SCORPIONS – 4.03.206, Kraków

2016.03.04_scorpionsSCORPIONS
4.03.206, Kraków, „Tauron Arena Kraków”

„O Skurwesyn!” Szwagier! SCORPIONS przyjeżdżają do Krakowa! Idziesz z nami na koncert? Nie! Coś ty! Znam tylko dwa kawałki, ten z gwizdaniem i ten, no… „Angel”, a może „Engel”, nie, kurwa, to przecież RAMMSTEIN. Także sorry, nie idę. Jak chcesz – odpowiadam. My z żoną na pewno idziemy! (Historia autentyczna!)
Tak się akurat składa, że SCORPIONS zawsze mnie omijali z takiej czy innej przyczyny, a ponieważ jest to kolejna kapela, która jest dla mnie, jakby na to nie patrzeć, jedną z najważniejszych, tym razem nie odpuściłem tematu, zwłaszcza, że „Tauron Arena Kraków” zaprosiła ich do swojego wnętrza.
Powiem tak, oczekiwania miałem bardzo duże. Dyskografię Niemców znam na pamięć, no może z wyjątkiem takiego gniota w postaci „Eye II Eye”, ale to akurat chłopakom już dawno przebaczyłem, w końcu to tylko ludzie i „nie myli się tylko ten, co nic nie robi”, jak mówi słynne porzekadło. Idąc dalej tym tropem, dziewiętnaście studyjnych płyt, z których zdecydowana większość to pozycje typu majstersztyk, kopalnie doskonałych riffów, solówek, po prostu, nazwijmy to po imieniu – pięknych hard rockowych piosenek! Cóż może sprawić, że nie wyjdę z tego koncertu z mokrymi majtkami i bananem na twarzy? Co? Obejrzałem tyle ich koncertów (przegrywane na VHS zapisy „Crazy World Tour 1991” czy niesamowity „World Wide Live”), pełno klipów (kiedy podłączyli nam Internet) czy nawet samych oficjalnych koncertów już na DVD. Nic nie mogło mi popsuć nastroju tego wieczoru. Tuż przed koncertem katowaliśmy się w domu z małżonką: „Blackout”, „Love At First Sting”, „World Wide Live”, „Get Your Sting And Blackout” oraz „Taken By Force” i „Savage Amusement”. Jadąc do „Areny” w aucie leciał „Face The Heat” – moja pierwsza płyta kompaktowa zakupiona na portalu Allegro, który wystartował w Polsce dobre kilkanaście lat temu. A co? Czy to zła płyta? Dwa piękne killery: „No Pain No Game” i „Alien Nation”, niespokojny „Woman”, romantyczne „Lonely Nights”, „Destin”, czy urzekający „Under The Same Sun”. Kij w oko wszystkim, którzy zlekceważyli ten krążek, a tym jeszcze bardziej sceptycznym – inne narzędzie płciowe wsadzone w… (to już wedle uznania). Ach, idąc dalej, przy „Hit Beetwen The Eyes” i „Crazy World” zrobiłem tysiące pompek, tak mnie te kawałki napędzały do działania o dbanie o własną tężyznę fizyczną hehe. Przy „When The Smoke Is Going Down” zniszczyłem przycisk przewijania, kiedy w kółko analizowałem nadzwyczaj organiczne i melancholijne solo gitarowe. Mógłbym tak wymieniać w nieskończoność, ale miało być o koncercie…
No właśnie, tego wieczoru nic a nic nie mogło sprawić, że wyjdę z „Areny” nieszczęśliwy, niestety los zaplanował inne zakończenie tej kilkugodzinnej historii. Wejście do „Areny” i instalacja na sektorze to bajka. Zero długich kolejek, wszystko pięknie gra i buczy. Niestety, jak to w życiu bywa, nie zawsze człowiek ma kasę, a w tym konkretnym wypadku przyszła ona tak późno, że starczyło na bilety na górnym sektorze z boku sceny.
Godzina 20:45 w zaokrągleniu, światła gasną, „intro” w postaci sygnałów „Ijo Ijo” wprowadza na scenę SCORPIONS, opada kurtyna, z głośników sączy się „Going Out With A Bang”, a ja dostaję nerwowych spazmów. Nie widzę Kottaka! Widzę wiszącą kolumnę nagłośnienia i kawałek centrali. Nic poza tym. Pytam znajomą, co siedzi cztery miejsca dalej, czy się nie zamieni, bo chcę podglądnąć Kottaka, takie zboczenie perkusisty, ale ona mówi, że widzi tylko kawałek jakiegoś bębna – sprawdzam – ja pierdole! Nie ma Kottaka! To pierwsza załamka. Druga to brzmienie, bulgot i chaos, nad wszystkim góruje Klaus, jego wokal akurat się przebija (myślę sobie, spokojnie…), pierwsze trzy, cztery utwory i to naprostują (niestety myliłem się). Dalej, nie dość, że nie widzę Kottaka, to jeszcze słabo go słyszę, bębny giną pod ścianą zamulonych gitar, kiedy wreszcie pan od suwaków podbija perkę, nie wierzę własnym uszom! Kottak chyba dziś ma wolne… Kto tak chujowo gra i kładzie te utwory jeden za drugim, patrzę na telebim (który notabene też widzę pod kontem) i widzę, że za garami siedzi Kottak, tylko, nieee, to niemożliwe, on jest chyba kompletnie nawalony. Myli się co chwilę, gubi rytm, upraszcza, rzuca po zestawie rozmemłane przejścia, jedno na piętnaście jakoś mu wychodzi. Już wiem, że tej hańby nic nie zmyje. Małe sprostowanie, ja wiem, że to jest rock’n’roll, ja wiem i rozumiem naprawdę wszystko, ale nie tak, nie tyle, nie za takie pieniądze, nie po tylu latach gry i nie w takiej kapeli. Wiedziałem, że gość ma problem z alko, ale nie wiedziałem, że zrobi w Krk taki syf. W porównaniu np. do Warszawy (Torwar 2002), gość stoczył się na dno. Rusza się jak paralityk, zapomina, gdzie i jak co trzeba zagrać, a jego wielkie solo wyszło jak wielka kupa gówna. Zero szacunku dla fanów. Swoją drogą przy akustycznym „Always Somewhere” gość prawie się wywrócił siadając na „perkusyjne krzesełko”, dramat! Powinni go wysłać na przymusowy odwyk, albo wyjebać z kapeli. Przez jego niedyspozycje utwory takie jak „Blackout”, „Dynamite” poszły w rozsypkę, łzy nieszczęścia spływały mi po twarzy. Straciłem szacunek do tego człowieka… Wódka niszczy zarówno tych bez kasy, jak i tych, co mają jej pod dostatkiem, niczym ich upadek się nie różni, pod względem fizycznym również, z tą różnicą, że ci bogatsi nałożą więcej pudru i jakoś to zretuszują pod warstwą drogich ubrań… Dobra, Kottak przegrał sprawę i dłużej nad nim pastwić się nie zamierzam!
Mam szacunek do starej trójcy: Meine, Jabs, Schenker – oni wypadli świetnie. Gitarzyści, mimo swoich lat, starali się gonić po scenie, solóweczki i riffy szły im pięknie, każdy element podręcznikowo odegrany, taki „Coast To Coast”, czy „ Big City Nights”, „Rock You Like A Hurricane”, cudo! Klaus też dawał radę, fajnie wpływał na publikę, nasz Pawełek zawsze troszkę z tyłu (zna swoje miejsce), profesjonalne podejście do tematu – również szacun. Co jeszcze ukłuło moje serducho? Setlista… Niepotrzebne były utwory z „Return To Forever”, płyta jest dobra, ale na 50-lecie powinien z niej pójść jeden, a nie trzy utwory, dodatkowo można było sobie podarować „Delicate Dance” oraz „In The Line Of Fire”, a na ich miejsce posadzić, a jakże, „Coming Home” [Too Cracooowww!], czy „Bad Boys Running Wild” – tego zabrakło. Ze względu na nagłośnienie niemrawo wyszedł medley: „Top Of The Bill”, „Steamrock Fever” (wspaniała kompozycja, tutaj na żywo nie obroniła się), podobnie jak „Speedy’s Comming”, „Cath Your Train”. Doskonale wypadła część akustyczna, choć tutaj wywaliłbym „Eye Of The Storm” i wsadził choćby „Holiday”, albo jakąkolwiek inną balladę ze starej żelaznej klasyki. Publika pierwszy raz zareagowała niesamowicie przy „Always Somewhere”, a przy „Send Me An Angel” był taki ryk, że aż sam się zdziwiłem. Drewniane pudła dały radę, a Klaus pokazał, że potrafi dalej zaśpiewać te balladki z uczuciem i nienaganną techniką. O solo Kottaka już pisałem, w takim stanie jakim był, to bieda z nędzą. „Blackout”, „Dynamite” położył całkowicie (w „Blackout” wszedł spóźniony jak słowik z bajki, a w „Dynamite” zapomniał, jak się gra na dwa kopyta). Zreflektował się na bisach: „Still Loving You” i „Rock You Like A Hurricane”, które wypadły całkiem spoko. I… to koniec.
W zaokrągleniu 1.5 godziny. Czuć ogromny niedosyt. Liczyłem na co najmniej dwie godziny. Zabrakło wielu wspaniałych kompozycji. Nie było magicznie. Może to wina nagłośnienia, albo miejsca, w którym siedziałem? Choć czytając wypowiedzi fanów, wielu właśnie na to brzmienie się uskarżało, więc chyba nie jestem aż taki upierdliwy? Od gwiazdy tego formatu wymaga się show na najwyższym poziomie, podobnie jak oni w swoim tour riderze stawiają warunki organizatorom. Tutaj niestety koncert został odbębniony na pół gwizdka, brzmienie i niedyspozycja Kottaka zabrały 40%, kolejne 20% to dobór utworów.
Jako ciekawostkę wspomnę o długaśnej biało-czerwonej fladze, która chyba przyprawiła o palpitacje serca głównego kamerzystę, kiedy to o mało nie zwalił kamery zza stołu mikserskiego hehe. To chyba tyle. O nierozgarniętych patafianach zagubionych w sektorach, szukających miejsc z piwem i popcornem w ręku, panu prezesie, który miał wielki problem, kiedy firma ochroniarska zaproponowała mu przejście do bramy bez kolejki i pseudo sezonowych fanach niemających pojęcia, na co i po co przyszli do „Areny”, chyba nie ma co się rozpisywać? Też tak myślę…
Mam nadzieję, że SCORPIONS, zagra ponownie w Krakowie sztukę bez takich akcji, a ja przed swoją i ich śmiercią zapomnę o tej koncertowej wpadce…

[Sabian]

2016.03.04_scorpions (1) 2016.03.04_scorpions (2) 2016.03.04_scorpions (3) 2016.03.04_scorpions (4) 2016.03.04_scorpions (5) 2016.03.04_scorpions (6) 2016.03.04_scorpions (7) 2016.03.04_scorpions (8) 2016.03.04_scorpions (9) 2016.03.04_scorpions (10)