SCARLETT D.GRAY Scarlett D.Gray `13

CD `13 (Buil2Kill Rec.)
Ocena: 3/6
Gatunek: sy(m)f.-goth. rock/metal/pop

Choć SCARLETT D. GRAY istnieje z przerwami od 2006 roku, dopiero w 2013 (nakładem włoskiej Buil2Kill) udało im się wydać debiutancki album zatytułowany… „Scarlett D. Gray”. Nie ma co – trochę im „zeszło”! Trzeba zaznaczyć jednak na wstępie – muzycy z Piemontu to absolutni megalomanii! Mimo zupełnej nierozpoznawalności, piszą o sobie na FB (693 lajki – A.D. 2015, grubo ponad rok po debiucie) jak najjaśniejsze gwiazdy rocka! Dziełko ich jest (według notki) ekstraordynaryjne i wyczekiwane przez (wszystkich 693?) fanów z wypiekami na twarzy, a każdy ich koncert w jakimś włoskim klubie jest co najmniej wydarzeniem artystycznym roku! Dość zabawnie kontrastuje to z rzeczywistą pozycją SCARLETT D. GRAY na scenie, ale co tam – chcąc zostać gwiazdą, odrzucić trzeba fałszywą skromność! Muzyka zespołu w pewnym sensie predestynuje do takiej fanfaronady – doświadczamy tu też klasycznego przerostu formy nad treścią. Najprościej rzecz określając, jest to połączenie symfonicznego rocka oraz szeroko pojętego pop/disco z metalem. Brzmi niestrawnie i takie długimi momentami się okazuje. Wyobraźmy sobie podniosły do granic możliwości rock, taki egzaltowany, pompatyczny i pełen melodii – osadzony na klawiszowym aranżu. Gitary i solówki – palce lizać! Wokale – niezgorsze (teksty jednak głupawe – ale o tym potem)! I tylko ten wszędobylski klawisz… Odpowiedzialny zań Paolo Chiappella (keyboards & programs) wykorzystał chyba wszystkie możliwości swojego parapetu: od kościelnych organów (te nawet ładnie zagrały w drugiej części 1. „Never forget me”), po klawesyn, przez wszystkie opcje po środku. Niestety – z nielicznymi wyjątkami – jego klawiszowe podkłady w doskonałej większości mocno szkodzą płycie. Są jakby żywcem wyjęte z taniego, jarmarcznego popu i do tego (kompozycyjnie) również mocno banalne. Wprowadzają (niepotrzebnie!) tę pop-dyskotekową atmosferę łatwej, prymitywnej melodyki, która niweczy cały wzniosły nastrój. Suponować jedynie mogę, że w długie weekendowe wieczory pan klawiszowy wykorzystuje swój talent na wiejskich weselach, a „Scarlett D. Gray” to efekt pomieszania gatunków… Podkreślę przy okazji, że pan Chiappella to jednocześnie współautor muzyki zespołu. Drugim kompozytorem jest gitarowy Nicola Ceva (a gitary są tu całkiem w dechę!). I tu po raz kolejny wychodzi megalomania Włochów (albo ja się przyczepiłem): wszystkie 10 utworów skomponowane zostało przez dwóch wymienionych wyżej artystów. Nigdy inaczej, zawsze tylko oni dwaj, nigdy „solo”. Co ciekawe, w zależności od wkładu (?) w kolejne utwory podpisane są one „Chiappella-Ceva” bądź też „Ceva-Chiappella” (w konkurencji tej wygrywa pan klawiszowy, 6-4) – chyba po to, żeby potomni nie mieli wątpliwości, komu przypisać decydujący wkład w powstanie poszczególnych utworów. Mimo ładnej barwy i nienajgorszego warsztatu, disco-popowa konwencja udziela się również wokaliście. I tu kolejny „mały” problem: teksty wyśpiewywane przez Giancarlo Totaro z taką emfazą i uwzniośleniem są długimi fragmentami cokolwiek… debilne, albo przynajmniej nielogiczne. Autorem ich jest były basista zespołu Daniele Ricci. Wyglądają trochę jak ćwiczenia językowe początkującego kursanta o mocno ograniczonym słownictwie (proszę ułożyć jak najwięcej zdań z wyrazem „never”). Długimi fragmentami jest to nielogiczny bełkot, zdarza się, iż w kolejnych linijkach zaprzeczają one same sobie, kiedy jednak przebijemy się przez ową skorupę, tematem okazuje się trauma rozstania (porzucenia?) mężczyzny i kobiety. Po raz kolejny – jak i w przypadku klawiszy – absolutny i ostateczny banał. Nazwa SCARLET D. GRAY nawiązuje do twórczości Oscara Wilda („Portret Doriana Graya” czytałem dość dawno i za chińskiego boga nie mogę sobie przypomnieć tam żadnej Scarlett), co potwierdza choćby ostatni utwór („Portrait… And Nothing Else”). Może więc – kiedy wyczerpie się skarbnica liryków byłego basisty – wygodniej byłoby sięgnąć do oryginalnych wierszy genialnego brytyjskiego sodomity? To tylko sugestia – ale przynajmniej byłoby „o czymś”. Na koniec jeszcze jedno spostrzeżenie dotyczące muzyki Włochów: wydaje się ona jakoś dziwnie podobna do wielu „różnych wykonawców” (HIM, SAVATAGE, EUROPE, LAKE OF TEARS, RAGE, PHLEBOTOMIZED, MY DYING BRIDE, METALLICA, ABBA, SABRINA) – towarzyszy nam często wrażenie w rodzaju „gdzieś już to słyszałem”. Ale trawestacja SCARLET D. GRAY – choć wzniosła – nie jest szczególnie godna i pewnie też nieuświadomiona. Mnie kojarzy się z jakąś podupadłą speluną dla gotów – gdzieś nad ranem: na parkiecie tańczy mocno zalany, podstarzały drag queen-transwestyta, któremu wydaje się, że wciąż jest atrakcyjny… W powietrzu unosi się zaś cierpki zapach rzygowin, które ktoś zwymiotował w kącie i otarł gębę o zasłonę. Zakurzone buty rozniosły zaś je po całej sali… Lepiej posłuchajcie jednak sami! [Herr B.]

Scarlett D.Gray, www.facebook.com/pages/Scarlett-DGray/66524833571
Buil2kill Rec., info@buil2kill.com; www.buil2kill.com