SATURNUS Saturn in Ascension `12

Dania to kraj, który na zawsze pozostanie dla mnie ojczyzną znakomitego ILLDISPOSED, którym nie mogę przestać się zasłuchiwać od blisko dwóch dekad, kiedy to poznałem debiut ekipy Bo Sumersa. Wtedy też mniej więcej usłyszałem o death/doomowym SATURNUS, którzy pretendował do miana kolejnego epigona ANATHEMY, PARADISE LOST i MY DYING BRIDE. Przyznam jednak, że choć album „Paradise Belongs to You” bardzo mi się spodobał, to później jakoś zapominałem o formacji z Kopenhagi i szczerze się ucieszyłem, gdy ostatnio trafił do mnie najnowszy album SATURNUS – „Saturn in Ascension”. Jak się okazało, czwarty na przestrzeni dwudziestu jeden lat. Cóż, ekipa Thomasa Akima Grønbæka Jensena do tytanów pracy widać nie należy, z drugiej strony, skoro panowie nagrywają takie materiały, można im wiele wybaczyć. Dlaczego? Bowiem gdy odpaliłem płytę „Saturn in Ascension”, poczułem, jakby wskazówki zegara cofnęły się do połowy lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, kiedy to swe triumfy święciły wspomniane wcześniej kapele, a death/doom metal nie został jeszcze całkiem spaczony przez gothic metal i zastępy pań, którym się wydawało, że są divami operowymi. SATURNUS prezentuje doom metal bardzo wolny i ciężki, ale w formie bardziej melancholijnej niż funeralnej. Czyli żadnych przyśpieszeń nie uświadczymy, całość płynie w mozolnym tempie stygnącej lawy, a niedźwiedzi ryk wokalisty poparty jest melodyjną i rzewną gitarą, która tka niezwykłą opowieść. Już otwierający całość, dziesięciominutowy kolos „Litany of Rain” nie zostawi obojętnym żadnego miłośnika tego typu dźwięków. Od podniosłego, sacralno-chóralnego wstępu, przez nostalgiczny i potężny motyw przewodni, aż po ostatnie dźwięki solówek. Majstersztyk. Gorzej, że potem niewiele się zmienia i okazuje się, że najlepszy utwór dostaliśmy na początek. „Wind Torn” płynie dostojnie i melancholijnie, ale jakoś bez konkretnego celu. Zespół stara się wprawdzie co nieco urozmaicić w bardziej wyciszonych, akustyczno-fortepianowych momentach, ale o ile przynosi to stosowny efekt w „A Lonely Passage”, to już w „Call of the Raven Moon” wdziera się trochę nudy i monotonii. Minusem jest też popowy klawisz w „A Fathers Providence”, gdzie dochodzi jeszcze szybsze tempo i dziwny wokal, a całość brzmi raczej jak parodia HIM. Nie jest to dobre. Na szczęście jest to jedyna poważna wpadka. Można oczywiście jeszcze ponarzekać na nieco przesłodzoną produkcję (jednak takie granie nie powinno brzmieć za sterylnie), ale po co? SATURNUS nagrał kolejny znakomity album. Z muzyką nieco zapomnianą, old schoolową i niemodną. Idealną dla każdego doom maniaka. Ps. Jako bonus do płyty dodano utwór „Limbs of Crystal Clear”, pochodzący z dema zespołu sprzed dwudziestu lat. Można więc porównać sobie bardziej death/doomowe zapędy i surową produkcję z obecnym stanem grupy. Ot, ciekawostka, bo ani na kolana to nie rzuca, ani wstydu nie przynosi, ani wspomnień we mnie nie budzi żadnych. [Shadock]

 

 

Saturnus, www.saturnus.dk, www.myspace.com/saturnus, www.facebook.com/pages/Saturnus/8935853109

Cyclone Empire, info@cyclone-empire.com; www.cyclone-empire.com, www.facebook.com/cycloneempire, www.youtube.com/cycloneempiretv