SLAVES OF EVIL Madness Of Silence `14

CD `14 (Independent)
Ocena: 5/6
Gatunek: death metal/brutal death metal

Minął chyba rok czy nawet 2 lat zanim zabrałem się za recenzje „Madness Of Silence”. Jednak, jeszcze przed otrzymaniem płyty usłyszałem bądź przeczytałem, że SLAVES OF EVIL zrobili niemały rozgardiasz swoim debiutem i że jest to sroga porcja gęstego jak smoła, bezlitosnego death metalu.

Niedawno doznałem uczucia niedoboru chaosu, niedoboru np. grindcore’owego pierdolnięcia. Przypomniałem sobie wtedy o powyższej sentencji, swego rodzaju obietnicy. Odpaliłem zatem odtwarzacz i… jak nie zionęło, jak nie chuchnęło, to w posadach mi chałupa zadrżała. Nie przypuszczałbym w żadnym razie, że tuż za przyciskiem PLAY stoi ktoś kto przyłoży mi do mordy lufę moździerza M120 i bez ostrzeżenia wpakuje w uszy taką dawkę metalu. Nie wiem czy analogia do SUFFOCATION jest tu słuszna, może do CANNIBAL CORPSE nieco bardziej, ale wiem że w kategorii death metalowych debiutów zespół z Dąbrowy Górniczej (swoją drogą, ostatnio wszystkie zespoły z tego miasta pozytywnie mnie zaskakują) jest nawet bardziej bezkonkurencyjny niż „Smoleńsk” w kategorii filmów paradokumentalnych na gali rozdania Oscarów. Takiej dojrzałości nie spodziewałbym się nawet po NILE po ich 8 studyjnym albumie.

SLAVES OF EVIL konsekwentnie od 1 do ostatniej (chyba 34) mielą i kruszą. Najbardziej urzekła mnie ta niemalże „automatyczna”, nigdy nie zwalniająca stopa, więc paralela do NILE (a właściwie George’a Kolliasa) nie jest tu przypadkowa. Do tego dochodzą dojrzałe, rytmiczne, soczyste solówki w prawie każdym utworze i klasyczny, sprawdzony, death’owy kwik. I ani minuty przestoju, ani sekundy wytchnienia. Człowiek chciałby w przerwie pomiędzy utworami posłuchać czy aby na pewno czajnik nie został na gazie albo czy nie wyją syreny alarmowe, a tu nie da się… to jest głośniejsze, mocniejsze i bardziej donośne od wszystkich dźwięków z otoczenia. Death metal w Polsce potrzebował właśnie takiego bohatera! I szkoda, że nasz rodzimy przemysł metalowy poszedł bardziej w kierunku black metalu, bo przecież tacy debiutanci to skarb narodowy! Obok płyty BANISHER pt. „Scarcity” nie widzę godnych rywali z przełomu 2013/2014 roku w tej kategorii.

Na prawdę ciężko mi się rozwodzić nad minusami, kiedyś już napisałem tyle pochwał, szczególnie że chciałem się „czepnąć” zagłuszania gitary przez wszystkie inne dźwięki (czasem niezidentyfikowane) i nader intensywnego przesunięcia wokalu do przodu, ale uznałem że tak miało być. Nieco brudu i braków w produkcji, akurat tej bajce nie zaszkodzi. Gdyby tak jeszcze morał był jakiś przyzwoity… a ani ja, ani pewnie nikt nie doczekał się jakiegoś zwieńczenia. Ostatni, arcytytułowy „Slaves Of Evil” (czyli 10 utwór na płycie) skończył się tak, jak pierwszy „Death Countenance” rozpoczął. Moździerzem… [Vexev]

Slaves of Evilhttps://www.facebook.com/slavesofevil/