SEVEN IMPALE Beginning/Relieve `13

Tym razem będzie o tym, jak to dzięki formacji SEVEN IMPALE udało mi się wpaść we własne sidła: w niejednej swojej wcześniejszej recenzji podkreślałem bowiem, iż w czasach, w których wszystko już było, kryterium oryginalności całkowicie traci na znaczeniu. A tu masz ci! SEVEN IMPALE! Awangardowe oryginały przywołały mnie do pionu! Baczność! Salut! Okazało się bowiem, iż nietuzinkowość ich muzyki jest tym podstawowym, ale też nie jedynym atutem, do którego bardzo się przywiązałem. „Beginning/Relieve” to doskonała, nierozdzielna mieszanina jazzu i rocka, może nawet z elementami metalu (vide techniczno-psychodeliczny thrash/death w stylu CYNIC czy PESTILENCE). Na tym powinienem zakończyć, a Wy powinniście zacząć słuchać tej płyty, bo cokolwiek bym napisał, czuję, że i tak nie podołam, a do tego jest to muzyka tak chimerycznie niejednoznaczna, że zwyczajnie wymyka się obiektywnej ocenie. Skazani jesteście więc na mój subiektywizm. Oliver Sacks w swej doskonałej „Muzykofilii” przywołuje badania dowodzące, iż podstawowym kryterium determinującym nasz stosunek do muzyki jest jej rytm. Muzyka posługująca się prostym metrum jest zwyczajnie łatwiej przyswajalna dla mózgu, przez co statystycznemu odbiorcy podoba się bardziej. Pozwoliło mi to zrozumieć, dlaczego na przykład jazz – w którym powszechne są bardziej skomplikowane metra – odbierany jest dość często jako niezrozumiały i zwyczajnie ogółowi się nie podoba. Bez odpowiedniego przygotowania lub odrobiny dobrej woli taka też wyda się Wam muzyka szóstki Norwegów z SEVEN IMPALE. A „Beginning/Relieve” to w rzeczywistości bardzo udany muzyczny eksperyment, w którym jazz nierozerwalnie połączył się z progresywnym rockiem. Nasuwa się tu skojarzenie z jazz-rockiem (inaczej zwanym fusion), ale to też nie do końca to (choć pojęcie to wiele mieści i takoż niewiele wyjaśnia)! Może bardziej jest to jakaś postawangardowa odmiana fusion, której bliżej nastrojem do ADAMa PIEROŃCZYKa (ale z „Digivooco”), OLAFa DERIGLASOFFa, a może nawet do niegdysiejszego warszawskiego metalowego VIOLENT DIRGE, odjechanych fragmentów KINSKI’ego lub gitarowego okresu FRANKa ZAPPY, albo też „polskiej szkoły” jassu (a sami muzycy przyznają się zaś między innymi do inspiracji JANem GARBARKIEM, ale też – uwaga! uwaga! – MESHUGGĄ!), niż „klasycznego” fusion, gdzie zazwyczaj więcej jest z jazzu niż z rocka i harpaganienia. Tu, gdyby nie połamane metra i jazzowe odjazdy, bylibyśmy w jądrze progresywnego rocka, z jego psychodelą, gitarowymi pętelkami i ogólnym (bardzo rockowym) brzmieniem całości, wzbogaconym skądinąd o saksofon i klawisze… „Beginning / Relieve” to tylko trochę ponad dwadzieścia minut muzyki, ale jest w niej coś nieodmiennie urzekającego. Jest pewne nieskrępowanie formą i konwencją, jest dużo „młodzieńczej fantazji” (i żeby takie rzeczy o muzyce pisać? wstyd!). Niewątpliwie SEVEN IMPALE ma też potencjał na bardzo ciekawy długi album (i niech on trwa nawet 80 minut!). Kiedy słyszę, jak niektóre utwory „rozkręcają się” w miarę ich trwania, a nastroje w nich ewoluują, potencjał ten uwidacznia mi się z pełną mocą, a muzyka zaczyna grać między dźwiękami. Przy tym wszystkim podkreślę, że ostatnim uczuciem, jakie może dopaść Was przy słuchaniu tego albumu, jest znużenie. No chyba że mózg Wasz nie przywykł do rytmów bardziej skomplikowanych niż napierdalanka na dwie stopy lub bez siekących uszy blastów czujecie się po prostu niepewnie… Wtedy rzeczywiście można poczuć się jak na wykładzie w nieznanym sobie języku: szybko poczuć znużenie, wyłączyć myślenie, zahibernować się i czekać… (może w końcu powiedzą coś po naszemu i byle tylko nie było to „Pozdhawiam Was Ciule!”). Amen. [Herr Bee]

 

Seven Impale, www.facebook.com/sevenimpale

Karisma Rec., Postboks 472, 5805 Bergen, Norway; post@karismarecords.no; www.karismarecords.no