SVART CROWN, NEOLITH, BEHEADING MACHINE – 28.02.2011, Sanok

2011.02_02.22_svart.crownSVART CROWN, NEOLITH,
BEHEADING MACHINE

28.02.2011, Sanok, „Rudera”

Koncert ten był ostatnim siódmym z kolei, jaki miał miejsce podczas tej krótkiej, acz morderczej trasy SVART CROWN, NEOLITH i BEHEADING MACHINE po Polsce zorganizowanej przez pana Marcina z Mythrone Promotion. Z wstępnej zapowiedzi wynikało, że zagrają cztery zespoły. Całą trasę przejechały rzecz jasna trzy grupy, a jak to często bywa, jako tajemnicze supporty miały grać zapewne lokalne kapele. Niestety w szacownym mieście Sanoku wszystkie tego typu zespoły wymarły zapewne na skutek masowej migracji ludów, z jaką mamy do czynienia w obecnych czasach, więc była dupa, a nie support.

W dodatku w jakiś sposób nie do końca zgraliśmy się z czasem rozpoczęcia całego show, więc grupa BEHEADING MACHINE po dziś dzień pozostaje dla mnie zagadką, zarówno w sensie koncertowym, jak i czysto twórczym.

Po tym, jak na pół godziny wcześniej dowiedzieliśmy się od naszego tajnego agenta umiejscowionego na tymże spędzie, że koncert trwa w najlepsze i za chwilę wystąpi zespół, dla którego właściwie postanowiliśmy zadać sobie trud i zajechać do satanistycznego klubu sanockiego „Rudera” czyli NEOLITH, nawróciliśmy bolidem w miejscu niedozwolonym o 180 stopni i jadąc pod prąd i wyprzedzając tiry „na trzeciego” 160 km na h., stawiliśmy się niemal punktualnie.

Nie sądzę, aby sanocka arena koncertowa, której nie ma, a zastępowana jest przez klub „Rudera”, była szeroko znana wśród bywalców metalowych spędów, więc powiem tylko, że jest to jeden z najbardziej nienadających się do koncertów klubogospód, w jakie mnie diabli ponieśli… Całość tego pomieścić może na baczność i dobrze upchanych ze 100 osób, składa się to z przedpokoju z barem i Sali koncertowo-widowiskowej ze słupem drewnianym po środku. Natomiast taki kąt w kącie to tzw. Scena, wysokości 8 cm, o powierzchni 3 metry kwadratowe w formie trójkąta. Ten powyższy bezsensownie rozbudowany tu opis ma uświadomić potencjalnemu odbiorcy praktycznie żadne warunki do stworzenia dźwięku dla odbiorcy muzyki na żywca. Tym bardziej trzeba powiedzieć, że obie kapele, na które na tym koncercie się załapałem, jakimś czarnomagicznym sposobem osiągnęły dobre brzmienie.

Początek mojego wieczoru rozpoczął się w momencie, kiedy na scenę i okolicę (biedny Levi to duży chłop i już na „scenie” się nie zmieścił, podobny los spotkał również Conrada, który grał stojąc w kącie przy głośniku) wkroczyły chłopy z NEOLITH.

Na całym koncercie było około 40 „maniaków”, połowa z nich nie za bardzo chyba wiedziała, o co właściwie chodzi na metalowym spędzie, jedna czwarta właściwie nie wiedziała, o co chodzi w death metalu, a druga jedna czwarta nie wiedziała właściwie w ogóle, gdzie jest. Pozostałe osoby, czyli ja i cztery inne, oraz członkowie pozostałych grup, zostaliśmy przytłoczeni tym, co zaprezentowali panowie zamieszkujący ziemię krośnieńską.

Levi przed koncertem wydał mi się nieco zmarnowany, być może taki był po sześciu kolejnych codziennych shows, jednak kiedy wlazł na scenę, a właściwie staną se pod sceną metr przede mną, wstąpił w niego demon, którego miał wypisanego na koszulce. Chłop ma już swoje lata, a to, co wyczynił przez następne 40 minut, zabiłoby o połowę młodszego headlinera=killera. Reszta grupy, w większości złożona z młodszych szaleńców, też pokazała pazury, zęby, poroża i wszelkiej maści zestaw wyrostków kostnych. Utwory, które zespół wypluł nam prosto w zdziwione paszcze, pochodziły głównie z ostatniego krążka „Individual Infernal Idimmu”, z dwoma wyjątkami, którymi – o ile dobrze kojarzę – był utwór z albumu „Immortal” oraz całkowicie przedpremierowy, który ma się znaleźć na kolejnej płycie, o tytule w stylu „Angel On The Horizon”.

Przyznać muszę, że z NEOLITH porobiła się rasowa machina koncertowa i trzeba tym panom wreszcie pozwolić się wyszaleć, bo trochę szkoda, że mają tyle nadmiernej energii. Po tylu latach grania nie wypada mieć tyle poweru i chęci do rozwalania publiki. Każdemu, kto próbuje organizować koncert w naszym smutnym kraju, polecam ten zespół jako masakratora.

Podczas krótkiej przerwy na scenę wyszedł najbardziej znany z nowego testamentu gość o imieniu Joszua z czterema apostołami: Janem, Piotrkiem, Judaszem i Jakubem. Taki sielski biblijny obraz burzyły tylko czarne kapturki na ich głowach oraz narzędzia szatana w postaci gitar w łapskach. Jeden gruby apostoł pogmerał coś ze brzmieniem, po czym panowie zdjęli kapturki. Następnie zdołałem się chwycić słupa, który stanowi jedną z głównych atrakcji niesamowitej „Rudery” i przez następne pół godziny powiewałem ochoczo w tornadzie czy też innym tsunami, które to te niepozornie wyglądające postaci biblijne wytwarzały na swych instrumentach. Pod sceną trzy osoby, w całym klubie 40, więc właściwie nie było się, po co napinać, a tu ci zagraniczni panowie ze SVART CROWN dali taki pokaz feelingu, mocy, energii i satanizmu skrajnego wtórnego, że wszyscy obecni, bez wyjątku obijali się o ściany, podłogi i sufity, a headbangingowali nawet mieszkańcy sanockich kamienic z przeciwnej strony ulicy.

Uwielbiam takie koncerty. Małe, kameralne aż do tego stopnia, że odnosisz wrażenie, jakby to była próba, a nie koncert. Wokalista ryczy na ciebie, metr dalej, a pióra dziewcząt i chłopców pod sceną zbijają się w jeden nierozplątywalny kołtun gordyjski. Jeśli do tego dodamy zespoły, które dają takie koncerty, którym się w tak oczywisty sposób chce się tak grać, to czegoż, bracia i siostry w Diable Borucie, można chcieć? No chyba tylko przyjemnego dymanka i wódki? Ale to pierwsze miałem pięć godzin wcześniej, a od drugiego wolę piwo…

A teraz, dla ostudzenia nastroju euforii, jaki nam nastał, coś z zupełnie innej beczki… Kiedy zamieniłem kilka słów z liderem NEOLITH – Grzegorzem i organizatorem trasy – Marcinem z Mythrone Promotion uderzył mnie często poruszany temat frekwencji na koncertach. Smutne jest, że tak rewelacyjne występy są ignorowane przez fanów. W miejscowości Rybnik naszło aż 13 (słownie trzynaście) osób. W dużym mieście i ośrodku akademickim, jakim jest Kraków i w którym co drugi licealista i studencik chadza przebrany za Nergala, jak widać wyłącznie w nadziei odnalezienia swojej drugiej połówki dupy z cyckami, zgromadził 50 (słownie pięćdziesiąt) osób. Mam nadzieję, że jest to już podziemno-gigowe dno, po odbiciu od którego może nastąpić tylko progres. Wstyd i żenada, żebym ja, stary chodził, a młode łebki w tym czasie zapuszczały „pióra” dla lansu…

[John Kramer]