SUFFOCATION, ANNOTATIONS OF AN AUTOPSY, NERVCELL… – 17.03.2010, Warszawa

SUFFOCATION, ANNOTATIONS OF AN AUTOPSY, NERVCELL, 

FLESHGOD APOCALYPSE, BURNING THE MASSESS

17.03.2010, Warszawa, „Progresja”

Po prostu uwielbiam te koncerty w środku tygodnia! Człowiek prosto z pracy leci na gig, racząc się na obiad byle jakim hamburgerem, stoi w korkach i zjebany dociera na miejsce, mając w perspektywie poranną pobudkę i dzień w robocie po nocnej imprezie… No ale dość biadolenia, bo wyjdę na starego zgreda.

Koncert rozpoczął się z krótką obsuwą, a pierwsi na deskach zainstalowali się Amerykanie z BURNING THE MASSES. Goście wyglądali na bardzo młodych, z dopiero co zapuszczanymi wsiarami. Mało metalowe fizjonomie… Zaczęli intrem, które przeobraziło się w pierwszy numer. Muzycznie prezentowali coś a’la VITAL REMAINS, z nadmiernymi jak dla mnie gitarowymi popisówkami przypominającymi jakiś CHILDREN OF BODOM. Może i kiedyś z tego BURNING THE MASSES coś będzie, póki co sprawdzili się jako wstęp do supportów.
Pod sceną było jednak pustawo, ludzie póki co oblegali bar, gadali lub gapili się w telebim, na którym niepodzielnie królował Eurosport. Tak, tak… Nie samym death metalem człowiek żyje:-)! Przez cały koncert przewijał się a to tenis, a to piłka kopana, a to coś tam… No nieważne.

FLESHGOD APOCALYPSE wystartowali od drętwej gadki. Zanim zaczęli swój występ, frontman raczył pokazać „fucka”, co paru osobom chyba się nie spodobało. W ogóle z tego, co zaobserwowałem, „fuck” bardzo często pojawiało się w zapowiedziach kolejnych kawałków tego włoskiego zespołu. Grali death metal, poprawnie, ale bez wzwodu – raczej w kierunku uwiądu. Po chyba trzech, czterech numerach dałem sobie z nimi spokój.
Udałem się na rekonesans stoisk z płytami, których było od groma!!! Było wszystko! Koszulki, płyty, winyle, znaczki, naszywki, czapeczki… Ktoś rozłożył kramik z wegetariańskim żarciem, za barem poza chmielem w płynie i gorzałą, można było opierdolić zapiekankę, czy coś innego. A! No i swoistą ciekawostką był fakt, że leżące przy wejściu do klubu plakaty formatu chyba A-0 były do wzięcia dla każdego, kto chciał mieć taką pamiątkę. Za to w środku cena plakatu wynosiła 5 złociszy. Dla każdego coś miłego!
Oczywiście nie obyło się bez zamienienia paru słów ze znajomymi, piwko z tym i tamtym, gdy jak coś nie pierdolnie! Co to za riffy? Co to za rzeźnia? Dość szybko znalazłem się w pobliżu sceny, przecierając uszy ze zdumienia. Muza, jakby ILL DISPOSED, który uwielbiam, z lekką nutką PESTILENCE. Moc! Miażdżące partie przechodziły w niesamowite, melodyjne solówki, nad wszystkim górował ciężki, grobowy wokal dobywający się z paszczy łysego, grubego brodacza, który jako frontman sprawdzał się idealnie. W pewnym momencie złapali chyba małą zawiechę, słysząc skandowanie tłumu: „na-pier-dalać!”. Ktoś tam musiał ich uświadomić o subtelnej różnicy swojskiego „napierdalać” od „wypierdalać”. Widać było, że goście są zadowoleni z tego koncertu i reakcji, jaką wywołała ich muzyka. Żywioł na scenie, rzeź – pierwsza klasa. Ludzie to kupili. Ja też. No cóż, był to bez wątpienia jedyny, trafnie dobrany support na tej trasie. O tym, co to za kapela, dowiedziałem się dopiero, jak opadał kurz po zamieszaniu, jakiego narobiła. To NERVCELL! Chłopaki są z… Dubaju! Musiałem zamienić z nimi parę słów, co było trudne z „moja angielska być dość słaby”, ale paru ciekawych rzeczy się człowiek dowiedział.

Potem na scenę wgramoili się Angole z ANNOTATIONS OF AN AUTOPSY. Jedyne, co przychodzi na myśl w związku z tą nazwą, to: nuda. Death metal z elementami popłuczyn po nu metalu to zupełnie nie moje zabawki. Oddaliłem się przeto na z góry upatrzone pozycje, by w spokoju pokonwersować z kumplami.

Następnie na scenie zakłębiło się od technicznych, którzy przygotowywali miejsce pod mający nastąpić lada moment rytuał. Ostatnie piwko i pora zająć strategiczne miejsca. Światła zgasły i w końcu są! Yeah! Saaaafoookeeejszyyyn!!!!!!!!!! Mówię Wam, dla takich chwil warto żyć – albo umierać! Kanonada dźwięków, niesamowita gra świateł, no i przede wszystkim wspaniały show Mullena i spółki. Frank motał się po scenie, jakby miał ADHD i Parkinsona w jednym. Trząsł się i miotał, jak opętany. Już wiem, skąd Enrico z UNDERTAKER czerpał wzorce, heh! Set koncertowy dobrali sobie Amerykanie przekrojowo. Sporo było numerów z nowej płyty „Blood Oath”, ale nie zabrakło oczywiście starych szlagierów. Pod sceną zawiązał się całkiem przyzwoity młyn. Wskoczyłem w sam środek. Efekt: trzy zaliczone gleby i stłuczony nadgarstek. Człowiek znów poczuł się młodo:-)! Tymczasem SUFFOCATION dosłownie zamiatał. Dwóch karków w fosie między tłumem a sceną z trudem radziło sobie z podejmowanymi non stop próbami stage-divingu. Piekło! Jeden bis i po około godzinie z minutami było już po wszystkim.
Ten koncert był perfekcyjny, przygotowany w najdrobniejszych szczegółach.
Przez dłuższą chwilę muzycy rozdawali autografy, ściskali się z fanami. Było sielsko i anielsko. Czekał nas jeszcze wywiadzik z Frankiem Mullenem, który po łyku naszej przemyconej wiśnióweczki stwierdził: „really gooood!!!”.

I tyle, czas się zwijać, bo rano, szara rzeczywistość…

 

[Adrian]