SKYPHO Same Old Sin `11

digiCD `11
Ocena: 4,5
Gatunek: etno-nu-post-funky-alternative metal

Płyta „Same Old Sin” SKYPHO w rzeczywistości zaczyna się od „Sleeping in the monster’s bed” (nr 2), bo minutowe intro („s.d.s.”) – przepraszam panów muzyków – zwyczajnie moglibyśmy sobie odpuścić. Ale jak już się zaczyna, to na dobre! W akompaniamencie przyciężkiego riffu wprowadzają się gary: czyściutko, nisko, „tłusto”! A garom zaś, dość często na tym albumie – dla pewnej „równowagi brzmienia” – towarzyszą… bongosy. Rozwiązanie to cokolwiek nietypowe, ale – zapewniam Was – na „Same Old Sin” sprawdza się doskonale! Zespół owe bongosy i jeszcze taki aborygeński, drewniany dęciak z wydrążonego pieńka (bardzo fajnie brzmiący, grający głównie w okolicach d, o nazwie didgeridoo) nazywają w różnych notkach wpływami muzyki etnicznej („plemiennej”?). No ok! Dla mnie to taki wpływ trochę pośredni: dużo więcej niż z muzyki przeróżnych krajowców, wyjęli sobie nasi Portugalczycy z SOULFLY’a. I ja wcale nie mówię, że to źle! Najlepszy na tej płycie numer („My insomnia”) jest wręcz hołdem złożonym wymienionym wyżej brasileiros i równocześnie pewnym niezapomnianym amerykańskim Ormianom z SYSTEM OF A DOWN. Numer jest świetny, a zwrotka, refrenik, każdy riff praktycznie, jakby z SYSTEMu właśnie…, dopóki nie przerodzi się to wszystko w SOULFLY. Ale proszę nie zrozumieć mnie opacznie, bo SKYPHO to nie jacyś tam plagiatorzy, tylko dojrzali, świadomi swoich korzeni muzycy. Zresztą wymienione powyżej bynajmniej nie wyczerpują listy. Są tu też brzmienia charakterystyczne dla MESHUGAH, jak również dla PEARL JAM, wokale typu INCUBUS, SLIPKNOTowe bassy i inne wygibasy. Generalnie płyta jest bardzo ciekawą mieszanką stylistyk, w której kolejne numery przynoszą kolejne zwroty akcji. Roboczo możemy powiedzieć, iż jest to nu-post-alternative z elementami funku i (wspomnianej już) muzyki etnicznej. Jest też szczypta zabawy, trochę rozładowujących emocjonalne napięcie, nie do końca poważnych, zagrywek, riffów, motywów, którymi muzycy SKYPHO wyraźnie się bawią, puszczając jednocześnie oko do słuchacza. Czuję, że dalej nie wyczerpałem tematu, ale jesteśmy już bliżej sedna. Jest tu kilka wokali (i dwa języki: portugalski i angielski, przy czym przeważa jednak ten drugi), a uściślając sprawę: jeden człowiek (Carlos Tavares) raz śpiewa w (nie)zwykłej rockowej manierze (porównaj: Brandon Boyd, INCUBUS), raz wydziera się nu-growlem (taki ni to growl, ni megafon z mnóstwem nałożonych nań efektów), a raz słodzi nu-metalowym refrenikiem rodem z (nie przymierzając) LIMP BIZKIT. Są dwie gitary (claro!), które wycinają ze swobodą i swadą mniej lub bardziej skomplikowane riffy, zapodają smaczki lub owe śmieszne wrzutki. Sekcja (basik, perka, bongosy) nagrane są praktycznie wzorowo („by Ivo Magalhaes and SKYPHO at Uncle Rock Estudio”). Całość zaś wydano własnym sumptem. Tylko proszę znów nie dać się zmylić! Takiego wydania pozazdrościć mógłby im każdy podziemny i nadziemny label! To wydanie (digi z książeczką w bardzo funkcjonalnej, grubej folii) mogłoby być ozdobą każdej płytowej kolekcji i witryny Empiku! Płyta trwa dobrze ponad godzinę. Początkowo nawet dla mnie była trochę za długa, ale – mimo intensywnego zastanowienia – nie wiedziałbym, co by z niej wyciąć, może poza owym akustycznym intro i ostatnią minutą, w której wybrzmiewa przeciągle utwór „White bird”. [Herr B.]

 

Utwór rozpoczynający płytę „Same Old Sin” zespołu SKYPHO, „Intro S.D.S”, tak naprawdę można by było sobie podarować. Nie pasuje do całego albumu, ale może się nie znam – Portugalczykiem bywam tylko raz na cztery lata, na mundialu i to powyżej ćwierćfinału. Podsumowując, intro to nastrojowe smyki i inne wybryki zrobione na parapecie czy innym klawiszowym instrumencie. W drugim numerze „Sleeping in the Monster’s Bed” jest już regularnie gitarowo, a pierwsza myśl, jaka się nasuwa, to SOULFLY z dobrych czasów. Sekcja młóci aż miło, a gitary momentami wygrywają partie SLIPKNOTa z czasów „Iowa”. „Sleeping in the Monster’s Bed” to przyjemny, aczkolwiek przydługi numer. Trzeci kawałek „A Ultima Caminhada” to portugalskie wokale. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że mimo użycia swojego ojczystego języka, zaśpiewane jest to w zasadzie z angielskim podziałem i artykulacją. Szkoda. Bardzo szkoda, bo byłby to faworyt, a tak jest tylko skojarzenie z hiszpańskimi zaśpiewami amerykańskiego ILL NINO, który dekadę temu podbijał serca niejednego crossoverowca. Mimo wszystko wokale oceniam na plus, bo chłop trzyma tonację i radzi sobie momentami jak niejeden stary wokalny wyjadacz. „My insomnia” to podobno perełka na tym albumie… I ja się z tym zgadzam, ale tylko od strony muzycznej, bo z tak słabym angielskim próżno będzie szukać SKYPHO na salonach. Zaczyna się całkiem rozsądnie, a później jest tylko słabiej. Jest tu dużo gitar rodem z połowy lat 90., są oczywiście „prawie rapy” w zwrotkach – jak to było w zwyczaju – ale najbardziej utkwił mi w pamięci most przed typowo korzenno-etniczną zagrywką rodem z Brazylii, oczywiście zakończony znanym i lubianym „um, dois, três!”. Panowie, bójcie się Pana Ciemności! Byłaby szkolna „czwórka”, ale za końcówkę numeru w stylu ALIEN ANT FARM ze słonecznej Kalifornii jest tylko 3 i to z minusem! „Your love, my cage, my prison, my rage” – ciekawe wokale na początku i romans z Karaibami – to w zasadzie wszystko, co można powiedzieć o tym numerze. Hip-hopowo/rapowa fraza w stylu Max’a Cavalera trochę zaczynają drażnić, ale fajne podłączanie się gitar pod sekcję niweluje niezrozumiałe dla mnie zapędy wokalisty. W środku jest naprawdę ciężko, a podwojone stopy pozwalają nam z optymizmem patrzeć w przyszłość. „Spirit” od samego początku skojarzył mi się z krakowskim HOMO TWIST Maćka Maleńczuka, ale może to kwestia brzmienia gitar i mojego uwielbienia dla albumu „Cały ten sex”… Numer genialnie się rozwija, a w tle „przyjemnie przeszkadza” jakiś buszmeński instrument… Zwrotki przypominają ALICE IN CHAINS, nie tylko dlatego, że podwojone wokale brzmią jak narkotyczny grunge, a akustyczna gitara na myśl przywołuje PEARL JAM z koncertu bez prądu. I tu apel z mojej strony: Panowie, idźcie tą drogą, bo numer jest zacny i robicie to fachowo. Pod koniec znów odrobina Maleńczuka, ale też trochę cyrkowego grania i trochę ska, ale to w sumie na jedno wychodzi. W „Nowhere neverland” od początku mamy klimat nastrojowy i lekki, co jest miłym zaskoczeniem. Zdecydowanie jest to post grunge’owe granie ze świetnymi wysokimi wokalami, kreowanymi w zwrotkach na Layne’a Staley’a, a w refrenach nawet na Brandona Boyda z INCUBUS, co niezmiernie mnie cieszy, bo jest to wokalista nietuzinkowy. Już te porównania powinny skusić każdego do posłuchania chociażby tego songa. Trochę bez sensu jest jak dla mnie ten portugalski przerywnik pod koniec, bo z angielska byłoby czytelniej, z aranżem natomiast po nim jest typowy SYSTEM OF A DOWN i FAITH NO MORE w jednym… Ale i tak brawo! „Demons’ party SEPA” to jak nic z czasów „Chaos A.D”, a gdy jest lżej, to znów INCUBUS z okolic „S.c.i.e.n.c.e.”. Oczywiście nie byłbym sobą, jakbym nie usłyszał w końcówce amerykanów z CHIMAIRA, co tylko dobrze świadczy o tym numerze, który jest trzecim z rzędu na plus! Takie wokale na pograniczu hardcora i death chciałbym słyszeć na przyszłych płytach SKYPHO – apel numer 2! Na początku „Darkness of the soul” dostajemy w pysk świetnym riffem – z fajnym podziałem, ale tylko do momentu wysokich wokali, które mimo wszystko przedzielone są fajnym charczącym darciem japy. Zwrotka wokalnie taka sobie, ale ten zajebisty podział gitar nie pozwala przełączyć na kolejny numer. Zagrane i zaśpiewane (w ciężkich partiach) na CALINANa czy wspomnianą już wyżej CHIMAIRĘ, choć momentami niepotrzebnie numer zwalnia – nie wiedzieć czemu… Riffy ciężkie jak upalny lipiec w komunikacji miejskiej, a „wioślarz” prowadzi cały kawałek w naprawdę trudnym układzie, dzięki czemu uzyskano efekt gadających z bębnem gitar, a i wokalista też jakby był na pograniczu „nietrzymania fasonu”. Numer jest lekko przydługi, ale warto czekać do ostatniego patentu, bo koniec jest mocny, rodem jakby ze Szwecji! „My last words” zaczyna się delikatnie, choć z przytupem. Mam tu trochę skojarzeń z MACHINE HEAD z płyty „The more things change”. Fajny growl w refrenie, choć melodyjne wokale trochę blado wypadają, aczkolwiek są zaśpiewane poprawnie. W środku numeru próba stworzenia ciekawego nastroju, co wydaje się rozsądnym zabiegiem. biorąc pod uwagę tempo kawałka. A końcówka to już kuźnia nabijana przez pałkera. „Re_nasce” to kolejny numer w języku portugalskim w akustycznym aranżu – pokazuje, że chłopaki ze SKYPHO potrafią pisać i czytać nuty, a za instrumenty nie złapali tylko po to, żeby wyrywać panny (tudzież mężatki) w lokalnych pubach… Oczywiście skojarzenia z legendarnym już „Kaiowas” w połowie numeru to absolutnie żaden zarzut, a jedynie podkreślenie inspiracji składu. Po raz kolejny pozytywnie wypada także wokal. „Jungle syndrome” to wariacja w temacie lokalnej ludowej nuty rodem z Półwyspu Iberyjskiego, a nie – jak poprzednio – z kraju kawy. Świetny backvocal uzupełniający monodeklamację w zwrotkach to zabieg często spotykany, ale w tym przypadku… robi różnicę! Gitarowo ciągle coś w okolicach porządnego „rootsowego” grzania. Końcówka to „Ratamahatta” z dużą ilością podwajanych, a nawet potrajanych wokali, a zaśpiewanych – co warto podkreślić – przez jednego i tego samego pana. A na koniec coś dla wielbicieli PRIMUS – niby jeden riff, a taka miła niespodzianka! Ostatni numer, „White bird” to ładnie zaśpiewana prawie ballada z żeńskimi wokalami, które udało mi się wypatrzeć na koncertowych fotach na fejs-bukowym profilu zespołu, który polecam choćby z powodu kliknięcia w „lubisz to suko” na zachętę dla Portugalczyków – od naszej rodzimej braci metalowopodobnej. Fajne zakończenie w postaci długo wybrzmiewającej sprzężonej gitary. Podsumowując: jest to rozsądne gitarowe granie, ale niestety prochu chłopcy ze SKYPHO nie wymyślili, a biorąc pod uwagę, że „Same Old Sin” to ich pierwszy album, zastanawia tylko fakt, dlaczego tak późno, skoro pierwsza EPka datowana jest na 2007 rok? Wtedy ta muzyka była w gazie, ale dziś? Za dużo się dzieje w świecie muzycznym i za szybko zmieniają się trendy w wirtualu, żeby pojechać w trasę z wyżej wymienionymi ulubieńcami zespołu. Całość wypada ciekawie, natomiast minusami będą zapewne ograne już od ponad dekady podziały, wspomniany już słaby angielski oraz nu-metalowe śpiewane wokale w refrenach, które powodują, że wszystko, co zespół wypracowuje sobie mozolnie, potrafi legnąć w gruzach. Plusy przyznać można za tzw. „ciężary”, ale również za akustyczną gitarę oraz instrumenty perkusyjne typu bongo, congo czy jakoś tak… Mimo wszystko płytę „Same Old Sin” polecam nie tylko koneserom! Całego albumu posłuchać można na (http://skypho.bandcamp.com), tam również możliwość dałnlołdu. [Hadrian „Sivy” Czyszustki]

Skypho, Hugo Joel Teixeira de Sousa, Rua Conselheiro Jose Mourisca R/C Dto. Fr. B, 3850-145 Albergaria-a-Velha, Portugal; skypho@gmail.com; www.skypho.com, www.facebook.com/skypho, www.skypho.bandcamp.com