THE AMENTA Flesh Is Heir `13

Australijski, niszczycielski humanoid powrócił. Z nowym wokalistą i impetem godnym najazdu Tatarów. Zawsze ceniłem muzykę THE AMENTY za umiejętność mieszania brutalnego, nisko-strojonego deathu z iście katakumbowo-grobowym industrialem, łączącym w sobie sporą ilość noise’u, nieco gore’u i całe połacia muzycznego spustoszenia. W ostatnich latach nastąpiła jednak zmiana wokalisty, co wydawało mi się wyjątkowo niewłaściwym posunięciem. M.in. ze względu na… przyzwyczajenie i niemożność wpasowania w tak brutalną muzykę, innego głosu.

Jednakże już na pierwszych, wstępnych EPkach, z nowym głosem, doznałem szoku. Wokalista jest bowiem, jeśli nie równie dobry, to nawet lepszy – ma kaźń, furię i nienawiść w głosie. Wspina się na szaleńcze, rozpaczliwe w barwie, tonacje by za moment ryknąć głębokim growlem, który jest jednak (w porównaniu do poprzednich płyt) nieco bardziej wtopiony w pracę gitar, aliści jest to zmiana bezdyskusyjnie na lepsze. Czuć teraz całą bezkompromisowość w jednej, ciągłej warstwie, można dzięki temu swobodniej zanurzyć się w sile tejże muzyki. To zresztą piękna alegoria twórczości THE AMENTY. Na nowej płycie zaszło wiele zmian, zespół odziedziczył jednak całkiem sporo po dawnej formacji – niemniej jednak, charyzmatyczny wokalista zdołał pchnąć ten wózek jeszcze dalej, wyje*ał go w przestworza. „Flesh Is Heir” to 666% mięsa, to istotnie jedna z najmocniejszych pozycji w historii industial death metalu (dla porównania FEAR FACTORY gra przy nich na tamburynie). Pomimo zmniejszenia ilości elektroniki, nadal czuć atmosferę grozy. Pomimo zrezygnowania ze sporej ilości motywów melodyjnych, można bujać czachą jak nigdy. Nie porywam się na definiowanie, skąd ten fenomen, ale zwiększenie ilości czystej brutalności oraz zmniejszenie ilości melodii, sprawiło, że… to jest nawet jeszcze lepsze niż kiedyś. Dla złaknionych elektronicznych dźwięków, THE AMENTA przygotowała dwa miażdżące industrialowe przerywniki w postaci „A Palimpesest” i „A Womb Tone”. Są nawet bardziej wciągające niż dodatki do utworu „Rape” z poprzedniej płyty. Na prawdę, ktoś się do tego przyłożył i na płycie skrajnie brutalnej, zdołał uformować także front wywołujący czystą grozę i strach. Tytułowy utwór jest tak arytmiczny, a jednak jest tak… wciągający. To bez wątpienia pewniak na nowy hymn zespołu (zamiast Erebusa), ale „Teeth” (z niesamowitym teledyskiem, koniecznie do obejrzenia), „Ego Ergo Sum”, „Cell” czy „Tabula Rasa” to także murowani kandydaci do rozrywania metalowych bań na całym świecie. THE AMENTA zyskała patent na tworzenie muzyki niebywale chwytliwej bez użycia melodyjek, za to z pomocą nieokreślonej dozy brutalności. Chwała im za to, oraz za rozwój. Wątpię jednak czy uda się im kiedykolwiek wznieść wyżej. [Vexev]

 

The Amenta, www.theamenta.com

Listenable Records, www.listenable.net