Archiwa tagu: relation

[Relacja] DRACONIAN, HARAKIRI FOR THE SKY, SOJOURNER – 18.01.2019 / Warszawa

Opis wydarzenia: Piątek, piąteczek, piątunio. Nic tak nie wprowadza w dobry nastrój jak rozpoczęcie weekendu metalowym koncertem. No chyba, że jest to podwyżka, zimne piwo, premia, urlop… ok, masa rzeczy może wprowadzić w dobry humor ale w moim TOP 10 z pewnością jedną ze szczytowych pozycji jest właśnie metalowy koncert. 5 minut do fajrantu a ja już siedzę w kurtce i czapce. Wszystko zaplanowane idealnie, nie ma szans na spóźnienie. Tramwaj, przesiadka na autobus i oto jestem – punktualnie! Wchodząc do Progresji zawsze zaciągam się głęboko tym klubowym powietrzem, jakbym wracał w utęsknione Bieszczady gdzie odnajduję spokój i zregeneruję skołatane nerwy. Wybrzmiewanie instrumentów w górnej sali podczas prób dźwięku koi mnie bardziej niż Chopin. Oho, nie ma biletów kolekcjonerskich? Smutek, bo zawsze to fajna pamiątka, ale odbiję sobie na merch’u. Pogrążony w myślach od jakiego piwa zacznę wieczór, obrałem kierunek na szatnię i nagle niczym uderzenie młotem Thora w potylicę – nie mam ze sobą gotówki! Od momentu ogłoszenia wydarzenia – czyli jakoś od października – wyczekiwałem tego koncertu jak gwiazdki. Nie pozwolę żeby taka drobnostka zepsuła w najmniejszym stopniu ten wieczór. Z piwem i w kurtce udałem się pod scenę bo swój występ właśnie zaczął pochodzący ze Szwecji i Nowej Zelandii SOJOURNER.

Organizacja: Bez zastrzeżeń.

Muzyka: Nieznany mi do tej pory zespół porwał mnie swoim tolkienowskim klimatem. Płynąłem łodzią przez rzeki, doliny i góry na których szczytach widniały ruiny zamków dawnych, znamienitych rodów. SOJOURNER określa swoją muzykę jako epicko-atmosferyczny black metal. Ja odnalazłem tu również wyraźne wpływy folku. Chropowaty, gardłowy głos wokalisty Emilio nadawał chłodnego, skandynawskiego sznytu zaś łagodny i melodyjny śpiew gitarzystki Chloe Bray wprowadzał baśniowy klimat. Na pochwałę zasługuje zróżnicowanie kompozycji. Pianino, różnego rodzaju przeszkadzajki (flet, skrzypce ect.), wokale o których już wspomniałem. Nie zabrakło solówek gitarowych, blastów. To była spokojna, chwilami burzliwa, jednak świetna podróż. Jak na otwierający zespół, SOJOURNER zgromadził pod sceną sporą liczbę osób. Frekwencja do końca nie malała, a ludzi tylko przybywało.

HARAKIRI FOR THE SKY zawsze kojarzyli mi się z screamo toteż unikałem ich twórczości przez długi czas. Tym razem przyszedł jednak moment aby skonfrontować się z twórczością Austriaków. Gatunek duetu określany jest jako post-black metal. Ja jednak bardziej skłaniałbym się w zakwalifikowaniu go jako melodic-black metal. Długie, nieskomplikowane jednak chwytliwe kompozycje potrafiły przyjemnie rozbujać i wprowadzić słuchacza w trans. Warszawski koncert udowodnił mi, że zupełnie niesłusznie skazywałem zespół na straty i powinienem nadrobić zaległości.

DRACONIAN zainteresowałem się dosyć niedawno za sprawą ich ostatniego krążka “Sovran” z 2015, którym z gothic metalu poszli już zdecydowanie w kierunku death doom metalu. Pierwsze wzmianki o tym zespole dotarły do mnie dzięki rewelacyjnemu, solowemu projektowi ich gitarzysty Johanowi Ericsonowi – DOOM:VS. Wcześniejsze wydawnictwa szwedów wprawdzie z naleciałościami doom, były jednak dla mnie zbyt przesiąknięte gotykiem co skutecznie trzymało mnie na dystans. Wracając do mojego deficytu gotówki – brak szatni byłem w stanie przeboleć. Jednak kiedy na merch’u zobaczyłem album “Dead Words Speak” wspomnianego przed chwilą DOOM:VS – coś we mnie pękło. W akcie desperacji “przekoczowałem” pod barem parenaście minut i gdy tylko widziałem, że ktoś zamierza płacić gotówką oferowałem zapłacenie kartą w zamian za tę samą kwotę w drobnych lub papierku. Niezwłocznie tłumaczyłem, że to żaden chwyt, po prostu ochrona nie chce mnie nawet wypuścić do bankomatu na pobliskiej stacji – bezpieczeństwo przede wszystkim. Tym oto sposobem pozbyłem się zbędnego bagażu w postaci kurtki oraz zdobyłem upragniony album. Tyle offtop’u – może ten patent uratuje komuś wieczór –  wracamy do gwiazdy wieczoru.

Pomimo, że zespół w 2015 opuścił basista Fredrik Johansson, DRACONIAN nadal korzysta z usług sesyjnego muzyka w postaci Daniela Änghede. Z powodów osobistych na trasę nie wyruszył Jerry Torstensson, dlatego w jego zastępstwie za perkusją zasiadł Daniel Johansson z black-metalowego WORMWOOD. W setliście przeważały numery z najnowszego wydawnictwa, co bardzo mnie ucieszyło. Wszystko zostało odegrane perfekcyjnie. Wokalistka Heike Langhans oraz wokalista Anders Jacobsson wkładali wiele emocji w swój występ. Andres momentami może aż za nadto ponieważ zdarzało mu się tracić ‘wyczucie’ mikrofonu, przez co jego głos chwilami zanikał, zaś w piosence “Stellar Tombs” zdarzyła mu się drobna wpadka, kiedy za wcześniej chciał wejść z drugą zwrotką. Mimo tego potknięcia oraz zmian personalnych, koncert uważam za bardzo udany. Rozczarowującym był jednak fakt, że pomimo długich owacji publiczności, zespół nie zdecydował się na bis.

Podsumowanie: Gatunek death doom metalu przeżywał ostatnimi czasy trudny okres. Na szczęście przekonuje się do niego coraz więcej ekip a i stare gwardie (patrz PARADISE LOST) zauważają, że głód fanów jest ogromny, przez co wracają do swoich korzeni. Miejmy nadzieję, że stan takich rzeczy się utrzyma, a nasza słowiańska ziemia stanie się kolebką podobnych formacji.

[Mork]

previous arrow
next arrow
previous arrownext arrow
Slider

 

Relacja z KO Tour: DECAPITATED, FRONTSIDE, VIRGIN SNATCH, DROWN MY DAY – 30.11.18 / Warszawa

Opis wydarzenia: Co to był za koncert! A kto nie był ten trąba i o! 4 zespoły, z czego 3 w tym roku miały premiery swoich nowych albumów studyjnych. Chyba w głównej mierze właśnie to oraz fakt, że na scenie miały prezentować się wyłącznie polskie kapele sprawił, że prosto z pracy popędziłem przez pół miasta do warszawskiej Progresji. A wiecie z pewnością jak wygląda stolica w godzinach szczytu? No właśnie. Nic to, komunikacja tłoczna ale w całym tym ścisku szło się przynajmniej ogrzać w ten mroźny, grudniowy wieczór. I jakoś tak przyjemniej na sercu się robiło, że jeszcze trochę, jeszcze chwila i będę grzał ducha i ciało. Ducha ognistą muzyką, ciało ognistą wodą. Ciekawiło mnie jak będzie z frekwencją. Czy koniecznie potrzebujemy zagranicznej gwiazdy w postaci headlinera, która odwiedza nasz kraj raz na kilka lat, żeby wybrać się na koncert? Czy duch metalowej braci tli się lub zgasł już kompletnie? Nikt nie chłonie samego klimatu miejsca, chwili? Nie wracają wspomnienia i uczucie, że jest się we właściwym miejscu, wśród właściwych ludzi? Wszystkie obawy zostały rozwiane w momencie przekroczenia progu klubu.

Organizacja: Knock Out Productions już dawno stało się synonimem szwajcarskiego zegarka – wszystko chodzi niezawodnie, bez zarzutu.

Muzyka: Na miejsce dotarłem przed czasem.18:00, a na miejscu krząta się już pokaźna gromadka ludzi – jak na tak wczesną porę rzecz jasna. Pierwszy zespół – DROWN MY DAY – rozpoczął koncert z lekkim, bo niecałym 10 minutowym opóźnieniem. Grupę widziałem wiele (tj. 4) lat temu. Już wtedy zrobili na mnie bardzo dobre wrażenie i byłem zaskoczony informacją, że dopiero tydzień temu wydali swój drugi album. Cóż, nie ilość a jakość się liczy! Panowie od początku do końca swojej obecności na scenie uderzali solidną dawką deathcore’u z wyraźnymi wpływami djent’u. Publika szybko poczuła bijącą od wokalisty ze sceny energię i w ten sposób pojawił się pierwszy circle pit. DROWN MY DAY w pełni wywiązał się z roli „otwieracza” rozgrzewając publikę. Brakowało mi tylko większego zaangażowania i kontaktu z publiką ze strony pozostałych członków zespołu. Ciężko wymagać tego od perkusisty, który przygwożdżony jest do zestawu perkusyjnego, jednak reszta składu sprawiała wrażenie stremowanych lub za bardzo skupionych na tym, co dzieje się wyłącznie na gryfie gitary. Niemniej występ jak najbardziej na plus i oby na kolejny album nie trzeba było czekać 5 lat.

Chwila przerwy i na scenie zainstalował się kolejny zespół. Jeśli DROWN MY DAY rozgrzał publikę, to VIRGIN SNATCH (nie mylić z inną polską VIRGIN!) sprawił, że ta aż kipiała. Zespół obyciem scenicznym nie odstawał od gwiazd wieczoru. Pomimo, że wszyscy zgromadzeni pod sceną żywiołowo reagowali na każdy kolejny numer, wokalista grupy postanowił wycisnąć z fanów jeszcze więcej. Przeskakując barierki i dołączając do pogo pokazał „jak to się robi”. Niezwykle żywiołowy występ, ale czego innego można się spodziewać po thrash metalu na światowym poziomie?

Nadszedł czas na pierwszy z dwóch głównych występów dzisiejszego wieczoru. Technicy zaczęli usuwać sprzęt supportów, robiąc miejsce na dekoracje. Scena zaczęła zapełniać się grafikami charakterystycznej okładki „Zmartwychwstanie”. Na sali zaczęło robić się naprawdę tłoczno i jasnym było, na kogo czeka większość zebranych dziś w Progresji. Jeśli ktoś myślał, że FRONTSIDE przechodzi kryzys wieku średniego, to tego wieczoru został szybko wyprowadzony z błędu. Po dwóch, znacznie lżejszych, rockowych albumach, zespół wrócił na właściwy tor. Gromadząca się energia wreszcie eksplodowała. Pod sceną ogień. Na playliście przeważały numery z wydanego w tym roku „Zmartwychwstanie”, jednak nie mogło oczywiście zabraknąć takich hitów jak „Naszym przeznaczeniem jest płonąć”, „Wspomnienia jak relikwie” czy „Granice rozsądku”. Byłem zaskoczony brakiem któregokolwiek utworu z dwóch poprzednich płyt tj. „Prawie martwy” i „Sprawa jest osobista”, które były ciekawym epizodem w historii zespołu i uważam, że wnoszą urozmaicenie w twórczości FRONTSIDE (aspekt zawsze mile przeze mnie widziany w występach jakiejkolwiek kapeli). Na bis poleciała jednak „Legenda” co pokazało, że zespół nie odcina się całkowicie od swojej, przez niektórych uważanej jako mało chwalebnej, niedalekiej przeszłości. Apetyt fanów grupy został w pełni zaspokojony. Skandowanie nazwy zespołu między numerami, wspólne śpiewanie piosenek – takich występów może sobie życzyć każdy artysta.

DECAPITATED gościł niedawno na deskach Progresji przy okazji pełnienia roli supportu MESHUGGAH. Jednak 30 minut występu ledwo rozbudziło apetyt na więcej. Zespół postawił tego wieczoru kropkę nad „i”, uświetniając swoim występem i tak rewelacyjną już imprezę. Przeważały kompozycje z najnowszego „Anticult” oraz „Blood Mantra”. Z poprzednich wydawnictw pojawił się jedynie „Spheres of Madness” z „Nihility”. Byłem pełen obaw, że i tym razem zespół nie wykona „Blood Mantra”,  jednak na całe szczęście zachował go na bis. Nie mógłbym prosić o więcej.

Podsumowanie: KO Tour znów przypomniało, że polski metal ma się świetnie. Polskie zespoły wciąż potrafią zapełniać duże kluby a fakt, że obok starej gwardii pojawiają się wciąż młode formacje jest niezwykle budujący. Można spać spokojnie.

previous arrow
next arrow
previous arrownext arrow
Slider

 

Relacja z IHSAHN, NE OBLIVISCARIS, ASTROSAUR – 14.11.18 / Warszawa

Opis wydarzenia: Spotkało mnie to niewyobrażalne nieszczęście, że nie mogłem pojawić się na tegorocznej Metalmanii. No i jedyna szansa zobaczenia na żywo EMPEROR w naszym pięknym kraju przepadła. Nawet nie łudziłem się myślą, że odbiję sobie koncert gdzieś za granicą. Zawsze są ważniejsze wydatki i plany spełzają na niczym. Znów czekać 19 lat? Życzę Norwegom jak najlepiej, ale wydaje mi się, że po takiej próbie czasu forma może być już naprawdę nie ta. Wkrótce jednak nastąpiło otarcie łez – IHSAHN ze swoim solowym projektem zawitał do Warszawy w ramach festiwalu Prog in Park II. Emocje po takim wydarzeniu jeszcze w pełni mi nie opadły a tu niespodzianka – po niecałej, półrocznej przerwie, w ramach trasy koncertowej frontman „Imperatora” postanowił ponownie nawiedzić Polskę.

Organizacja: Bez żadnych zastrzeżeń.

Muzyka: Przyznam, że byłem bardzo ciekaw jak po tak krótkim odstępie czasu, koncert na własnej trasie wypadnie w konfrontacji z występem na festiwalu na którym (nie umniejszając) nie było się jednak headlinerem. Z wielką ekscytacją, ale również z lekkim niepokojem, postanowiłem to sprawdzić. Skąd niepokój? Ano stąd, że nie chciałem aby jakakolwiek rysa pojawiła się na obrazie wspomnień, jaki stworzyłem sobie po sierpniowym widowisku w Progresji.

Niestety z powodu korków, na miejsce dotarłem trochę spóźniony. Mniej więcej w połowie występu pierwszej kapeli – ASTROSAUR. Prawdopodobnie w dużej mierze z racji, że wydarzenie miało miejsce w środku tygodnia oraz, że główna gwiazda gościła u nas nie tak dawno – frekwencja w Progresji była dość kameralna. Pod sceną, która została przesunięta do przodu co zrekompensowało wrażenie pustki, zgromadziła się już garstka osób. Nie da się ukryć, że muzyka stoner ma ostatnio swój czas. Nowe kapele rosną jak grzyby po deszczu, a i samych festiwali tematycznych coraz więcej. Powiem szczerze – bokiem mi już wychodzi takie granie, a zwłaszcza to instrumentalne, które jest wtórne jak wieczorny kebab w przydworcowej budzie – kapusta, wieprzowina, sos czosnkowy, NASTĘPNY! Norweskie trio jednak wyróżnia się na tle tej masówki. Znajdziemy tu wpływy muzyki post, progresywnej oraz awangardy. Długie, wyłącznie instrumentalne, kompozycje pozwoliły na zagranie raptem 4 utworów jednak z racji na rozbudowane partie ani przez chwilę nie powiało nudą. Panowie z Oslo mają na swoim koncie póki co debiutancki album z 2017 roku, ale trzeba przyznać, że jak na debiut to szybko nabrali wiatru w żagle. Oby tak dalej!

Okazało się, że nie tylko gwiazda wieczoru była tą wyczekiwaną grupą. NE OBLIVISCARIS jeszcze przed rozpoczęciem występu zgromadzili pod sceną zdecydowaną większość (jeśli nie całość) ludzi obecnych w warszawskiej Progresji. Australijczycy uderzyli solidną dawką progresywnego, melodyjnego metalu skupiając się na swoim najnowszym wydawnictwie z 2017 roku „Urn”. Energia i żywiołowość gościła na scenie do samego końca. Przyznam, że nie jest to moje granie i o samym zespole wcześniej nie słyszałem wiele, jednak nie sposób odmówić im doskonałego warsztatu oraz rozbudowanych, dopieszczonych w najmniejszych detalach, utworów. Z jednej strony mamy growle i screamy Xenoyra wraz z ciężkimi, przesterowanymi gitarami, z drugiej zaś skrzypce i czysto-wokalne partie Tim’a Charles’a. Wszystko to przeplata się ze sobą w rytmie nieregularnej perkusji z podwójną stopą i blastami. Znalazło się tu także miejsce na akustyczno-gitarowe partie, solówki wszystkich instrumentów, w tym także skrzypiec. Z opisu brzmi to jak przesyt, jednak ani na chwilę nie odniosłem takiego wrażenia. Wszystko jest bardzo spójne – nic dodać, nic ująć. NE OBLIVISCARIS zakończyło koncert swoim największym hitem „And Plague Flowers the Kaleidoscope” z debiutanckiego krążka z 2012 i w głośnych owacjach publiczności opuścili scenę.

Nadszedł czas na gwóźdź programu. Było mi trochę głupio ze względu na frekwencję pod sceną, bo muzyk z taką renomą zasługuje na znacznie więcej. Z głośników rozbrzmiał “Jump” VAN HALEN, który, jak się okazało, pełnił rolę intro. Jeszcze w jego trakcie na scenie zaczęli pojawiać się kolejni muzycy (niespodzianka – w zastępstwie na gitarze członek ASTROSAUR) i po chwili rozbrzmiał charakterystyczny motyw z „Lend Me The Eyes Of Millennia”. Czy to za sprawą wyprzedanych płyt na trasie, ostatnim już koncertem czy po prostu szczerą sympatią do ludzi obecnych pod sceną i okrzykami witającymi artystę od pierwszych sekund na scenie – IHSAHN sprawiał wrażenie rozpromienionego. Pomimo wydania w tym roku nowej płyty „Àmr” utwory z tego wydawnictwa były w zdecydowanej mniejszości. Przeważały kawałki z dwóch poprzednich krążków tj. „Arktis” i „Das Seelenbrechen”. Porywający „Mass Darkness”, który stał już się chyba największym szlagierem artysty, oraz klimatyczny i rewelacyjnie wykonany „Pulse” były dla mnie „the best of” tego koncertu co nie oznacza, że brakowało czegoś takim piosenkom jak „Arcana Imperii”, „Until I Too Dissolve” czy „My Heart Is Of The North” których nie mogło zabraknąć w setliście. Z racji braku gościnnie na wokalu Einara Solberga z LEPROUS, nie liczyłem na wykonanie “Celestial Violence” a tu niespodzianka! To niewyobrażalnie trudne zadanie dorównać wokalnie rewelacyjnemu Einarowi i nie będę kłamał, że IHSAHNOWI się to udało. Jednak mieściło się to w granicach dobrego smaku i pomimo kilku potknięć w wymagających wyciągnięciach – z przyjemnością wysłuchałem całej kompozycji i jestem pełen podziwu umiejętnościom wokalnym lidera EMPEROR. Po takim występie nie mogło być mowy o braku bisu podczas którego muzyk powrócił do utworów aż z 2010 roku.

Podsumowanie: Uśmiechnięty IHSAHN powiedział, że po 19-letniej przerwie w koncertowaniu w naszym kraju ma nadzieję, że ostatnimi częstymi występami wynagrodził nam to. Jak najbardziej Panie Vegard. Zapraszamy jak najczęściej!

[Charles Sin]

previous arrow
next arrow
previous arrownext arrow
Slider

 

Fotorelacja z koncertu WATAIN, ROTTING CHRIST i PROFANATICA z warszawskiej Progresji – 04.11.18

Dzisiaj prezentujemy wam zdjęcia z niewątpliwie niesamowite wydarzenia jakim był koncert wchodzący w skład trasy koncertowej „Trident’s Curse European Tour 2018” WATAIN w warszawskim klubie Progresja. Czytaj dalej Fotorelacja z koncertu WATAIN, ROTTING CHRIST i PROFANATICA z warszawskiej Progresji – 04.11.18

Relacja i zdjęcia z festiwalu Niech Cisza Milczy VII – 18.08.18 / Pyskowice-Dzierżno

Opis wydarzenia: Są takie dni, na które czeka się cały rok. Pamiętacie zapach mandarynek w święta Bożego Narodzenia albo zapach czekoladowego zajączka na Wielkanoc i tę niesamowitą atmosferę, która wtedy panuje przy świątecznym stole? To zapomnijcie i wypierzcie sobie porządnie głowy w smole bo festiwal Niech Cisza Milczy to nie rurki z kremem – to raczej piekielnie relaksujące święto metalu.  Po 6 edycjach, czyli 6 latach ciężkiej pracy w Pyskowicach-Dzierżnie pojawiło się jak zwykle sześć kapel z OBSCURE SPHINX na czele.

Czytaj dalej Relacja i zdjęcia z festiwalu Niech Cisza Milczy VII – 18.08.18 / Pyskowice-Dzierżno

Relacja z Prog In Park II: IHSAHN, LEPROUS, ANATHEMA – 18.08.18 / Warszawa

Opis wydarzenia: Gdy tak teraz o tym myślę, to moja obecność na pierwszej edycji Prog In Park była bardzo spontanicznym zrywem. Wspominając tamtejszy line-up dziwię się sam sobie, że nie wyczekiwałem tego wydarzenia niczym 6-letnie dziecko bożonarodzeniowej gwiazdki. Z czystą kartą życzeń i oczekiwań zostałem bardzo mile zaskoczony i dziękowałem losowi, że doprowadził mnie w to miejsce. Jasnym było, że w nadchodzącym roku Prog In Park II będzie dla mnie jednym z „must be”. I tak to jest, że gdy człowiek na coś bardzo czeka, snuje plany i nadzieje, to życie z dziką rozkoszą potrafi z niego zadrwić. Czytaj dalej Relacja z Prog In Park II: IHSAHN, LEPROUS, ANATHEMA – 18.08.18 / Warszawa

Relacja: Into The Void Night: HEGEMONE, PROCH, DEATH HAS SPOKEN, CHIMERA – 09.06.18 / Warszawa

Opis wydarzenia: Rzadko bywamy na tak podziemnych wydarzenia, ale niezwykle ciekawy skład (żadna ekipa poza CHIMERĄ nie bywa za często w Warszawie) oraz chęć zobaczenia co zaserwuje nam nowy gracz na rynku booker’ów ostatecznie skusiła nas na wizytę w pubie 2Koła. Lokalizacja zresztą okazała się być bajkowa, bo miejscówka znajduje się jakieś 100 metrów od dworca Zachodniego.

Czytaj dalej Relacja: Into The Void Night: HEGEMONE, PROCH, DEATH HAS SPOKEN, CHIMERA – 09.06.18 / Warszawa

Relacja: „Metalmania – legenda z przeszłości i teraźniejszości” – 07.04.18 / Katowice (Spodek)

Opis wydarzenia: Metalmania – kultowe wydarzenie na polskiej mapie muzyki ekstremalnej. Druga po reaktywacji (a ogólnie już 24 w historii) edycja miała przynieść zew wspomnień, wspomnień o kultowych latach ’80 czy ’90, ale także o porywczej młodości – zespoły takie jak MEKONG DELTA, XENTRIX, SKYCLAD, EMPEROR już na papierze dawały pewność, że przypływ wspomnień zakręci łezkę w oku nie tylko tych bardziej doświadczonych metalhead’ów. Bardzo dobrą decyzją było też wybranie Jarka Szubrychta na prowadzącego imprezę – jego historyczne anegdotki podkreślały „old-school’owy” charakter wydarzenia.

Czytaj dalej Relacja: „Metalmania – legenda z przeszłości i teraźniejszości” – 07.04.18 / Katowice (Spodek)

Relacja: IMMOLATION, AZARATH, FULL OF HELL – 15.03.2018 / Warszawa

Opis wydarzenia: Ten wieczór miał być dedykowany muzycznym koneserom, prawdziwym weteranom klasycznego death metalu. Nie dziwi zatem fakt, że (prawie) wszystkie kapele supportujące IMMOLATION także miały tego świadomość solidarnie oddając hołd gwieździe wieczoru. Wymowny będzie tu cytat z MONUMENT OF MISANTROPHY – „We are here to listen to some good old school death metal, aren’t we?”.

Czytaj dalej Relacja: IMMOLATION, AZARATH, FULL OF HELL – 15.03.2018 / Warszawa