SODOM, THE NO-MADS, THE CROSSROADS, NEURONIA … – 17.09.2011, Katowice

sodom_poster 2

SODOM, THE NO-MADS, THE CROSSROADS, NEURONIA, BEERHEAD

17.09.2011, Katowice, „Mega Club”

17 września 2011 roku w katowickim „Mega Clubie” odbył się ostatni koncert organizowany przez agencję artystyczną Piona-Art., dowodzoną pod kierunkiem Piotra „Piony” Płoszyńskiego. Chcąc uczcić należycie pożegnanie Piony z szeroko rozumianą organizacją koncertów i przy okazji zrekompensować gawiedzi nieobecność 2 kwietnia A.D.2011 roku głównego punktu programu podczas Silesian Massacre Festival, postanowiono, iż śląską ziemię nawiedzi prawdziwa tuza światowej thrash metalowej sceny – niemiecki SODOM.

I faktycznie grupa Toma Angelrippera zawitała do Katowic w ten ciepły, sobotni wieczór. Oprócz „Sodomitów” gig swoją obecnością uświetniły raczej mniej znane, często okoliczne kapele. I tak od 18:00 w ramach rozgrzewki publikę bawiły kolejno: zabrzański BEERHEAD, następnie warszawska NEURONIA, później rybnicki THE CROSSROADS, a około 20:30 na scenie pojawił się katowicki THE NO-MADS.

Już grubo przed 18:00 pod klubem zaczęły tworzyć się dosyć liczne grupki i podgrupki fanów, rozprawiające śmiało o nadchodzącym wydarzeniu i raczące się hojnie przy tej okazji złocistym napojem. Był to pierwszy sygnał, iż będzie dobrze, bo będzie dla kogo grać:-). Swoją drogą, takiego tłumu w „Mega Clubie” nie dane mi było wcześniej widzieć, ale o tym może troszkę później.

Po przywitaniu się ze znajomymi postanowiłem wejść do środka i pokręcić się trochę wewnątrz.

Cały gig rozpoczął się bez większych opóźnień. Tuż po 18:00 na scenie pojawili się grajkowie z BEERHEAD. Pod sceną zgromadzili się już oddani grupie ludzie i można było zaczynać. I niestety tutaj pojawił się „mały” problem. Pomimo tego, iż kapela z wielkim zaangażowaniem grała swój materiał, brzmienie instrumentów i wokalu było bardzo przeciętne. Po prostu „ściana”! Brak selektywności, zrobił się jeden wielki SUN O)))… No nic, początkowo myślałem, że akustyk jeszcze się w pełni nie rozgrzał i że tylko kwestią czasu jest moment, w którym w końcu sound zaskoczy. Niestety moje rozumowanie do słusznych w tym wypadku nie należało. W każdym razie, nie można odmówić BEERHEADowi wielkiego entuzjazmu, żywiołowości oraz dużego poświęcenia. Na scenie wręcz szalał basista Tasman (który notabene zasilił niedawno wokalnie grupę DEVIATION), a Krieg na gitarze chyżo mu przy tym wtórował. Jaszczur dwoił się i troił, co na dobre wychodziło (czasem słyszalnym) warstwom śpiewanym, a Uwe równiutko to wszystko trzymał. Duży plus należy się zespołowi bez wątpienia za zaangażowanie, ale równie duży minus musimy przypisać na konto akustyka, który nie popisał się właściwie wcale. Mimo niezbyt wielkiego zainteresowania występem BEERHEAD, publice udało się rozkręcić wcale niemały młynek.

Beerhead_33

Później nastąpiła chwila przerwy, po której na deskach „Mega Clubu” pojawiła się warszawska NEURONIA. Ten występ w mym odczuciu należał do udanych, pomimo pewnych małych niedociągnięć… Podobały mi się czyste wokale Tektura, wspierane growlem basisty Betona. Niestety gitara Lewego (piękny Parker!) była trochę zbyt cicho ustawiona i tym samym wszelkie solówki, za które ten jegomość był odpowiedzialny, umykały gdzieś głęboko pod pierzynę z bębnów, basu, drugiej gitary (moim zdaniem zbyt głośnej w stosunku do reszty) i wokalu. Na szczęście bogata setlista w pełni zadośćuczyniła dalej kulejącej selektywności i temu niefortunnemu zestawieniu głośności poszczególnych sprzętów. Widać było dużą pasję i profesjonalne podejście muzyków NEURONII do grania na żywo, co doceniła również publika, tworząc tu i ówdzie młyny. Tak trzymać!

Neuronia_22

Około godziny 20:00 zaczęli instalować się muzycy THE CROSSROADS. Rybnicka młodzież oprócz swoich autorskich utworów zaprezentowała również kilka znanych coverów – m.in. „Raining Blood” SLAYERa. Szczerze mówiąc bardziej przypadł mi do gustu ich koncert podczas gigu z ARCH ENEMY. Zamiast masy wygłupów, które zaprezentowali tego dnia na scenie, mogli pokusić się o lepsze wykorzystanie danego im czasu, np. na zagranie dodatkowych dwóch / trzech kawałków, co wyszłoby w końcowym rozrachunku na większą korzyć tej kapeli. Brzmieniowo jakby coś drgnęło do przodu. Miałem wrażenie, że poszczególne riffy przestały tworzyć nieprzejednaną „ścianę” i w końcu w miarę bezproblemowo wyodrębnić można było melodię. Występ THE CROSSROADS oceniam pozytywnie, choć mogłoby być trochę lepiej.

The_Crossroads_22

Następnie na scenie mozolnie zaczęło pojawiać się instrumentarium katowickiego THE NO-MADS. Muzycy pokazali naprawdę spore umiejętności. Zagrali parę utworów z „The Age Of Demise”: m.in. „Unter Der Bar”, czy tytułowy kawałek z tej płyty oraz kilka nowszych oraz starszych tworów. W ich sposobie gry widać było duże doświadczenie i „otrzaskanie” ze sceną. Grupa THE NO-MADS zgromadziła rzeszę naprawdę oddanych fanów. Gawiedź z dużym entuzjazmem rozkręcała coraz to okazalsze młyny, tworząc przy tym złowieszcze „circle pity”. Atmosfera podczas występu katowiczan była faktycznie bardzo dobra, co przełożyło się na pozostawienie pozytywnego wrażenia po sobie (no może poza brzmieniem, ale kulało ono przez cały gig…).

The_No-Mads_33

Koncert w wykonaniu THE NO-MADS był miłym preludium przed czekającym nas jeszcze występem grupy SODOM. Ale zanim to nastąpiło, organizatorzy zapewnili najpierw audytorium sporą przerwę, podczas której zarówno Piona, jak i „Charlie Sheen” przemawiali kilkukrotnie do zgromadzonego ludu (rozgrzany alkoholem Charlie próbował nawet beblać coś po angielsku…:-)).

I po chwili (przed godziną 22:00) w końcu się zaczęło. SODOM! Entuzjazm publiki sięgał zenitu. Sala wcale niemałego „Mega Clubu” została całkowicie wypełniona. Wręcz szpilki nie dało się w ten ścisk wepchnąć. Muzycy rozpoczęli utworem „In War and Pieces”. Kolejno Tom Angelripper i spółka prezentowali m.in. utwory takie jak: „M-16”, „The Saw is the Law”,  „I Am the War”, „City of God”, „Blasphemer”, „Agent Orange”, “Ausgebombt”, „Remember The Fallen”, „Bombenhagel” czy „Napalm In The Morning”. SODOM tego dnia udowodnił, że nadal jest w wyśmienitej formie i muzycznie ma się bardzo dobrze. Bernemann był w idealnej kondycji, bardzo precyzyjnie odgrywał swe partie, zresztą wszyscy muzycy wyglądali bardzo dobrze pod względem kondycyjnym i muzycznym. Tom zdawał się być zachwycony ciepłym przyjęciem w Katowicach i bardzo ucieszył się z podarowanego mu od pewnej fanki stanika i pojednawczej „polsko-niemieckiej” flagi. Wielki wyraz wdzięczności dla grupy okazała publika, która w aktywny sposób co chwila dziękowała muzykom oklaskami, rozkręcaniem młynów, wyrzucaniem ludzi na falę i skandowaniem nazwy kapeli. Ze sceny emanowała wielka energia, moc i potęga.  Zespół dał bardzo żywiołowy i dynamiczny koncert. Właściwie do niczego poza aspektem akustycznym (który tego dnia w każdym wypadku był niekorzystny) nie można było się przyczepić.

Sodom_22

Występ SODOM trwał niecałe dwie godziny. Gdy zespół skończył grać, Piona pożegnał się z publiką, zachęcając przy tym do pozostania na after party.

Warto było ruszyć się tego dnia do katowickiego „Mega Clubu”. Koncert uważam za bardzo udany. Oprócz problemów akustycznych całość stała na naprawdę wysokim poziomie. Gig przedni, kapele bardzo dobre. Czego chcieć więcej?

[Adam Dzwonnik]