, które są kilkaset kilometrów dalej. Zdarza mi się być kilka razy w roku na podziemnych lokalnych koncertach, ale to, co naprawdę chciałbym zobaczyć i usłyszeć, zazwyczaj mnie omija. Mam nadzieję, że ta sytuacja się zmieni… Część koncertów świadomie opuszczam, gdyż nie jestem ani fanem danych grup, ani terminy mi nie odpowiadają.
Koncertów nie rozgraniczam na małe lub duże, tylko na dobre lub złe. Dla przykładu miałem okazję być na niemieckim Wacken w 2001 i mam tylko dobre wspomnienia. Wielkość w tym momencie nie miała znaczenia, ale profesjonalna organizacja na pewno przyciągnęła moją uwagę, a finalnie otrzymałem na tacy pełno wspaniałych grup w jednym miejscu, doskonałe brzmienie, przyjazną atmosferę i brak obsuwy w oczekiwaniu na grających.
„Koncertowy klimat” różnie można interpretować. Udzielająca się wszystkim w koło atmosfera niekoniecznie musi być dla mnie „klimatem”. Często miałem okazję być na kameralnych jamowaniach kilku jazzmanów i klimat, jaki do mnie przemawiał, był o stokroć większy niż na wielu masowych imprezach, gdzie dookoła widziałem euforię. To zależy, czy jest się częścią tego klimatu czy też nie. Jeśli lubi się dany zespół / wykonawcę i ten daje wspaniały koncert, wówczas mamy na myśli „koncertowy klimat” w dobrym znaczeniu. Oczywiście najlepiej jest, gdy kapela jest w formie, publiczność dopisze, brzmienie jest czytelne i soczyste. Wszyscy są zadowoleni, a atmosfera wydobywa się sama z siebie.
Myślę, że ludzie świadomie rezygnują z koncertów. Na to składa się kilka rzeczy – zazwyczaj kiepskie nagłośnienie (chociaż kilka miejsc coraz lepiej się do tego nadaje) i to, że początkujące grupy nie prezentują zbyt dobrej muzyki (aranżacje, wykonanie, feeling, tożsamość). Natomiast te bardziej doświadczone – mimo powyższych czynników – potrafią żywiołowo zagrać, ale dziwnie zawsze wygląda dość pusta sala i dwóch czy trzech maniaków szalejących pod sceną. Tak jakby część osób po prostu wolała chodzić tylko na renomowane grupy, a te podziemne miały grać głównie dla znajomych i przyjaciół. Niestety najczęściej takie są fakty. Choć zawsze warto grać nawet dla garstki ludzi. Bez tego życie byłoby bardzo ubogie.
Nie ma co się rozwodzić, co by było, gdyby znikły koncerty z powierzchni ziemi. Zostawmy to zagorzałym forumowiczom:-). Koncertów przybywa, choć wiele się słyszy od likwidacji klubów i odwołanych imprezach. Myślę, że to marginalne sytuacje, a media potrafią z małej rzeczy zrobić dużo szumu. Wcale nie znika tych miejsc aż tak wiele i wcale nie zakazuje się wszystkich koncertów. Powiedzmy sobie otwarcie, że szum wokół tego pojawia się, gdy wchodzą w grę większe nazwy i pieniądze. Z drugiej strony daje znać o sobie skłonność Polaków do kłótni, zazdrości i uprzykrzania życia. To typowe zdarzenia dla naszej mentalności. I choć wcale mnie nie cieszy ta sytuacja, trzeba pewne rzeczy wziąć pod uwagę żyjąc w tym kraju. Ze wszystkimi się nie wygra i nie da wojować.
Koncerty na DVD uważam za świetną sprawę. Wiele z nich w jakimś stopniu zbliża mnie do koncertów, na których nigdy nie mógłbym być. Trudno, bym miał okazję zobaczyć jeszcze kiedyś DEATH, DISSECTION itp., a dzięki DVD mogę przeżyć kilka fajnych chwil.

 

Margit – organizatorka koncertów z cyklu Death No Mercy,
ex Mroczna Strefa `webzine:

Patrząc na zmiany, jakie zaszły na przestrzeni lat, nie da się ukryć, że jest dużo lepiej. Koncertów jest więcej, przez to są różnorodne i mamy sporą możliwość wyboru. To już nie te czasy, kiedy szło się na jakąkolwiek kapelę mocniej grającą, bo koncert raz w roku był wielkim wydarzeniem;-).
Myślę, że jeszcze nie do końca jesteśmy przystosowani do organizacji niektórych imprez, często brakuje chociażby odpowiedniego miejsca. Przykładowo w Warszawie tę lukę wypełniła „Progresja”, która jest idealnie przygotowana do organizacji tego typu koncertów.
Niestety ilość komercyjnych koncertów w Polsce nieco przytłacza scenę podziemną. Ostatnio wiele małych koncertów kończy się fiaskiem frekwencyjnym i bardzo często też finansowym. Ale na szczęście nie jest tak zawsze i jeśli kapela jest dobra (a takich naprawdę jest wiele), koncert jest dobrze zorganizowany i wypromowany, to zostaje w pamięci na długo;-). Niestety często też widzę wiele błędów organizacyjnych, a chyba najgorszym z nich jest kompletny brak informacji na temat tego, że w ogóle coś się dzieje…
Czy warto w ogóle grać dla ludzi i organizować koncerty? Każdy muzyk powie: „oczywiście!”! Natomiast każdy organizator powie: „to zależy”… Nie da się ukryć, że za wszystkim stoją pieniądze. Nie chodzi mi o zysk, a raczej o to, żeby nie dokładać po kilkaset złotych, a zauważyłam, że ostatnio dość często się to zdarza. Oczywiście główną przyczyną jest frekwencja.
Ja chodzę na wybrane koncerty. Mieszkam w dużym mieście, więc mam spory wybór i to mnie cieszy. Dlatego pojawiam się zarówno na dużych, jak i podziemnych sztukach. Wiadomo, że metal to żywa muzyka i najlepiej smakuje prosto ze sceny. Lubię i duże, i małe koncerty. Wiadomo, że takie kapele jak IRON MAIDEN pasują do wielkiej sceny i efektów, ale duża część koncertów, na których bywam, to raczej mniejszy kaliber. Czasami są to imprezy na kilka tysięcy osób, czasem na kilkaset, a zdarza się, że i na kilkadziesiąt. Duże koncerty to uczta, natomiast w podziemiu często można wyłuskać prawdziwe perełki, a to podstawa. Nie znoszę tylko jednego typu imprez – darmowych masówek, na których przez przypadek gra jakaś mocniejsza kapela. Publiczność wtedy składa się z przypadkowych osób, które nigdy w życiu nie wybrałyby się na ten koncert właśnie dla tej kapeli. Co się dzieje na takich koncertach, sami dobrze wiecie. Brrr:-).
Patrząc dookoła, nie mogę zgodzić się, że wszyscy olewają małe koncerty. Sama często na nich bywam i często też spotykam wielu znajomych, więc chyba nie jest tak źle… Myślę, że inni tylko korzystają z przywileju wolnego wyboru. Koncertów obecnie jest naprawdę sporo i w przypadku tych większych jedynym ich mankamentem jest cena biletów, koszty dojazdu itd., a wiadomo jak jest z kasą, szczególnie u młodych ludzi. Natomiast ci bardziej wiekowi często mają już rodziny, pracę i inne dodatkowe zajęcia, które nie do końca pozwalają na śmiganie na każdy koncert, o którym usłyszą.
Na mojej półce jest nie więcej jak pięć koncertów DVD. To raczej pamiątki i koncerty kapel, które są dla mnie na pierwszym miejscu. Nie przepadam za koncertami na ekranie. Brak im klimatu klubu i całej tej euforii związanej z dobrze zapowiadającym się wieczorem czy wyjazdem. Ale oczywiście każdy może mieć swoje zdanie na ten temat:-).

 

Paweł – fan:

Osobiście, na ile jest to możliwe, staram się chodzić na koncerty i zazwyczaj są to koncerty naszych polskich kapel metalowych, gdyż tych zagranicznych sław zbyt wiele u nas nie bywa, a jak już są, to idzie się góra na trzy koncerty, bo ceny biletów zazwyczaj są wysokie, a i z dojazdem bywają problemy. Osobiście nie robi mi to różnicy, czy koncert jest mały i widownia nie jest liczona w setkach lub nawet tysiącach, czy też duży, gdzie pomiędzy dwie osoby z trudem wejdzie żyletka. Ważna jest przede wszystkim dobra zabawa, bo dla osoby, która kocha metal liczy się przede wszystkim ona, no i oczywiście muzyka. Niestety nasza mentalność jest taka, iż większość z nas olewa małe koncerty, a powodem tego jest „sztuczna” świadomość tego, że takie koncerty muszą być marne, gdyż nie walą na nie tłumy osób. Zdecydowana większość kieruje się tym kryterium: duże znaczy dobre, a małe jest niewarte zainteresowania, ale bardzo się w tym miejscu mylą…
Moim zdaniem – z powyższych powodów – w Polsce wciąż jest zbyt mało koncertów, a według mnie organizowanie małych koncertów jest jak najbardziej wskazane. Nowopowstałe kapele muszą od czegoś zacząć, a nawet i te, które istnieją już jakiś czas, jeśli zagrają dla mniej licznej widowni, sprawią przyjemność zarówno sobie jak i fanom. Bo chyba najważniejsze jest poczucie tego, że to, co się gra, jest fajne oraz istnieją ludzie, którzy z przyjemnością przyjdą posłuchać konkretnej kapeli. Jest to tym bardziej istotne, gdyż można pokazać „reszcie świata”, że metal nie umarł, a przeciwnie – rozwija się i ma się coraz lepiej;-).
Klimat koncertu to przede wszystkim kapela oraz fani. I o ile kapeli nie możemy zarzucać, że źle gra, bo idąc na koncert doskonale wiemy, czego się spodziewać, to widowni i owszem. Zachowanie fanów to przeważający czynnik, od którego zależy klimat. Tak więc jeśli na koncert idziemy, żeby się wyszaleć i dać „czadu” w pogo, ale wedle metalowej etykiety (o ile można taką sklasyfikować:-)), to wszystko jest super, ale jeśli przyjdzie wataha idiotów tylko po to, aby robić – potocznie mówiąc – burdel, to niestety nie o to w tym wszystkim chodzi.
Co do koncertów na DVD, to ja na przykład nie wyobrażam sobie koncertu DVD jakiejś podwórkowej kapeli czy też mniej znanego zespołu, którego liczba fanów jest ograniczona do miasta czy też powiatu, aczkolwiek zagorzałym fanom takich kapel z pewnością ten pomysł by się spodobał. Jeśli zaś chodzi o koncerty kapel światowej klasy, to jestem za nagrywaniem takich koncertów, ale tylko jakiś wyjątkowych np. METALLICA S&M czy NIGHTWISH END OF AN ERA. Kiedy się słucha, a przede wszystkim z bliska ogląda takie widowisko, to nieraz można westchnąć z zachwytu i takie przedsięwzięcia zdecydowanie są warte świeczki:-).

 

Mortis – Ale Metal `webzine:

Koncerty to dość ważna rzecz. Dzięki nim mamy możliwość skonfrontowania z rzeczywistością wyobrażenia o danym zespole. W Polsce obecnie nie jest najgorzej, ale niestety wiele ciekawych tras omija nasz kraj. Całe szczęście, że ode mnie jest niedaleko do Berlina. Na koncerty jeżdżę bardzo często, zarówno te lokalne, jak i trochę większe. Lubię to. Fajnie jest napić się piwa, posłuchać czasem naprawdę świetnych młodych kapel. Fajnie jest także usłyszeć na żywo hity takie jak np. „Headbanging Man” czy „Corporal Jigsore Quandary” w wykonaniu swoich idoli. Co zobaczę to moje, nikt mi już tego nie odbierze. Czasami na koncertach jest strasznie słaba frekwencja i to nie tylko na tych małych. Na przykład na SUFFOCATION w Szczecinie w roku 2007 było lekko ponad 100 osób. Organizatorzy takich koncertów nie mają zbyt łatwego życia. Ale cieszy mnie to, że pomimo potencjalnych wtop, nadal się tym zajmują.

 

Paweł – fan:

Osobiście, na ile jest to możliwe, staram się chodzić na koncerty i zazwyczaj są to koncerty naszych polskich kapel metalowych, gdyż tych zagranicznych sław zbyt wiele u nas nie bywa, a jak już są, to idzie się góra na trzy koncerty, bo ceny biletów zazwyczaj są wysokie, a i z dojazdem bywają problemy. Osobiście nie robi mi to różnicy, czy koncert jest mały i widownia nie jest liczona w setkach lub nawet tysiącach, czy też duży, gdzie pomiędzy dwie osoby z trudem wejdzie żyletka. Ważna jest przede wszystkim dobra zabawa, bo dla osoby, która kocha metal liczy się przede wszystkim ona, no i oczywiście muzyka. Niestety nasza mentalność jest taka, iż większość z nas olewa małe koncerty, a powodem tego jest „sztuczna” świadomość tego, że takie koncerty muszą być marne, gdyż nie walą na nie tłumy osób. Zdecydowana większość kieruje się tym kryterium: duże znaczy dobre, a małe jest niewarte zainteresowania, ale bardzo się w tym miejscu mylą…
Moim zdaniem – z powyższych powodów – w Polsce wciąż jest zbyt mało koncertów, a według mnie organizowanie małych koncertów jest jak najbardziej wskazane. Nowopowstałe kapele muszą od czegoś zacząć, a nawet i te, które istnieją już jakiś czas, jeśli zagrają dla mniej licznej widowni, sprawią przyjemność zarówno sobie jak i fanom. Bo chyba najważniejsze jest poczucie tego, że to, co się gra, jest fajne oraz istnieją ludzie, którzy z przyjemnością przyjdą posłuchać konkretnej kapeli. Jest to tym bardziej istotne, gdyż można pokazać „reszcie świata”, że metal nie umarł, a przeciwnie – rozwija się i ma się coraz lepiej;-).
Klimat koncertu to przede wszystkim kapela oraz fani. I o ile kapeli nie możemy zarzucać, że źle gra, bo idąc na koncert doskonale wiemy, czego się spodziewać, to widowni i owszem. Zachowanie fanów to przeważający czynnik, od którego zależy klimat. Tak więc jeśli na koncert idziemy, żeby się wyszaleć i dać „czadu” w pogo, ale wedle metalowej etykiety (o ile można taką sklasyfikować:-)), to wszystko jest super, ale jeśli przyjdzie wataha idiotów tylko po to, aby robić – potocznie mówiąc – burdel, to niestety nie o to w tym wszystkim chodzi.
Co do koncertów na DVD, to ja na przykład nie wyobrażam sobie koncertu DVD jakiejś podwórkowej kapeli czy też mniej znanego zespołu, którego liczba fanów jest ograniczona do miasta czy też powiatu, aczkolwiek zagorzałym fanom takich kapel z pewnością ten pomysł by się spodobał. Jeśli zaś chodzi o koncerty kapel światowej klasy, to jestem za nagrywaniem takich koncertów, ale tylko jakiś wyjątkowych np. METALLICA S&M czy NIGHTWISH END OF AN ERA. Kiedy się słucha, a przede wszystkim z bliska ogląda takie widowisko, to nieraz można westchnąć z zachwytu i takie przedsięwzięcia zdecydowanie są warte świeczki:-).