SARG Totentanz (2017)

Recenzja ta powstała spontanicznie, pod wpływem impulsu. Wcześniej siliłam się na przemyślenia, ale stwierdziłam… jebać to! Uznałam, że takiej muzyki nie należy recenzować w „typowy” sposób, rozkładać jej na czynniki pierwsze, o ile w ogóle…

Słuchając „Totentanz”, bardzo ascetycznego albumu w swojej formie muzycznej, muszę myślami wrócić do przeszłości, kiedy słuchało się kaset. Dlaczego? Ano dlatego, że w  czasach, kiedy nie było jeszcze większości albumów na „wyciągnięcie ręki”, słuchało się muzyki w nieco bardziej wysublimowany sposób ;) Wałkowało się kasety do momentu, do którego niejako się ich nie oswoiło. Szczególnie działo się tak przy albumach, na których wcześniej zbyt wielu pozytywów nie można było dostrzec. Był to pewien proces, który teraz jest rzadkością. I tak właśnie ja tym razem oswajałam się z „trumną” (SARG w jęz. niem. oznacza trumnę – przyp. red.), cofnęłam się w czasie, fundując sobie muzyczną, sentymentalną podróż.

Dlaczego o tym wspominam? Płyta „Totentanz” jest właśnie takim albumem – albumem, który przy pierwszym przesłuchaniu wydał mi się totalną kupą, jednak z każdym nowym odtworzeniem, ceniłam go bardziej i bardziej… Nie powiem, że zauważałam nowe „smaczki”, wirtuozerskie zagrywki, itp. Muzyka SARG jest prosta z założenia – charakterystyczna dla tego nurtu black metalu i nie ma tam ich zbyt wiele. Jest urokliwa sama przez się. Każde kolejne odtworzenie pozwala lepiej wczuć się w klimat. Surowy, jednak ma on w sobie coś magicznego, nie można temu zaprzeczyć. Jest to bardzo przemyślana prostota. Prostota zacna.

Jeśli ktoś ma cierpliwość, lubi black metal, to polecam zaserwować sobie mały „back to the primitive” – na pewno przypadnie Wam ten album do gustu. I co? I nic. I to by było na tyle. Posłuchajcie, oceńcie sami,nie ma łatwo. Nie ma miło. Nie ma lekko. Enjoy.