SALTUS, HERETIC’S FLAME, MOLOCH LETALIS, EMPHERIS – 22.09.2014, Gdańsk

The True Blasphemy Night vol. II:
SALTUS, HERETIC’S FLAME, MOLOCH LETALIS, EMPHERIS
22.09.2014, Gdańsk, „Medyk”

Coś się dzieje wreszcie, grają w naszym mieście! Po długim okresie koncertowej posuchy, czas było się wybrać na coś zacnego! Tym razem miało być grubo i było! W sobotę łupał EMPHERIS wraz z SALTUSem i MOLOCH LETALIS oraz jakąś nieznaną mi grupą. Sobota. Po sobocie jest niedziela. Niedziela, niedziela – ognisty kac. Jak śpiewało w prehistorycznych czasach Kombi. Z mego miasta. W niedzielę grał BEHEMOTH. A więc w sobotę przyjdą stare pryki, załoganci i konkreciarze, w niedzielę młodzież i dzieci oraz paru starych dziadów z jakiejś krucjaty różańcowej. Stoczniowcy dali dupy i nie przyszli palić opon. Ale my przy sobocie ostańmy.
Na kuncert spóźniony szedłem. Tak to jest, jak dwójka absorbujących gagatków jest w domu, a Skalpel smsuje, że bida straszna, bo żadnego sklepu w okolicy klubu studenckiego „Medyk” nie ma. Jak nie ma sklepu pośród studenckiej braci? Toż to niemożliwe! A jednak. Tedy idąc na bimbaja zachodzę do sklepu, co by kupić co nieco sobie i koledze serdecznemu. Tako siedzę sobie na przystanku. Do bimbaja parę minut, a tu bulgoty jakieś na jelicie słychać. O holipa, stolec jakiś chyba jeszcze jedzie. W końcu szynobus podjeżdża, wsiadam. Stachu piszą, gdzie ja jestem. Spragniony pewnie. A mi chwilowo przeszło. Wysiadam. Do „Medyka” niedaleko, ale trzeba z buta pod górkę pocisnąć. Cholera, jak się jeździ do trupiarni samochodem, to inaczej. Z bucika i z browarami ciężko. Jeszcze ciężej, jak stolcowy naciska. Kurwa, w dupę jego mać. Jeszcze się na dobre nie zaczęło, a tu kloc gniecie. No nie dojdę. Stachu piszą, że w kiblu papieru nie ma, w dupie z tym, mam higieniczne. Nie wyrobię, w 2/3 drogi kierunek krzuny. Uuuuu, jak dobrze, jeden strzał, lecz konkretny. No to nieźle się zaczyna. Sranie w krzakach, pełna patologia hehe! Teraz trza przyśpieszyć kroku, bo tam chyba już łomocą.
Docieram. Tak jak myślałem, same stare chłopy przyszły – Stachu, Dolek, Żaba, Mazur, Łukasz co z Pasłęka po Polsce jeździ, Eryk, co w Starej Świątyni muzykę wydaje. No to pijem piwo, rozprawiamy o tym łez padole. Pierwsza ekipa ma grać, wedle pierwotnej kolejności miał łupać MOLOCH, ale się zamienili z EMPHERIS, żesz kurwa. Jak nie lubię tłoczyć na szybkiego! Adrian obiecali, że zagrają „unliszt tu destroj” i „nihilistyk blek metal”, no chyba beze mnie nie zaczną! Adrian wychodzą do mnie, mówi, że grać będą zaraz, to co bym w końcu wszedł. Miło mi, no to wlewam zupę z chmielu i wchodzę!
EMPHERIS nie zawodzi. Genialnie wykonany black/thrash, szkoda, że akustyk nieco zjebał brzmienie, ale lecą same hity! „Nihilistic Black Metal”, „Lost In The Providence”, stary grzmot „Bloodwrath”, „Unleashed To Destroy”, covery VENOM „Countess Bathory” i na pożegnanie MASSACRA „Corpsegrinder”. Głowa sama rusza się do taktu, muzyka EMPHERIS porywa swoją żywiołowością i łatwością odbioru. Ona niejako sama wchodzi, wwierca się w łeb. Trochę nie do końca pasuje mi tu image Adriana, bo stuła nałożona na t-shirt wygląda co najmniej niepoważnie i trochę dziecinnie. Ale tam. Liczy się muzyka, a po tej to kark boli, gdyż nie sposób się jej oprzeć. Niestety nie dało się zabawić z ekipą EMPHERIS, ponieważ zwijali się od razu do stolycy.

2014.09.22_Empheris

No to tłoczymy dalej, na powietrzu, bo zdrowiej, dywagując z Mazurem i Stachem. MOLOCH LETALIS przelatuje gdzieś obok nas, chyba w innym wymiarze. Szwendając się po pustawym klubie, bo frekwencja to ok. 40 osób (trójmiejski wszarz, jak nie gra nic znanego z kolorowych pisemek i fejsbuka, to nie przyjdzie), zostaję zdołowany przez Dolka, który dochodzi do wniosku, że wszystko chuj. No, to ten tego, nie za bardzo, więc piwo pijemy.
Zaczyna grać SALTUS. Po trzech kawałkach ruszamy na zewnątrz, nie mogę się jakoś przekonać do twórczości tych ludzi. Taki black brzmiący jakby oiowska kapela próbowała się przestawić na black metalowe dźwięki. Niby proste to, a jakoś nie wchodzi. Kończymy więc nierówny bój i człapiemy do centrum odprowadzając Łukasza na PKS, knując po drodze okrutny plan upodlenia się na parkowej ławce. Dokonuje się to w samym centrum miasta. Piszący w bliżej nieokreślonym momencie zatrzymuje czas i wraca do rzeczywistości w połowie drogi do domu. Skalpel przejeżdża swoją stację i budzi się na bocznicy w Gdyni Chylonii. Zawsze mogło być gorzej i mógł pojechać do Słupska. Dolek przesypia na dworcu pierwszy pociąg. Na drugi dzień sms-konferencja potwierdza jedynie, że było grubo, wszystkich bolą głowy, a jedynym lekarstwem na zastany stan rzeczy jest piwo.

[von Mortem]