SABATON, U.D.O., BLAZE BAYLEY, GRAIL KNIGHTS … – 6.06.2010, Warszawa

Military Camp Festival:

SABATON, U.D.O., BLAZE BAYLEY, GRAIL KNIGHTS, BÖRN AGAIN, HORRORSCOPE, PATOLOGY, SILVER SAMURAI, NEURONIA

6.06.2010, Warszawa, kampus Wojskowej Akademii Technicznej

2010.06.06_military.campTen pierwszy z prawdziwie letnich festiwali zaczynał się już o godzinie 13-tej, więc w tą słoneczną niedzielę trzeba się było poświęcić i dość wcześnie zwlec z barłogu. Na miejscu byłem już o godz. 11. Krótkie poszukiwanie sklepu z „płynami” i już siedziałem na ławeczce pod „Progresją”. Pierwsi fani zaczęli schodzić się około 11:30. Średnia wieku na pierwszy rzut oka to około 16-17 lat. Chwilę po 12-tej wszyscy ruszyli do wejścia. Wszyscy to znaczy grupa 100-150 osób. Starsi fani ujawnili się dopiero około godziny 13-tej, niektórzy dobrze już zaprawieni. Pod tym względem ochrona była bardzo skrupulatna i kilka osób nie zostało wpuszczonych na koncert, a niektórzy wręcz skończyli w warszawskiej „izdebce”.

Po mniejszych lub większych problemach z wejściem (przez dwie bramki) w końcu byłem na wydzielonym terenie Wojskowej Akademii Technicznej. Po obejrzeniu dość okazałej sceny i obejściu terenu nadszedł czas na pierwsze wnioski. Były plusy (możliwość wyjścia i powrotu, piwo na miejscu), minusem było mało ludzi (przynajmniej do tamtej pory) i choć kampus jest zadrzewiony, to doskwiera dość konkretny upał.

W końcu, parę minut po 13-tej, zaczęło się. Festiwal można podzielić na dwie części. Pierwszą, którą wypełniła muzyka zespołów mniej znanych i w której zmiany grup na scenie przebiegały w sposób iście ekspresowy. Każdy z występujących bandów miał około 25-35 minut na prezentację swoich walorów i możliwości.

Rola zespołu otwierającego całość przypadła NEURONII. Moim zdaniem był to wybór doskonały. Po ubiegłorocznych zmianach w składzie (nowy wokal, druga gitara) widać było, że chłopaki sporo ze sobą pracują. Ich muzyka nabrała nowego brzmienia, jest spójna i bardzo energetyczna. Chłopaki nie stoją w miejscu i widać, że to, co robią, sprawia im dużą radochę.. Zaprezentowali głównie materiał ze swojej drugiej płyty „Follow The White Mouse”. W sumie porcja porządnej mieszanki metalu z rock`n`rollem była na początek jak najbardziej wskazana. Mnie to ruszyło. Niestety takich jak ja pod sceną było bardzo niewielu. Bawiło się nie więcej niż 20-30 osób, a odniosłem wrażenie, że to raczej „przyjaciele zespołu” niż obcy fani.

Kolejnym zespołem był tyski SILVER SAMIRAI. Niestety tu nie mogę nic dobrego powiedzieć. Muzyka tych bardzo młodych ludzi po prostu do mnie nie trafiła. Prawdę mówiąc to glam rock, który powinien zostać zakazany już w latach 80. po naturalnej śmierci MOTLEY CRUE lub POISON. Tapirowane włosy, getry, lustrzane okulary mogą dziś przyciągać jedynie najmłodszych fanów, przekonanych, że tak powinna prezentować się „gwiazda”. Jednak żeby oddać sprawiedliwość, to powiem, że i SILVER SAMURAI nie był kapelą słabą. Pod tym względem organizator stanął na wysokości zadania.

Następnie przyszedł czas na PATHOLOGY. Tu nastąpiła bardzo radykalna zmiana tematu muzycznego. To była najbardziej agresywna grupa tego dnia. Prezentujący bezkompromisową mieszankę thrash/deathowej muzy band, z osobą charyzmatycznego i „wszędobylskiego” wokalisty, sprawił, że ludzie wreszcie, choć jeszcze dość nieśmiało, zaczęli się bawić. Pod sceną stało lub skakało około 150-200 osób.

Po chwili zabawy, jako że słońce zaczęło przypiekać, ruszyłem na obchód terenu. Ludzi było sporo (choć spodziewałem się więcej), ale ciągle dochodzili nowi. Było około 800, może nawet 1000 osób. Po chwili zauważyłem, że nieopodal sceny, w swoim sklepiku z gadżetami handlował Blaze Bailey. Czy coś sprzedał, to nie wiem, ale bardzo chętnie rozdawał autografy i pozował do setek zdjęć. W porządku facet, zero gwiazdorstwa. Poza tym od czasu do czasu po terenie przemykali też muzycy SABATON, którzy głównie oddawali się relaksowi z browarkiem w dłoni.

Czas wracać pod scenę, bo właśnie swój koncert rozpoczął HORRORSCOPE. Choć nie jest to zespół młody i ma na swym koncie kilka wydawnictw, to niewiele mogę powiedzieć na jego temat. Muzykę można określić jako thrash metal, choć czy jest tak do końca, to nie wiem. Każdy tam coś może znaleźć dla siebie. Są szybkie riffy przywodzące na myśl TESTAMENT, ale też fani death metalu nie powinni być zawiedzeni. Niektórzy będą się pewnie doszukiwać pewnych elementów nu-metalu. Jeśli chodzi o sam koncert, to doświadczenie sceniczne HORRORSCOPE było bardzo widoczne. Muzycy zachowywali się swobodnie, ale też bardzo profesjonalnie. Moim zdaniem dali zdecydowanie najlepszy koncert pierwszej części festiwalu.

Po występie BORN AGAIN spodziewałem się o wiele większych wrażeń. Niech za cały komentarz służą słowa koleżanki(!): „baby jednak nie powinny zajmować się metalem”. Niestety chyba w tym przypadku okazało się to prawdą. Koncert okazał się po prostu nudny. Ot, taka brzdąkanina okraszona damskim wokalem. Na scenie niewiele się działo, to i pod nią też było nietęgo. Mimo częstych zaproszeń wokalistki, niewiele osób pofatygowało się pod scenę, a jeżeli już, to właściwie tylko, by ocenić urodę panny Gabriel. Zespół grający power metal powinien dać kopa publice, ale jakoś tego nie było widać. Do końca tego koncertu ludzie byli bardzo ospali.

Po zakończeniu występu BORN AGAIN nastąpiła pierwsza dłuższa przerwa, po niej na scenie pojawiła się grupa GRAILKNIGHTS. Sami muzycy określają swoją muzykę jako melodyjny death metal. W tym przypadku jest to określenie chyba na wyrost, ale nie czepiajmy się szczegółów. Nie znałem wcześniej twórczości naszych niemieckich sąsiadów, więc całą uwagę zwróciłem na stronie wizualnej. A było na co popatrzeć. Pierwsza reakcja to: „ło jezusku chrystusku, a cóż to za dziwadła”? Maski, pelerynki, zbroje imitujące znaczną subkulturę mięśni, przywodzące na myśl superbohatera z Gotham City. Każdy muzyk miał swój własny kolorek: wokalista czerwony, gitarzysta zielony, basista niebieski, a pałker żółty. Oprócz muzyków przez scenę przewinęło się mnóstwo innych fantastycznych postaci: była śmierć, orkowie, a w pewnym momencie pojawił się pluszowy biały… hmm, konik? Na każdym kroku widać było, że muzycy obdarzeni są sporą dawką humoru i bynajmniej nie traktują swojego show śmiertelnie poważnie. Wszystko to sprawiło, że ludzie – na początku zwabieni ciekawością – wreszcie zaczęli się bawić. A w sumie była to kilkusetosobowa grupa. Szkoda tylko, że był to jeszcze biały dzień, bo jestem przekonany, że wieczorem doznania byłyby o wiele bogatsze.

Na występie Niemców zakończyła się „pierwsza część” festiwalu. Po dość długiej przerwie na scenie powitaliśmy pierwszą z gwiazd wieczoru.

BLAZE BAYLEY, bo o nim mowa, zaskarbił sobie wielką część fanów swoim stosunkiem do nich. Od samego rana czynnie uczestniczył w zabawie. Facet posiada przecież już swoje lata, lecz na scenie chyba o tym zapomniał, a my wszyscy razem z nim. Przyznam się szczerze, że nie jestem fanem Blaze`a, jeśli chodzi o płyty, zawsze uważałem, że gość śpiewa jakby miał katar, a jego epizod w IRON MAIDEN to w ogóle jakieś nieporozumienie. Dziś biję się w pierś i proszę o wybaczenie. O jakże się myliłem. Bayley na scenie to po prostu totalny wulkan energii. W wersji scenicznej potrafi przekonać do siebie każdego, nawet zatwardziałych krytyków. Wspaniały kontakt z publiką to jego znak rozpoznawczy. Każdy zauważył, że choć mieliśmy do czynienia z wielką gwiazdą, to muzyk dał jasno do zrozumienia, że to nie on, tylko publiczność jest tu najważniejsza. Doskonałe ma koncert utwory, zarówno swoje, jak i autorstwa IRON MAIDEN, tworzą podniosły i niecodzienny nastrój oraz świadomość, że uczestniczy się w czymś wyjątkowym. BLAZE BAILEY po prostu mnie zabił. Koncert był rewelacyjny, a ja ze swej strony dziękuję za „Clansmana”, który bezsprzecznie jest najlepszym utworem z jego okresu w Ironach. Jednak po ponad godzinie doskonałej zabawy koncert BLAZE`a BAYLEYa zakończył się.

Nastąpiła kolejna dość długa przerwa, w czasie której wreszcie zaszło słońce i oto na scenie powitaliśmy U.D.O. Zespół ten niedawno gościł w Polsce i wiele osób wspominało lutowy występ jako wspaniałe wydarzenie. Pod scenę wspólnie ruszyli starzy i młodzi i zaczęło się. No i cóż mam powiedzieć? Jeżeli koncert BLAZE`a BAYLEYa był doskonały, to na określenie sztuki U.D.O. po prostu brak mi słów. Panowie dali rewelacyjny przykład, jak powinno się grać koncerty. Powiem szczerze – niewiele jest zespołów, które na koncertach brzmią lepiej niż w studio. U.D.O. z pewnością do nich należy. Każdy instrument był doskonale słyszalny, nikt nie wysuwał się na pierwszy plan, jeden uzupełniał drugiego.

Co można rzec o samym Udo? To wokalista, który wielokrotnie przekonywał wszystkich fanów, że jest jednym z najlepszych na świecie w swoim fachu. Jestem przekonany, że wokalnie odnalazłby się w AC/DC, jak i w black metalu.

Repertuar U.D.O był bardzo różnorodny, przeważały jednak utwory bardzo żywe i doskonale znane wszystkim fanom zarówno U.D.O, jak i ACCEPT. Mogliśmy więc usłyszeć m.in. takie hity jak „Vendetta”, „Princess Of The Down”, Balls To The Wall”, „Slaves To Metal” i oczywiście nieśmiertelny przebój „Metal Heart”. Nie jest to może najlepszy ich utwór, ale trudno o bardziej wyrazisty „sztandar”.

Publiczność szalała, już nikt nie stał z boku, wielu śpiewało teksty utworów wraz z U.D.O. Ten zespół może się podobać lub nie, ale nikogo nie zostawi obojętnym, to pewne. Nasi zachodni sąsiedzi dali wspaniały koncert, który wielu obecnym na Military Camp zapadnie na długo w pamięci.

Wreszcie cisza i publika kompletnie ogłuszona czekała na zespół, który w ostatnich kilku latach zrobił furorę porównywalną tylko z METALLICą i Michałem Wiśniewskim. Publiczność skandowała nazwę zespołu, przerwa przedłużała się, aż wreszcie rozległy się odgłosy pola bitwy, następnie chwila pirotechnicznych popisów i oto na scenie pojawił się SABATON w pełnej krasie.

Zaczęli spokojnie od „Clifs of Gallipoli”. Na scenie panował jednak nieprzeciętny żar, podsycany jeszcze przez wybuchy ognia i snopy iskier. Po tym pierwszym utworze chwila zastanowienia i hmmm… coś tu nie gra, coś jest nie tak…

Po świetnym koncercie Bailey`a i doskonałym U.D.O., apetyty były zaostrzone do granic możliwości, a SABATON ze swoim brzmieniem wypadł po prostu „amatorsko”. Nie wiem, czy była to wina muzyków, czy akustyków, ale ze sceny rozlegał się po prostu hałas. SABATON w Polsce ma status megagwiazdy, więc zdecydowana większość publiczności znała grane utwory, ale laik miałby problemy z odróżnieniem jednego od drugiego. Kiepskie brzmienie to właściwie jedyny zarzut pod adresem Szwedów. Można się jeszcze przyczepić do tego, że scenę szczelnym kordonem otoczyli panowie o gabarytach małego busa. O wskoczeniu na scenę nie mogło być mowy. Nie sprzyjało to budowaniu „rodzinnych” więzi z zespołem, ale cóż, względy bezpieczeństwa też się liczą.

Utwory, które mogliśmy tego dnia usłyszeć, wprost same powodoway przebieranie odnóżami i drgawy całego ciała. Zespół uraczył nas takimi hitami jak „Primo Victoria”, „Attero Dominatus”, „Art of Var”, „40:1”, „Volfpack”, „Uprising”, „Coats of Arms”, „Aces of Exile, „Panzer Batalion”. Wszyscy muszą przyznać, że setlista wręcz powalająca na kolana.

Większość znała teksty, prawie wszyscy, którzy przybyli na Military Camp, bali udział w zabawie. Na SABATON nie sposób się nie bawić lub bawić słabo. Zespół wykrzesał resztki energii tkwiącej w ludziach po całym metalowym dniu.

I wreszcie po 1,5 godzinie, która minęła jak z bicza strzelił, skończył się występ SABATON. I zarazem koniec całej imprezy. Jeszcze obopólne podziękowania od zespołu dla Polsh Panzer Batalion i publiczność zaczęła opuszczać kampus WATu.

Na pewno warto było być na Military Camp: dwa świetne koncerty, jeden bardzo dobry, mnóstwo kapel prezentujących różne muzyczne style i moc doskonałej zabawy dla fanów młodych, jak i tych grubo po 40-tce (bo i tacy byli). Z niecierpliwością czekam na kolejną edycję festiwalu za rok.

[Kuba]

*     *     *

Nieczęsto w Warszawie można posłuchać muzyki metalowej na świeżym powietrzu, dlatego też Military Camp Festival, który odbył się 6 czerwca 2010, należy uznać za wydarzenie wyjątkowe. Impreza odbyła się w trawiasto-drzewnym sąsiedztwie klubu „Progresja” w ładną, słoneczną niedzielę.

Choć koncerty zaczęły się już o 13.00, to niestety przybyłem z półgodzinny poślizgiem. Bardzo tego żałuję, gdyż przegapiłem przez to ponoć świetny występ NEURONII. Kapela tworzy trudną do jednoznacznego zaszufladkowania muzykę z pogranicza heavy metal i melodyjnego deathu. Ich debiutancka płyta „The Winter Of My Heart” zrobiła swego czasu na mnie niemałe wrażenie, choć domyślam się, że zespół na swoim występie przedstawił głównie materiał ze swojego najnowszego, tegorocznego albumu „Follow the White Mouse”.

Pierwszym zespołem, jaki usłyszałem, był SILVER SAMURAI, który zaprezentował klasyczne glam rockowe (czy też pudel metalowe, jako kto woli) granie na modłę lat osiemdziesiątych. Choć był to najlżejszy występ tego dnia, to jednak grupka fanów była stale obecna pod sceną. Osobiście nie przepadam za taką muzyką, więc obserwowałem ten występ raczej obojętnie.

Z podobnych przyczyn wrażenia nie zrobił na mnie również heavy metalowy PATOLOGY. Przede wszystkim odstraszył mnie wokal (wysokie piski momentami aż powodowały ból uszu), a także naszpikowanie muzyki ciągłymi solówkami i połamanymi rytmami. Choć znowu muszę przyznać, że kapela zbierała owacje i zgromadziła pod sceną grono fanów.

Zespołem, który dopiero ściągnął mnie pod scenę w celu headbangingu, był HORRORSCOPE. To już wręcz weterani thrash metalu w Polsce, grają już prawie 15 lat i mają cztery płyty na koncie. Nie dziwne więc, że grupa zagrała bardzo pewnie i z występu biła thrashowa energia. Choć odniosłem wrażenie, że jednak albumy studyjne brzmią ciężej. Dodatkowo jeden z gitarzystów wzbudził moją sympatię klasyczną koszulką „Epicus Doomicus Metallicus” CANDLEMASS…

Kolejny występ BÖRN AGAIN okazał się być przełomowy pod względem ilości publiki pod sceną, która osiągnęła wtedy masę krytyczną zdolną do zawiązania pogo. Prawdopodobnie udział w tym miała uroda (i charyzma sceniczna) wokalistki tego polsko-niemieckiego tworu – Marty Gabriel. Choć kapela na swoim koncie ma dopiero tylko singla, to jednak z uwagi na doświadczenie sceniczne muzyków zagrała bardzo profesjonalnie. Zaprezentowała melodyjny i dynamiczny heavy metal w najlepszym wydaniu. Ciężko byłoby ustać obojętnie, a refren kawałka „One Question” długo pozostał mi w pamięci. Dodatkowo BÖRN AGAIN uraczył fanów dwoma klasycznymi coverami „At The End Of The Rainbow” HAMMERFALL oraz „Walpurgis Night” STORMWITCH.

Jak tylko na scenie zainstalował się GRAIL KNIGHTS, było wiadomo, że czeka nas nietypowe widowisko. Członkowie zespołu byli ubrani w kolorowe stroje superbohaterów, na dodatek w dalszej części występu pojawiały się dodatkowe postacie: koń przynoszący beczułkę piwa (przekazaną następnie publiczności), śmierć, garbaty ork oraz trzymetrowy smok. Całe to towarzystwo co chwilę krzątało się na lub pod sceną, obrywając ciętymi komentarzami od członków grupy. Całe show, jak i żarty oraz rozmowy integrujące publikę, było oczywiście z przymrużeniem oka. Ta niezobowiązująca zabawa wprawiała w dobry humor, ale była tylko dodatkiem do muzyki, która była po prostu świetna! GRAIL KNIGHTS gra melodyjny death metal, szwedzkiej szkoły, z elementami power metalu. Muzycznie to był moim zdaniem, poza gwiazdą wieczoru, najlepszy występ tego dnia. Wokalnie było najciężej, gdyż często pojawiał się rasowy growl przeplatany ze skrzekami, „rycerskimi” przyśpiewkami lub bardziej czystymi wokalami. Do tego bardzo soczyste i melodyjne gitary powodowały, że głowa kiwała się sama. W pewnej chwili pojawił się nawet akordeon. W pamięci szczególnie utkwiły mi utwory: „Grailquest Gladiators” oraz „When Goods Turn Evil”. Na uwagę zasługuje również entuzjastycznie przyjęty cover BONNIE TYLER – „Holding Out For A Hero” (ten z refrenem „I need a hero”…), doskonale wpisujący się w stylistykę GRAIL KNIGHTS.

Na występ BLAZE`a BAYLEYa czekałem z mieszanymi uczuciami, bo z jednej strony był on odpowiedzialny za wokal w IRON MAIDEN w okresie, który uważam za słaby muzycznie, ale z drugiej strony dwie niedawno wydane jego solowe płyty robią wrażenie. Na szczęście nie rozczarowałem się. Blaze zagrał bardzo szybki, melodyjny heavy metal w najlepszym światowym wydaniu i udowodnił, że i bez reklamy wykorzystującej nazwę jego poprzedniego zespołu, jest wielkim muzykiem. Zagrał m.in. „Faceless”, „Voices From The Past”, „The Man Who Would Not Die”. Nie zabrakło również coveru IRON MAIDEN w postaci utworu „The Clansman”. Między utworami Blaze skupił się na komplementowaniu publiczności i ciągłym podkreślaniu, że jest niezależny i że nie jest wyniosłym gwiazdorem. Faktycznie, można go było zauważyć szwendającego się wśród publiczności i chętnie pozującego do zdjęć z fanami. Jako osoba zrobił na mnie pozytywne wrażenie szczerego i autentycznego rock&rollowca.

Koncert weteranów z U.D.O. obserwowałem z dystansu. Choć jestem pełen podziwu dla ich dorobku, to nie zdołałem się nigdy przekonać do ich muzyki. Wokal w stylu AC/DC nigdy nie był moim ulubionym, wręcz przeciwnie, a jak to powiedział mój znajomy: „jesteś za młody, by zrozumieć taką muzykę”. Niemniej publiczność licznie zgromadzona pod sceną absolutnie nie podzielała mojej obojętności i bawiła się doskonale przy heavy metalowych dźwiękach. Choć muszę przyznać, że jeden utwór – „The Bogeyman” (zagrany na rozpoczęcie koncertu) nawet mi się spodobał. U.D.O. uraczył również publiczność coverem ACCEPT „Balls To The Wall”.

W okolicach godziny 22.30 rozpoczął się występ, na który (sądząc po częstości występowania koszulek) czekała zdecydowana większość przybyłych do kampusu WAT ludzi. Grupy SABATON fanom metalu przedstawiać nie trzeba. Dzięki zainteresowaniu w lirykach historią naszego kraju, stała się u nas bardzo sławna, wręcz ubóstwiana. Dla porządku jednak podam, że kapela gra power metal z bogatymi klawiszowymi, chóralnymi aranżacjami i wojennym, historycznym klimatem. Koncert rozpoczął się od „Ghost Division”, później poleciały „Panzer Battalion”, „Cliffs Of Gallipoli”, „Saboteurs”, „Attero Dominatus”, „The Art Of War”, „Primo Victoria”, „Metal Machine” itp. Rozrzut utworów był więc niezwykle przekrojowy. Wszystkie były zagrane z energią i pasją, o żadnych uchybieniach nie mogło być mowy. Nie mogło oczywiście zabraknąć polskich akcentów, przy których publiczność wpadała w euforię, w postaci „Uprising” (tutaj zespół nie krył wzruszenia, że wykonuje tę kompozycję po raz pierwszy w Warszawie), „Aces In Exile” (wspomnienie o polskich pilotach walczących w bitwie o Wielką Brytanię) oraz oczywiście „40:1” (kiedy to olbrzymie logo SABATON zostało zastąpione innym, wielkim szyldem grupy na tle polskiej flagi). W ogóle kontakt z publicznością muzycy mieli wyśmienity, praktycznie każde zdanie, jakie wypowiedział Joakim Broden, było kwitowane gromkimi brawami. Sam wokalista nie szczędził komplementów, tak publice, jak i naszemu krajowi. Był bardzo wylewny i prawie przed każdym utworem był pewien wstęp, dotyczący historii z nim związanej lub innych luźniejszych spraw. Po raz drugi nie krył wzruszenia, zwierzając się, że występ na jednej scenie po BLAZE BAYLEYu i U.D.O. to prawdziwy zaszczyt. Innym razem podziękował za wsparcie polskiemu fan klubowi Polish Panzer Battalion. Jeden z numerów zaśpiewał natomiast w polskiej czapce wojskowej na głowie, którą ktoś mu rzucił z publiczności. Na osobną uwagę zasługuje oprawa koncertu SABATON, która była dosłownie wybuchowa i ognista. W przypadku kapeli obracającej się w tematyce wojennej, robiło to niesamowite wrażenie. Podsumowując całość, uważam, że takich koncertów się nie zapomina i pozostają długo w pamięci.

Na koniec chciałbym się podzielić kilkoma spostrzeżeniami około muzycznymi.

Zmierzając na koncert spodziewałem się zastać, z uwagi na nazwę festiwalu, tematykę liryków głównej gwiazdy oraz fakt, że współorganizatorem jest Wojskowa Akademia Techniczna, militarne akcenty w postaci jakiegoś sprzętu wojskowego. Nadałoby to niezły klimat imprezie. Nic takiego niestety nie było. Dobrym pomysłem byłoby też zaproszenie oddziału jakiejś grupy rekonstrukcyjnej np. żołnierzy Polskiego Września.

Dziwnym rozwiązaniem organizacyjnym był natomiast podział terenu festiwalu na dwie strefy z bramkami i ochroną. Pierwsza była zewnętrzna z jedzeniem i piciem, natomiast do drugiej, wewnętrznej, tej ze sceną, nie można było wnosić nawet wody! Było to dla mnie niezrozumiałe, dlaczego z zakupionym piwem nie mogę obserwować koncertu z bliska, tylko z odległości 150 metrów z ukosu. A brak możliwości napicia się nawet wody, będąc pod sceną, bez przerywania oglądania koncertu był również dziwny. Fakt ten nawet podchwycił SABATON, który w trakcie koncertu nielegalnie rozprowadził wśród publiczności kilkanaście butelek z wodą (podobnie wcześniej postąpił GRAIL KNIGHTS z beczką piwa).

Jednak pomimo tych drobnych wad, które mam nadzieję zostaną skorygowane w następnej edycji festiwalu, Military Camp Festival należy uznać za bardzo udaną imprezę i zaliczyć do grona najciekawszych wydarzeń muzycznych w Warszawie w 2010 r.

[Dod]