SIX-POINT LEAD Light Lies `12

W połowie roku 2012 ukazał się pierwszy album metalcore`owej grupy SIX-POINT LEAD, „Light Lies”. Pierwszy, lecz to nie znaczy, że członkowie zespołu są „gołowąsami” na scenie prezentującej ostre granie. Właściwie każdy z członków tworzących tę kapelę może się pochwalić większym lub krótszym stażem w lokalnych zespołach. Polskiemu odbiorcy pewnie niewiele powiedzą nazwy DISARMONIA MUNDI czy DYING ANKWARD ANGEL, jednak na turyńskim rynku są to grupy już dosyć wiekowe i często cieszące się estymą. Tam też członkowie SIX POINT LEAD zdobywali pierwsze bojowe szlify, tylko jest jedno „ale”. Tamte zespoły prezentują muzykę, którą określiłbym mianem (bez względu na pochodzenie) szwedzkiego death metalu. Już więc po pierwszych dźwiękach płyty „Light Lies” słyszymy wyraźnie, że panowie z SIX-POINT LEAD dość daleko odeszli od swych korzeni. Choć Włosi otwarcie przyznają się do inspiracji zespołem IN FLAMES, to ich muzykę można ogólnie nazwać metallic hardcore (osobiście lubię to określenie, bo nieco rozgranicza oba style). Niestety z przykrością muszę powiedzieć, że SIX-POINT LEAD niczym szczególnym się nie wyróżnia. Tonie w dziesiątkach młodych kapel prezentowanych w bardziej komercyjnych, rockowych audycjach radiowych czy też zespołów znanych z MTV. Debiutancka płyta turyńczyków zawiera 13 utworów otrzymanych w średnio-szybkim, choć trochę zbyt jednostajnym tempie. Z całą pewnością i odpowiedzialnością muszę stwierdzić, że umiejętności muzyków SIX-POINT LEAD stoją na dość wysokim poziomie. Gitarzyści w osobach Alessandro Martinengo i Sergio Costa od strony technicznej prezentują się całkiem nieźle; no właśnie – tylko od strony technicznej, bo wyobraźnia chłopaków niestety trochę szwankuje. Wszystko na płycie „Light Lies” brzmi podobnie, żaden utwór nie jest w stanie zagościć na dłużej w naszej świadomości i z całą pewnością nie jest to materiał dla ludzi szukających muzycznych fajerwerków. Reszta muzyków również daje radę. Świetna sekcja rytmiczna nadaje energii i dość potężnego kopa. Mam wrażenie, że perkusista Cosimo De Nola dałby sobie radę w o wiele bardziej ekstremalnym repertuarze. Także wokalista i zarazem główny tekściarz Benny Bianco Chinto to świetnie się odnajduje w tej muzyce. Jego dość mocny wokal przypomina mi Garego Meskila z PRO-PAIN, chociaż na przykład w utworze „Pitch Black” ukazuje on nieco łagodniejsze oblicze, nasuwające na myśli Chada Kroegera z NICKELBACK. Choć, jak napisałem wcześniej, album „Light Lies” wydaje się być jednostajny i niezbyt oryginalny, to jednak można na nim znaleźć utwory dość ciekawe. Według mnie należy do nich najlepszy kawałek na płycie, mocny „Dissolve Me”, nieco niepasujący do całości rockowo-psychodeliczny „So Slow” czy naznaczony największymi wpływami szwedzkiego death metalu utwór „Respect”. Całość jest okraszona niezłym, mocnym, czystym brzmieniem oraz przejrzystą, chociaż nie pozwalającą na kolana szatą graficzną. Podsumowując, trzeba zauważyć, że choć „Light Lies” to album raczej średnio udany, pozbawiony blasku, za to pełen sztampowości, a czasem wręcz słychać tu brak pomysłu, tych kilka wspomnianych wyżej utworów pozwala mieć nadzieję na przyszłość. Na pewno muzycy SIX-POINT LEAD mają spora umiejętności, trzeba tylko uruchomić pokłady wyobraźni. Fani metalcore`u na pewno będą zadowoleni, znajdą na „Light Lies” coś dla siebie. Reszcie trudno mi tę płytę polecić. [Qba]