Tag Archives: relacja

Relacja: BATUSHKA, OBSCURE SPHINX, ENTROPIA – 28.04.18 / Warszawa

Opis wydarzenia: Trasa „I Pielgrzymka Polska” objęła zasięgiem 6 miast. My wybraliśmy się na ostatni koncert w warszawskiej Progresji, by przekonać się na własne oczy jak brzmi i wygląda owiana złą prawosławną sławą BATUSHKA. Prawie wszystkie poprzedzające daty koncertów zostały wyprzedane, więc i tutaj spodziewaliśmy się tłoku.

Organizacja: Tradycyjnie bez zastrzeżeń.

Muzyka: Swoją przygodę z muzyką tego wieczoru rozpocząłem od występu OBSCURE SPHINX. O ile BATUSHKI jeszcze na żywo nie miałem okazji usłyszeć, o tyle aury zespołu z Warszawy doświadczyłem pewnie już bite 7 razy. I nigdy nie miałem i pewnie nie będę miał dość, bo to co wyprawia się na scenie, to co dociera do słuchaczy i to co dzieje się wtedy w głowie jest niezwykle trudne do opisania. Dla mnie „wizualne show” OBSCURE SPHINX jest wręcz doskonałym odbiciem ich muzyki – jest ascetyczne, ale i żywiołowe. Jest melancholijne (momentami nawet „agresywne”), ale jest też kojące i zarazem pocieszające. Wszystko zależy od momentu, a to dlatego iż wszystkie 3 albumy grupy – najnowsze „Epitaphs”, pośrednie „Void Mother” i najstarsze „Anaesthetic Inhalation Ritual” są niezwykle eklektyczne, skomplikowane.  Mój wniosek po ich koncercie był następujący – zespół zagrał kilka numerów z każdej z płyty, które suma summarum złożyły się na coś w rodzaju „muzycznej synergii”. Ja osobiście czułem, że pomimo tego, że pochodzą z różnych okresów/etapów rozwoju zespołu to… są spójne. Odebrałem je jako całość, przenikliwą całość. Zespół schodził ze sceny wyraźnie wzruszony, więc i oni prawdopodobnie odebrali publiczność dobrze. Warto dodać, że nagłośnienie na ich występie było perfekcyjne – pozwoliło to uwypuklić wszystkie smaczki i tony charakterystycznie strojonych gitar (szczególnie basowej), a także umożliwiło wokalistce zaprezentowanie pełni możliwości. Forma Wielebnej wokalna wzrasta z każdym rokiem.

BATUSHKA to zupełnie inna historia, ocierająca się momentami o statyczny spektakl. Spektakl, bo bogata scenografia, niesamowite wrażenia wizualne. Statyczny, bo aktorzy stali niemalże nieruchomo. Jak pewnie wszyscy wiedzą, BATUSHKA gra to co ma – odgrywa po kolei wszystkie numery z ich pierwszej i pewnie ostatniej płyty „Litourgiya”. Tutaj także nie ma zaskoczeń, słuchacz wchodzi i tak jak na znanych sztukach teatralnych wie co go czeka, zna historie akt po akcie. Jest jednak nadal ciekawy, spragniony nowych wrażeń. Z BATUSHKĄ bywa tak, że jednych niemiłosiernie nudzi, innych niemiłosiernie bawi, a jeszcze innych niemiłosiernie wciąga. Ja starałem się obiektywnie ocenić czy te wszystkie chórki, gadżety, świeczki, rytuały, księgi, ikony, stroje, parawany i inne świecidełka idą w parze z dobrym wykonaniem. No i… idą. Zdecydowanie. Nie można jednak podchodzić do tego jak do „żywiołu”. Sceniczne „show” BATUSHKI także oddaje ducha ich muzyki, wszakże jest to specyficzna forma kontemplacji. Oczywistym jest jednak, że wszystko to jest wydmuszką wymyśloną dla trzepania kasy, co nie zmienia to faktu, że „live performance” BATUSHKI to czysta perfekcja. Muzycznie trochę się przejechałem, bo sądziłem że akcenty prawosławne będą nieco bardziej słyszalne względem typowego black metalowego nak*rwu, ale to też ma swoje zalety jeśli ta muzyka ma trafić także dla fanów prostszego młócenia.

Podsumowanie: Oba występy łączyła wizualna doskonałość – wszystko to co widzieliśmy na scenie było idealnie zsynchronizowane z tym co słyszeliśmy. Progresja pękała oczywiście w szwach, ale było to do przewidzenia. Trudniejsza do przewidzenia była reakcja licznie zgromadzonych słuchaczy, ale także tutaj nie było na co narzekać. Już po występie OBSCURE SPHINX było widać (i słychać), że ludzie są zachwyceni, a dalej było już tylko lepiej. Był to jak dotąd zdecydowanie najciekawszy tegoroczny muzyczny rytuał.

[Vexev]

Relacja: „Metalmania – legenda z przeszłości i teraźniejszości” – 07.04.18 / Katowice (Spodek)

Opis wydarzenia: Metalmania – kultowe wydarzenie na polskiej mapie muzyki ekstremalnej. Druga po reaktywacji (a ogólnie już 24 w historii) edycja miała przynieść zew wspomnień, wspomnień o kultowych latach ’80 czy ’90, ale także o porywczej młodości – zespoły takie jak MEKONG DELTA, XENTRIX, SKYCLAD, EMPEROR już na papierze dawały pewność, że przypływ wspomnień zakręci łezkę w oku nie tylko tych bardziej doświadczonych metalhead’ów. Bardzo dobrą decyzją było też wybranie Jarka Szubrychta na prowadzącego imprezę – jego historyczne anegdotki podkreślały „old-school’owy” charakter wydarzenia.

Organizacja: Metal Mind Productions ponownie stanęło na wysokości zadania i w niemalże perfekcyjny sposób skoordynowało festiwal w obiekcie o tak dużej kubaturze jakim jest katowicki Spodek. Z perspektywy dziennikarza nie mieliśmy właściwie żadnych zastrzeżeń, dostrzegliśmy za to szereg zmian na lepsze – wyznaczenie strefy alkoholowej, swobodne wyjście ze Spodka w oznaczonych miejscach, więcej food truck’ów i stoisk, przydatną strefę dla dziennikarzy, konsekwentne trzymanie się rozpiski czasowej i wiele innych.

Muzyka: Line-up Metalmanii ponownie sprawiał wrażenie wręcz pękającego w szwach, ale przy rozsądnym gospodarowaniu czasem i przyjęciu konkretnego planu działania można było zobaczyć/usłyszeć większość interesujących zespołów. My dotarliśmy już o 13:00 na znajomą kapelę MINETAUR, by potem dotrwać prawie do samiutkiego końca, czyli do BLAZE OF PERDITION (to prawie 13 godzin muzyki, a dla nas także pracy!).

Niemożliwym byłoby opisanie wszystkich kapel, dlatego skoncentruję się na tych, które tego dnia wywarły na nas największe wrażenie. Pierwszym takim zespołem było DEAD CONGREGATION, które zawitało do Polski po dwóch latach przerwy. Grecy, szczególnie grając numery ze świetnego „Promulgation of the Fall”, pokazali że bez nachalnego dopisku „melodic” można grać death metal z wyczuciem, porywając do tańca spore rzesze fanów. Występ na prawdę godny zapamiętania i oczekiwania na ich powrót.

SKYCLAD i XENTRIX również pokazały się z bardzo dobrej strony, ze szczególnym naciskiem ten pierwszy zespół, który w przekroju bardzo konserwatywnego line-up’u wniósł wiele niepowtarzalnych elementów wesołego, nieco beztroskiego folk metalu. Skrzypce w muzyce mają kojącą moc, nie inaczej było tym razem.

Muszę przyznać, że akurat na Drugiej Scenie nie udało się nam obejrzeć zbyt wielu kapel – oczywiście zrzucam to karb faktu, że po prostu brakowało nam czasu na ciągłe przemieszczenie się pomiędzy strefami. Na wyróżnienie jednak zasługują na pewno ALASTOR – za bardzo energetyczny, naładowany pozytywnymi wibracjami występ. Zespół niestety nie doczekał się takiej sławy jak formacja-instytucja KAT, co jednak nie umniejsza rangi wkładu kapeli z Kutna w rozwojów polskiej sceny. Obok nich najlepiej według mnie wypadło VOIDHANGER, które prolongowało „infernal war-ową” tradycję siania totalnego zniszczenia pod schodami, tak samo zresztą jak ANIMA DAMNATA, czyli niejako zapoczątkował popularność ekstremalnego black metalu w Polsce. Nowa płyta pt. „Nefarious Seed Grows to Bring Forth Supremacy of the Beast” brzmiała potężnie, kontynuując doskonałą passę Necrosodoma i spółki. Z drugiej strony, zawiodło mnie RAGEHAMMER, które z każdym rokiem działalności poczyna sobie coraz śmielej w Polsce i za granicą. Może nawet zbyt śmiało, bo nie zapamiętałem zespołu podczas tej edycji, który tak bardzo koncentrowałby się na tańcach, hulankach i swawolach. Muzycznie było jak zwykle w porządku – doświadczyliśmy blitzkriegu, natomiast scenicznie i wizualnie to była przesada.

Wracając i zostając już na głównej scenie, zacznijmy od świetnego występu DESTROYER 666, który po raz kolejny udowodnił, że jest to projekt niemalże koncertowy. Chociaż zabrakło kilku moich ulubionych numerów z płyty „Defiant” to przestrzenna, melodyjna wersja black/thrash metalu zaprezentowana przez Australijczyków niosła się tego dnia echem w całym Spodku. Jeden z najlepszych koncertów tego wieczoru.

Podobne wrażenie wywarła na mnie klasyczna formacja ASPHYX, która wpada teraz do Polski niemalże co roku! Holendrzy pomimo sporego bagażu doświadczeń, który dla większości kapel okazałby się być męczącym balastem, nadal potrafią dzielić się emocjami i swoją wizją death metalowego grania (od 1987, czyli jeszcze przed nadaniem obecnej nazwy).  Poza sztandarowymi hitami takimi jak „Death the Brutal Way” pojawiły się kawałki z najnowszej, wydanej w 2016 roku płyty „Incoming Death”. Warto także dodać, że głos Martin’a van Drunen’a nic, a nic się nie postarzał – wydaje mi się, że Holender brzmi lepiej na żywo niż na płycie.

Tyle dobrego o głosie już nie można niestety powiedzieć w aspekcie występu KATA & ROMANA KOSTRZEWSKIEGO. U pana Romana słychać, że dzikość, głębia głosu zanikła już kilka lat temu, co naturalnie nie wpływało na to, że partie mówione w dwóch najważniejszych numerach tej legendarnej grupy, czyli „Głos z Ciemności” oraz „Łza Dla Cieniów Minionych” brzmiały… tak jak brzmią od 30 lat – przejmująco, hipnotycznie. Tak jak powiedział Jarek Szubrycht: jedni wyśmiewają, inni je wielbią. Na pewno nie można odmówić KATOWI ujmującej, chwytającej za serce atmosfery, tej nieco groteskowej kreacji muzyki. Zresztą fakt, że KAT to tak na prawdę jedyny konkurent dla największych zagranicznych marek w kategorii „old-school’owego” heavy metalu sprawia, że chcąc-niechcąc na tym koncercie trzeba było być, trzeba było to przeżyć. Dodam także, że młoda fala, czyli Michał Laksa (bass), Krzysztof Pistelok (gitara) oraz Jacek Hiro (gitara) zaprezentowała się zjawiskowo, szczególnie w nowszych kawałkach z „Biało-Czarnej”. Połączenie doświadczenia Irka Lotha oraz Romana Kostrzewskiego z werwą i umiejętnościami pozostałej trójki wywarła na mnie największe wrażenie!

Czas na wyczekiwany „grande finale”. Zacznijmy od tego, że osobiście czekałem bardziej na EMPEROR, aniżeli na NAPALM DEATH, jednak ostatecznie to NAPALM DEATH wyszło z tej batalii zwycięsko. Powiem więcej – to był najlepszy występ ze wszystkich na dwóch edycjach Metalmanii po reaktywacji! Weterani z Anglii po prostu kompletnie nie mają litości dla siebie i dla swojej publiczności już od bitych 36 lat! Wokalista Mark „Barney” Greenway pomimo zaawansowanego wieku zaskoczył swoją aktywnością nie jednego młodziana w pogo, a jego dojrzałe, bezkompromisowe komentarze to wisienka na torcie występu tej grindcore’owej formacji. Chapeau bas! Po tym występie przygasł nawet blask EMPERORA, czyli cesarza black metalu. Ihsahn dwoił się i troił, ale numery z nowszych płyt nie brzmiały już tak przejmująco, momentami było w tym zbyt wiele chaosu, ale trzeba oddać, że cesarz wziął i dał to co mu należne, szczególnie na  końcu występu gdy słyszeliśmy numery z okolic „In The Nightside Eclipse”.

Po 1 w nocy zagrała także jedna z moich ulubionych polskich formacji – lubelskie BLAZE OF PERDITION. Do tego momentu dotrwało może 30% słuchaczy, ale bezsprzecznie warto było posłuchać jak na żywo brzmi dzieło zatytułowane „Conscious Darkness”. A brzmi doskonale, więc moje obawy o spadek formy po genialnym „Near Death Revelations” były nieuzasadnione. Co prawda „Into the Void Again” pobite pewnie już nie zostanie, ale na prawdę warto wkroczyć w świat np. „A Glimpse of God” by odkryć co kryje się w umysłach muzyków.

Podsumowanie: To był na prawdę niesamowity, pełen wrażeń i przygód dzień. Od poznania słynnego Christophe’a „Lord Of The Logos” Szpajdel’a, przez niesamowity koncert NAPALM DEATH, po sprzyjającą biesiadzie aurę (piękna pogoda, pełne słońce, aż szkoda że nie było trzeciej sceny na placu przed Spodkiem), wszystko ułożyło się wręcz doskonale, sprawiając że z imprezy owianej dotąd aurą „kultu”, Metalmania jako jedyny festiwal w Polsce (i pewnie na świecie) może obecnie cieszyć się z podwójnej sławy – bycia jednocześnie legendą przeszłości i teraźniejszości!
Życzę organizatorom, czyli Metal Mind Productions by w przyszłym roku było jeszcze lepiej, a sama impreza z okazji swojej jubileuszowej 25-edycji stała się dwudniowa!

[Vexev]

Relacja: IMMOLATION, AZARATH, FULL OF HELL – 15.03.2018 / Warszawa

Opis wydarzenia: Ten wieczór miał być dedykowany muzycznym koneserom, prawdziwym weteranom klasycznego death metalu. Nie dziwi zatem fakt, że (prawie) wszystkie kapele supportujące IMMOLATION także miały tego świadomość solidarnie oddając hołd gwieździe wieczoru. Wymowny będzie tu cytat z MONUMENT OF MISANTROPHY – „We are here to listen to some good old school death metal, aren’t we?”.

Relacja: ROTTING CHRIST, CARACH ANGREN, SVART CROWN – 31.01.2018 / Katowice

Opis wydarzenia: Parafrazując klasyka – na tym świecie pewne są tylko śmierć i podatki oraz fakt, że ROTTING CHRIST przybędzie do Polski w ramach kolejnej trasy koncertowej, bo gdzieżby indziej skoro nad Wisłą ekipa Sakisa jest hołubiona równie mocno co u u siebie w Helladzie. Tym razem Grecy stawili się w międzynarodowym towarzystwie darzonych u nas pewną estymą SVART CROWN oraz CARACH ANGREN, więc chociaż obie ekipy do moich ulubieńców nie należą to decyzja czy końcem stycznia przybyć do Mega Clubu, mogła być tylko jedna.

Relacja: IN YOUR FACE! #10 – 02.12.17 / Łódź

Opis wydarzenia: Była to jubileuszowa X edycja święta metalowego podziemia, niejako podsumowująca 2 lata istnienia cyklu wpie*dolu zwanego In Your Face! Poprzedziliśmy ją m.in. wywiadem z ekipą Support Them All, czyli organizatorami i pomysłodawcami. Jubileusz zaś, był nie byle jaki bo w Łodzi pojawiły się zespoły rozpoznawalne i bardziej markowe niż niejeden dresik z logiem Adidasa. Począwszy od MINETAURA, przez STRAIGHT HATE, po TERRORDOME oczekiwaliśmy najwyższej jakości.

Relacja: FURIA, THAW, SACRILEGIUM, LICHO – 25.11.17 / Katowice

Opis wydarzenia: Aura za oknem coraz bardziej black metalowa nie dziwi więc, że FURIA postanowiła połączyć swoje siły z zespołami podobnej proweniencji, prezentującymi różne oblicza inspirowanego tym rodzajem muzyki grania. Koncertowe okoliczności przyrody pozwalają zweryfikować swoje wrażenia w bezpośrednim kontakcie z muzyczną materią, a ta owego wieczoru zapowiadała się na towar najwyższej jakości.

Relacja: FURIA, THAW, SACRILEGIUM, LICHO – 17.11.18 / Warszawa

Opis wydarzenia: Koncert w Warszawie rozpoczynał trasę „Za Ćmą w Dym 2017”, czyli chyba pierwsze „własne” tournee FURII – polskiego necrofolk’owo-rock’owo-black metalowego konceptu, który łączy i dzieli, rozczłonkowuje i spaja, gra metal i zarazem nie gra metalu. Na pewno jednak nie były to pierwsze kroki kapeli w „wielkim świecie”, czego dowodem jest fakt, że koncert organizowało prężnie działające Knock Out Productions, a supportami były kapele, które równie dobrze same mogłyby przewodzić karawanie. Tym ciekawiej zapowiadało się to wydarzenie, które miało także sprawdzić jak FURIA radzi sobie z brzemieniem zespołu rozpoznawalnego.

Organizacja: Nie ma się do czego przyczepić – wszystko przebiegało sprawnie, zespoły instalowały się ekspresowo (oczywiście poza FURIĄ, która zawsze potrzebuje nieco więcej czasu). Wystąpiła tylko jedna awaria podczas końcówki występu LICHA i choć jej naprawianie potrwało 10 minut to nie miało znaczącego wpływu na opóźnienie.

Muzyka: Może was to zaskoczyć, ale LICHO pomimo bardzo fajnego podejścia do grania muzyki oraz odnalezieniu niszy z tzw. „grotowskim black metalem” zaprezentowało się w mojej opinii bardzo, bardzo słabo. Słuchałem już wielu studyjnych kawałków od nich, które po zmianie wokalisty brzmiały „niezachęcająco”, ale po koncertowym zawodzeniu chyba na razie sobie odpuszczę. Przypominało to jednosylabowe przyśpiewki osoby z dychawicą przy ognisku podczas biesiady na ternie słynnych Lasów Pomorza. Ktoś tam pogrywa z tyłu tak dobrze jak umie, żeby zaimponować gotkom, które wybrały się z nimi na biwak w celu konsumpcji piwka Profanum od „Hehemonta”, a przypadkowo wybrany „wokalista” wykrzykuje równie przypadkowo wylosowane słowa z różnych utworów. A że mu nie idzie to krzyczy wk*wiony. I to tyle na temat tego zespołu.

Co do SACRILEGIUM, to miałem gigantyczne obawy czy nie zechcą kontynuować „jakości” LICHA, ponieważ na ich ostatnim koncercie po reaktywacji spędziłem raptem aż dwa kawałki. Żywiłem jednak nadzieję, że tym razem legendy polskiego pogańskiego black metalu mnie nie zawiodą, i… nie zawiedli. Choć nic nie przywróci czasów tej melancholijnej surowości nagrań z 1996 roku, a już na pewno nie nowoczesny sprzęt, który niszczy czar „Wichru”, czy też fakt, że z oryginalnego składu pozostał tylko Saclagus (wokal, gitara), to jednak przyjemnie było przywołać wspomnienia. Na plus przemawiało także to, że kompozycje zespołu, wbrew pozorom, są bardzo „dźwięczne”, co znosi nieco ciężar tekstów, image’u i atmosfery, a podczas fragmentach z czystymi wokalami można nawet sobie nieco pofolgować „śpiewaniem”. Nie było też dla mnie zaskoczeniem, że utwory z ery „Anima Lucifera” będą brzmiały właściwie lepiej od starych numerów, pomimo wydania w 2014 roku reedycji „Wichru”. Ale to i tak dla tego drugiego nagrania przyszło się posłuchać.

THAW, czyli sąsiedzi FURII z Zagłębia Dąbrowskiego, dzielący z nią gitarzystę – Artura Rumińskiego, mieli zaprezentować nieco inne podejście do black metalu od swoich poprzedników. Noise, ambient, a według mnie także doom to domeny zespołu z Sosnowca. Owszem, panowie burzyli ściany, ich muzyka przypomina trochę uderzenia młota w wielkiej, pustej hali fabrycznej okraszone niepokojącymi dźwiękami, ale akurat nigdy to do mnie nie trafiało. Ta forma ekspresji według mnie nie jest zmuszające do refleksji, jak muzyka FURII, niemniej jednak ku mojej uciesze kawałki z nadchodzącej płyty „Grains” jeszcze mocniej wprowadziły THAW w świat doom-post-black metalu. Wolne tempa, hipernisko strojona gitara, niepośpieszna destrukcja. Pomimo tego, że nie znalazłem nic do czego mógłbym wracać po tym koncercie to odczułem jednak „obfitość” i mam poczucie, że zespół będzie się rozwijał.

Jak na pewno niektórzy z was wiedzą, na FURII byłem już bardzo wiele razy. Tym razem jednak wodzony obietnicą nowych numerów (Nihil przyznał, że stara set lista się już przejadła, wcale się nie dziwię) spodziewałem się odrobiny cudów. Będąc bezlitosny… cudów nie było, bo kawałki grane po raz pierwszy np. „Na ciele swym historię mą piszę” czy numery z pierwszych demówek oraz „Martwej Polskiej Jesieni” (i to nie te najbardziej znane) wymagają ogrania, oswojenia – tak i zespołu, jak i słuchaczy. Najlepsze nagłośnienie jakie FURIA kiedykolwiek miała to było te z festiwalu Metal Mine, tutaj zabrakło mi nieco głębi dla gitar, która świetnie by się sprawdziły przy nieco mniej złożonych kawałkach sprzed kilku lat. Czemu? Bo kawałki z „Księżyc Milczy Luty” i „Guido” bronią się same ponieważ już na poziomie kompozycji wpisana jest w nich głębia, naturalność i przestrzeń, przy nagłośnieniu nie trzeba wiele kombinować. To już przecież łagodniejsza faza „necrofolk”.

FURIA konsekwentnie rozbudowuje sceniczny warsztat, gamę zachowań i reakcji. Pojawiają się już zalążki kontaktu z publicznością, aktywnego reagowania, żywiołowości jakiej wcześniej nie było. Widać, że taki tok spraw napędza zespół (wyjąwszy Sarsa, który zawsze stoi niewzruszony) i pozwala się w pewien sposób się rozwijać. Czy we właściwym kierunku, a właściwie to jak rozwijać? Niektórzy zarzucają FURII, że to już hipster metal, my na swoich łamach mieliśmy już kilka osób, które dałyby sobie krocze obciąć byle nie nazywać FURII black metalem, a najlepiej nawet nie metalem. Zachowanie na scenie także wskazywało na zmiany, bo pomimo corpse paintingu, zespół stwarzał wrażenie bardziej ekipy onejromantów, aniżeli poważnych wku*wionych black metalowców. Pytanie do rozważenia: podczas grania starszych kawałków, które traktowało się jeszcze jako black metal, nie zaszła żadna zmiana. Nie było groźnych min, strojów. Dlaczego? Jak tak można? To chyba najdobitniej uderzający w facjatę przykład, że muzykę należy oddzielić od muzyków, którzy wcale nie muszą się czuć tacy, albo inni, nie muszą nawet dobrze się czuć na sali, grając to, a co innego. Ciała za mało? Ciała za dużo?

Podsumowanie: Przy takiej popularności myślę, że nie będzie to ostatnia trasa FURII w roli headlinera, jestem ciekaw dalszego rozwoju nie tylko ich muzyki, ale także tej drugiej strony osobowości, która pozwala „zarabiać” i „istnieć w mass mediach”. Jak to będzie wyglądało dalej w kwestii teatru? Sztuki? Muzyki weselnej? [Vexev]

Relacja: Świński Fest 2 – 18.11.17 / Gdańsk

Kto grał: ANAL TETRIS, MOSZNA, KLASZCZĄCE PIEROGI, ANUS MAGULO, ZACHLAPANY SZCZYPIOR, FETOR, NUCLEAR VOMIT.

Relacja: MAYHEM, ASPHYX, DRAGGED INTO SUNLIGHT, DEUS MORTEM, CENTURION, THUNDERWAR – 21.10.17 / Warszawa

Możecie wierzyć bądź nie, ale każdy koncert da się podzielić ze względu na „typ uczty” (lub jej braku): ucztę dla oczu, ucztę dla uszu oraz ucztę dla duszy. Warianty mogą się wzajemnie uzupełniać, ale także wykluczać.

Relacja: MAYHEM, DRAGGED INTO SUNLIGHT, DEUS MORTEM, CENTURION, THUNDERWAR – 20.10.17 / Katowice

MAYHEM nie wywołuje już wśród fanów takich emocji jak kiedyś, ale ponieważ większość z nas, niczym inżynier Mamoń najbardziej lubi te piosenki, które już zna to kolejna sposobność do skonfrontowania się z zawartością „De Mysteriis Dom Sathanas” okazała się nie do pogardzenia. Z kolei zestaw zaproszonych supportów sugerował, że będzie się działo, nie tylko podczas odgrywania „Freezing Moon” i pozostałych klasyków.