Tag Archives: recenzja

Relacja: FURIA, THAW, SACRILEGIUM, LICHO – 17.11.18 / Warszawa

Opis wydarzenia: Koncert w Warszawie rozpoczynał trasę „Za Ćmą w Dym 2017”, czyli chyba pierwsze „własne” tournee FURII – polskiego necrofolk’owo-rock’owo-black metalowego konceptu, który łączy i dzieli, rozczłonkowuje i spaja, gra metal i zarazem nie gra metalu. Na pewno jednak nie były to pierwsze kroki kapeli w „wielkim świecie”, czego dowodem jest fakt, że koncert organizowało prężnie działające Knock Out Productions, a supportami były kapele, które równie dobrze same mogłyby przewodzić karawanie. Tym ciekawiej zapowiadało się to wydarzenie, które miało także sprawdzić jak FURIA radzi sobie z brzemieniem zespołu rozpoznawalnego.

Organizacja: Nie ma się do czego przyczepić – wszystko przebiegało sprawnie, zespoły instalowały się ekspresowo (oczywiście poza FURIĄ, która zawsze potrzebuje nieco więcej czasu). Wystąpiła tylko jedna awaria podczas końcówki występu LICHA i choć jej naprawianie potrwało 10 minut to nie miało znaczącego wpływu na opóźnienie.

Muzyka: Może was to zaskoczyć, ale LICHO pomimo bardzo fajnego podejścia do grania muzyki oraz odnalezieniu niszy z tzw. „grotowskim black metalem” zaprezentowało się w mojej opinii bardzo, bardzo słabo. Słuchałem już wielu studyjnych kawałków od nich, które po zmianie wokalisty brzmiały „niezachęcająco”, ale po koncertowym zawodzeniu chyba na razie sobie odpuszczę. Przypominało to jednosylabowe przyśpiewki osoby z dychawicą przy ognisku podczas biesiady na ternie słynnych Lasów Pomorza. Ktoś tam pogrywa z tyłu tak dobrze jak umie, żeby zaimponować gotkom, które wybrały się z nimi na biwak w celu konsumpcji piwka Profanum od „Hehemonta”, a przypadkowo wybrany „wokalista” wykrzykuje równie przypadkowo wylosowane słowa z różnych utworów. A że mu nie idzie to krzyczy wk*wiony. I to tyle na temat tego zespołu.

Co do SACRILEGIUM, to miałem gigantyczne obawy czy nie zechcą kontynuować „jakości” LICHA, ponieważ na ich ostatnim koncercie po reaktywacji spędziłem raptem aż dwa kawałki. Żywiłem jednak nadzieję, że tym razem legendy polskiego pogańskiego black metalu mnie nie zawiodą, i… nie zawiedli. Choć nic nie przywróci czasów tej melancholijnej surowości nagrań z 1996 roku, a już na pewno nie nowoczesny sprzęt, który niszczy czar „Wichru”, czy też fakt, że z oryginalnego składu pozostał tylko Saclagus (wokal, gitara), to jednak przyjemnie było przywołać wspomnienia. Na plus przemawiało także to, że kompozycje zespołu, wbrew pozorom, są bardzo „dźwięczne”, co znosi nieco ciężar tekstów, image’u i atmosfery, a podczas fragmentach z czystymi wokalami można nawet sobie nieco pofolgować „śpiewaniem”. Nie było też dla mnie zaskoczeniem, że utwory z ery „Anima Lucifera” będą brzmiały właściwie lepiej od starych numerów, pomimo wydania w 2014 roku reedycji „Wichru”. Ale to i tak dla tego drugiego nagrania przyszło się posłuchać.

THAW, czyli sąsiedzi FURII z Zagłębia Dąbrowskiego, dzielący z nią gitarzystę – Artura Rumińskiego, mieli zaprezentować nieco inne podejście do black metalu od swoich poprzedników. Noise, ambient, a według mnie także doom to domeny zespołu z Sosnowca. Owszem, panowie burzyli ściany, ich muzyka przypomina trochę uderzenia młota w wielkiej, pustej hali fabrycznej okraszone niepokojącymi dźwiękami, ale akurat nigdy to do mnie nie trafiało. Ta forma ekspresji według mnie nie jest zmuszające do refleksji, jak muzyka FURII, niemniej jednak ku mojej uciesze kawałki z nadchodzącej płyty „Grains” jeszcze mocniej wprowadziły THAW w świat doom-post-black metalu. Wolne tempa, hipernisko strojona gitara, niepośpieszna destrukcja. Pomimo tego, że nie znalazłem nic do czego mógłbym wracać po tym koncercie to odczułem jednak „obfitość” i mam poczucie, że zespół będzie się rozwijał.

Jak na pewno niektórzy z was wiedzą, na FURII byłem już bardzo wiele razy. Tym razem jednak wodzony obietnicą nowych numerów (Nihil przyznał, że stara set lista się już przejadła, wcale się nie dziwię) spodziewałem się odrobiny cudów. Będąc bezlitosny… cudów nie było, bo kawałki grane po raz pierwszy np. „Na ciele swym historię mą piszę” czy numery z pierwszych demówek oraz „Martwej Polskiej Jesieni” (i to nie te najbardziej znane) wymagają ogrania, oswojenia – tak i zespołu, jak i słuchaczy. Najlepsze nagłośnienie jakie FURIA kiedykolwiek miała to było te z festiwalu Metal Mine, tutaj zabrakło mi nieco głębi dla gitar, która świetnie by się sprawdziły przy nieco mniej złożonych kawałkach sprzed kilku lat. Czemu? Bo kawałki z „Księżyc Milczy Luty” i „Guido” bronią się same ponieważ już na poziomie kompozycji wpisana jest w nich głębia, naturalność i przestrzeń, przy nagłośnieniu nie trzeba wiele kombinować. To już przecież łagodniejsza faza „necrofolk”.

FURIA konsekwentnie rozbudowuje sceniczny warsztat, gamę zachowań i reakcji. Pojawiają się już zalążki kontaktu z publicznością, aktywnego reagowania, żywiołowości jakiej wcześniej nie było. Widać, że taki tok spraw napędza zespół (wyjąwszy Sarsa, który zawsze stoi niewzruszony) i pozwala się w pewien sposób się rozwijać. Czy we właściwym kierunku, a właściwie to jak rozwijać? Niektórzy zarzucają FURII, że to już hipster metal, my na swoich łamach mieliśmy już kilka osób, które dałyby sobie krocze obciąć byle nie nazywać FURII black metalem, a najlepiej nawet nie metalem. Zachowanie na scenie także wskazywało na zmiany, bo pomimo corpse paintingu, zespół stwarzał wrażenie bardziej ekipy onejromantów, aniżeli poważnych wku*wionych black metalowców. Pytanie do rozważenia: podczas grania starszych kawałków, które traktowało się jeszcze jako black metal, nie zaszła żadna zmiana. Nie było groźnych min, strojów. Dlaczego? Jak tak można? To chyba najdobitniej uderzający w facjatę przykład, że muzykę należy oddzielić od muzyków, którzy wcale nie muszą się czuć tacy, albo inni, nie muszą nawet dobrze się czuć na sali, grając to, a co innego. Ciała za mało? Ciała za dużo?

Podsumowanie: Przy takiej popularności myślę, że nie będzie to ostatnia trasa FURII w roli headlinera, jestem ciekaw dalszego rozwoju nie tylko ich muzyki, ale także tej drugiej strony osobowości, która pozwala „zarabiać” i „istnieć w mass mediach”. Jak to będzie wyglądało dalej w kwestii teatru? Sztuki? Muzyki weselnej? [Vexev]

MOSHERZ Pit Philosophy `17

Nazwa MOSHERZ powinna być nieobca wszystkim wytrwale śledzącym łamy Atmospheric Magazine. Dla przypomnienia owi wrocławscy thrash metalowcy zaatakowali ubiegłej jesieni debiutancką EPką, która obecnie doczekała się wydania na fizycznym nośniku dzięki Goressimo Records.

NOCTEM Haeresis ’16

Walencja atakuje po raz czwarty. Nowa płyta – nowa nadzieja, tylko dla kogo? Dla zespołu z pewnością bo zawsze są nowe marzenia, plany i być może sukcesy. Kibicuję Hiszpanom od lat i w zasadzie nie oczekiwałem po „Hearesis” cholera wie czego, ufałem raczej że się nie zawiodę i tak też się stało. Czwarta płyta NOCTEM przyniosła to, czego należało się spodziewać. Jest to kontynuacja drogi obranej już na debiutanckim krążku „Divinity”, pieczołowicie i konsekwentnie usprawniana i ugruntowywana.

BOTTOM HIPokracja `15

Płyta zwarta, krótka i na temat, wiec i recenzja będzie bez kombinowania. BOTTOM to kapela crossover/thrash z Rogoźnika, z ponad dwudziestoletnim stażem funkcjonowania, garścią materiałów demo i dwoma płytami w dorobku.

BLOODREDSKY A Cross To Bear & Hell To Harness `12

Album „A Cross To Bear & Hell To Harness” przybył do mnie z Finlandii, a wypełniony jest mocnym, gęstym stonerowym graniem. I chociaż formacja BLOODREDSKY nie należy do znanych, to na pewno do wartych polecenia, bowiem brzmienie i wypierd ma na zaiste dobrym poziomie. Co prawda, moim niewiele znaczącym zdaniem, szerszej publiki średniawą okładką do siebie nie zachęcą, ale jeśli ktoś ciekawy, to i tak sięgnie, jako sobie zamierzył.

BLACK PERFUME Histeria `13

Czy chcieliby Państwo posłuchać miodnego, polskiego, nowoczesnego, rockowego grania? Ależ proszę bardzo. Oto „Histeria” ładnie wydany digipack niejakiego BLACK PERFUME, czyli podwórkowy debiutant prezentujący całe pięć utworów pełnych energicznego, mocno chwytliwego i pokazującego pazur gitarowego grania.

MASTERSTROKE Broken `13

Pochodzący z Finlandii zespół MASTERSTROKE istnieje już ponad 10 lat. Ostatni album „Broken” to ich czwarta pełna płyta. To, co na niej znajdziemy, można określić jako niezłą dawkę standardowego, nowoczesnego heavy metalu, zawartą w ośmiu kompozycjach. Muzyka MASTERSTROKE jest prawidłowo, tj. profesjonalnie wyprodukowana i brzmi całkiem dobrze, jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że gdzieś to już było.

SUBLIMINAL FEAR One More Breath `12

Teraz coś dla fanów melodii w death metalu. Pochodzący z Włoch zespół SUBLIMINAL FEAR płytą „One More Breath” może nie burzy zastanego ładu i nie ustala nowej super jakości, ale jakiś pomysł na swoją muzykę ma. Trochę jest to oklepane, a momentami sprawia wrażenie, że zaraz rzygniemy z nadmiaru tych przesłodzonych wokali, jednak przy dużej dozie dobrej woli da się to powstrzymać.

ADIMIRON When Reality Wakes Up `08

„When Reality Wakes Up” to drugi pełny album ADIMIRONdeath-thrashowców z włoskiego buta. Płyta stanowi prawie godzinną podróż w różne zakamarki thrashu, podlanego, mniej lub bardziej, brutalnymi zagrywkami. Na pierwszy rzut ucha są ostre jak siekiera gitary, z ciekawym solo to tu, to tam. Sekcja nawet czasami potrafi, co nieco zaskoczyć ciekawszą partią. Ogólnie nie jest źle.

ATRAPA Atrapa Człowieka `13

W Poznaniu muzycznie dzieje się niemało, a mi się z tych rejonów trafiła taka oto ATRAPA, która na krążku „Atrapa Człowieka” przynosi lekko ponad pół godziny mieszanki thrashu i core’owego czadu. Przyzwoity materiał, z grupy tych, co to wchodzą bez popity, ale odpala się je raczej kilka niezobowiązujących razy, po czym odchodzą w zapomnienie. Bo jest zwyczajnie taki całkiem spoko, ale nie urywa zadu.