STATE URGE White Rock Experience `13

Nie tak dawno, bo we wrześniu 2012 roku wyszedł ich mini „What Comes Next?”, który przyszło mi chwalić na naszych łamach, a tu już trzymam w ręku nową płytę… Nie ma co! Panowie kują żelazo, póki gorące! A że sam również wręcz domagałem się tego longa, z lekkim drżeniem włożyłem go do odtwarzacza… Na pewno znacie efekt „wygórowanych oczekiwań”, kiedy dużo obiecujecie sobie po jakiejś płycie, filmie, książce, a potem okazuje się, że rzeczywistość nie sprostała Waszym nadziejom? Taki właśnie efekt osiągnął u mnie początkowo „White Rock Experience”: niby nowy album, osiem utworów, trochę ponad 40 minut muzyki, a tu okazuje się, że cztery z owych ośmiu utworów to materiał już publikowany (ze wspomnianego wcześniej mini „What Comes Next” znajdziecie tu wszystkie trzy utwory)… Osobiście nie lubię tego typu zagrywek. Choć są one dla mnie jakoś tam zrozumiałe, kiedy zespół podpisuje umowę z większą wytwórnią, gwarantującą ponowne nagranie materiału albo znaczące poprawki dźwięku i porządną promocję. W wypadku „White Rock Experience” jest to Lynx Music z Krakowa, skądinąd porządny label. Szczególnych różnic w jakości dźwięku, w porównaniu do poprzednich „wersji” utworów, jednak specjalnie nie widać. Podkręcono trochę dynamikę, uwydatniły się „szumy”, a w wypadku wokalu wyeksponowało to warsztatowe niedociągnięcia (wnoszę po tym, iż poprzednim razem w ogóle owych nie słyszałem, a i cała płyta brzmiała trochę lepiej). Poza tym – pozostało po staremu, więc również „stara” recenzja pozostaje w mocy, a ja skupię się na nowych kompozycjach. Pierwsza jest trochę jak powoli rozkręcające się intro, pięć minut bite, mniej więcej od połowy zaczyna się dziać na poważnie i niby wszystko fajnie, gdyby nie to, że album trwa tylko trochę ponad 40 minut, a na liście mamy zaledwie 3 nowości. Następna z nich to nr 4 na albumie („Long For You”), a dla mnie jednocześnie najsłabsze ogniwo całości. Znajdziecie ją gdzieś w połowie drogi między softowym, pościelowym prog rockiem (balladka z cukierkowym refrenem), a ostatnimi dokonaniami LAO CHE z ich samplami i automatami perkusyjnymi generującymi jakieś plastikowe rytmy. Na szczęście ów plastik nie trwa tu długo, więc może jest to tylko eksperyment, udziwniacz taki… Choć w trendach nie siedzę i nie wiem, co się teraz sprzedaje, apel mam do Panów Muzyków jako słuchacz: jeśli nie musicie (bo przecież serce nie sługa), nie idźcie tą drogą! Następnym numerem jest „Illusion”, który doczekał się tu już swojej trzeciej edycji. Solidny, najbardziej floydowski kawałek przestrzennego rocka, który skutecznie zaciera wszelkie złe wrażenia. W swej strukturze utwór bardzo prosty, ale za to chwyta i trzyma za serce! Bo w prostocie ponoć siła jest! Dalej już tylko „Tumbling Down” i „Gaze”, dwie ostatnie nowości. A że panowie ze STATE URGE mają niewątpliwy talent do igrania z ciszą, wyszły im dwie raczej spokojne (acz z godnymi uwagi przyspieszeniami) ballady, w których potwierdzają swój niewątpliwy talent. Bo muzyka STATE URGE potrafi prawdziwie ująć. Hammond, który odjeżdża w „Gaze”, jest prawie jak LED ZEPPELIN, riff we wcześniejszym „Tumbling Down” prawie jak METALLICA, ale wszystko to jest tylko jak mrugnięcie okiem do słuchacza, wisienka na floydowskim torcie. Więc jeśli lubicie PINK FLOYD, piękną muzykę, w której cisza jest równie ważna jak dźwięk, nie bójcie się sięgnąć po album „White Rock Experience”. Jego największym mankamentem jest to, iż jest za krótki! I tak oto przyszło napisać mi nową recenzję o w połowie „starym” materiale. I poczułem się trochę jak Blondynka w McDonaldzie, która zamawiając frytki („- Małe, czy duże?” – zapytał sprzedawca), poprosiła trochę „takich” i trochę „takich”… [Herr Bee]

State Urge, stateurge@gmail.com; www.stateurge.com

Lynx Music, www.lynxmusic.pl