Total Destruction `zine: Metal, podziemie, zine, erotyka… – 3.04.2003

Image

Kiedy z żalem w sercu obserwuje się, jak zasłużeni dla prasy podziemnej edytorzy kończą swoją działalność, nie pozostawiając na swoim miejscu prawie żadnych godnych uwagi następców, naprawdę nie można nie odnieść wrażenia, że poziom i dawny klimat współczesnych pisemek metalowych z łoskotem pada na pysk. Chyba ostatnią deską ratunku dla wygłodniałych czytelników jest młody, obiecujący twór „Total Destruction”, który jako jeden z nielicznych podsyca blednącą nadzieję na podniesienia naszego underpressu z rynsztoka. Atuty #1 i #2 to demoralizujące zdjęcia, szokujące wywiady, wstrząsające recenzje, bulwersujące artykuły, a ogólnie z tych treści przebijają często odważne i kontrowersyjne (dotyczące muzyki i podziemia) poglądy Bolka.
W poniższym wywiadzie postarałam się wyciągnąć z niego informacje nie tylko o jego zinolu, ale również zwierzenia natury intymnej. I trzeba uczciwie przyznać, że w odpowiedziach miły kolega zabłysnął inteligencją i trysnął humorem, więc wszystkich poproszę o pozostanie z nami do samego końca!

Ave przewspaniały & cudowny, zdolny & utalentowany, przystojny & ponętny Bolek! Skąd wzięła się Twoja demoniczna xywa artystyczna? Czyżbyś miał traumatyczne skojarzenia z ładnym imieniem, które nadała Ci tak uwielbiana przez Twoich kolegów z metalowego śmietniska mama (z błogosławieństwem księdza) na chrzcie w kościele? A może jesteś zafascynowany polskimi królami oraz książętami: Chrobrym, Śmiałym, Krzywoustym, Kędzierzawym lub Wstydliwym i zazdrościsz im władzy, waleczności, sprytu, szacunkiem podwładnych, męskości, urody, uroku osobistego i powodzenia u dam? I tylko nie pieprz i nie bajeruj, że jest to bardzo zły i odrażający skrót od Black Oreliusz Lord Kaiphas (from hell) czy coś takiego…

Hail Beer and Satan złota & sexowna, kochana & perwersyjna, szczodra & lubieżna, cycata caryco Katarzyno 666ta. Mój pseudonim artystyczny to w brew pozorom zupełnie mało kultowa sprawa. Nadali mi ją okoliczni blokersi ze Szwajcarskiej sztrase, którzy pod wpływem pewnej substancji smolistej (osiadającej nie tylko na płucach, ale także robiącej dziury w mózgu) stwierdzili, że muszą mi wymyślić jakąś ksywkę. Więc jeden intelektualista-inteligent, technik-automatyk z wykształcenia, jako że przed wyjściem pod blok dziwnym zbiegiem okoliczności obejrzał kultową polską kreskówkę, wymyślił sobie, że będę Bolek. Do pewnego czasu moje pseudo funkcjonowało tylko w obrębie dzielnicy, ale jakoś tak się porobiło, że się rozprzestrzeniło dalej. Co ciekawsze, ksywka ta jest czymś w rodzaju fatum, gdyż prześladuje mnie ona od dzieciństwa. Pamiętam jak wczoraj posiedzenia u mojego sąsiada, gdzie tłukliśmy całymi dniami w giery na Comodore C64 i w którąś z owych gierek tak chujowo mi szło, że jego do bólu dowciapny tato ochrzcił mnie cienkim Bolkiem. Inna ciekawostka to pseudonim mojego wujaszka, czarnej owcy z Holandii, od którego przejąłem zaszczyt bycia „złym” w rodzinie. Jak się zapewne domyślasz, wspomniany wyżej wujaszek również funkcjonuje pod ksywą Bolek i jest on moim dobrym przyjacielem, bo jak to Bolek z Bolkiem zawsze się dogadajemy. Więc wbrew pozorom w moim drugim imieniu Bolesław kryje się jakaś tajemnica! Chyba wybiorę się do wróżki… Co do książąt i kórewiczów piastowskich oczywiście, że ich lubię. Okres Piastów był najlepszym dla tego gównianego kraju i zawsze bardzo mnie pasjonował, ale z moim pseudo za wiele wspólnego to nie ma.

Po rozgrzewającym akumulatory pytaniu na powitanie, przyłożę z grubej rury. Wiem, że ubolewasz nad pozerstwem kobiet w metalu i uważasz, że można ze świecą szukać dziewczyn, które rzeczywiście znają się na metalu i mają coś ciekawego do powiedzenia na tan temat, a nie od razu wskakują do łóżka wszystkim właścicielom długiego penisa, ups, znaczy się długich włosów, tak? Jak się więc czujesz udzielając mi wywiadu (mam nadzieję, że nie muszę dołączyć zdjęcia w negliżu, by udokumentować swą płeć), tym bardziej że jest to Twój pierwszy raz z kobietą? Nie bój się, nie skrzywdzę Cię! A przy okazji – zgodzisz się, że dziewczyny zaczynające udzielać się w podziemiu z góry znajdują się w gorszym położeniu niż faceci, bo muszą dowieść co niektórym szowinistom (którym na szczęście Ty nie jesteś), że kieruje nimi miłość do muzyki, a nie zachcianki seksualne? Ja wprawdzie nie miałam takich dylematów, ale irytuje mnie taka dyskryminacja…

Kasiu, Kasiu, droga Kate! Ale zadajesz ciężkie pytania :), nie wiem czy mój skromny iloraz ityligyncji (który tak odważnie przeceniasz) pozwoli mi na to, by na nie odpowiedzieć, ale spróbuję. Jednak wcześniej mała dygresja – kurwa, to chyba kara za moje skomplikowane pytania, nie mogłaś wymyślić czegoś banalniejszego? Np. kiedy nowy numer i czy będzie tak samo ładny jak #2?!! Ale na razie jest mi z Tobą dobrze, a zdjęcie w negliżu ładnie poproszę!
Image Rzeczywiście krytycznie podchodzę do kobiet w metalu, co nie oznacza, że definitywnie wykluczam płeć piękną (nie zawsze) w owej dziedzinie. Świadczy o tym choćby fakt przeprowadzenia rozmowy z Qmatą z „Blasphereion”, udział w #2 damy o złowieszczym pseudo Fistfukked. Także w #3 pojawią się testy pewnej kobitki z Bydgoszczy, której styl pisania po prostu mnie powala i w ogóle mam do niej ogromny szacunek, jako że siedzi w tej muzie nie od dzisiaj, znacznie dłużej niż ja, co również idzie w parze z jej obeznaniem (czy mogę pozdrowić Martę?). Co śmieszniejsze, wspomniana laska ma na temat tzw. metalówek identyczne poglądy jak ja. Niby paradoks, ale jednak o czymś to świadczy. Niestety większość kobiet w metalu to bezmózgie raszple, które niczym nie różnią się od dresiar czy cip z disco. Może i ten stereotyp jest trochę raniący dla dziewczyn, które rzeczywiście kochają taką muzykę i podchodzą do niej serio, z pasją, ale te wyjątki potwierdzają jedynie regułę. Zresztą podobne zdanie mam na temat tzw. „fajnych metalowców”, tyle że w przypadku płci męskiej jest jeszcze jako taka równowaga, której zdecydowanie brakuje wśród kobiet.
Kobietom w podziemiu jest rzeczywiście trudniej i nie ma się co dziwić, skoro underground jest pełen takich szowinistycznych prosiaków jak ja czy kilku innych oszołomów. Ale spójrz na to z pozytywnej strony, im ciężej jest się przebić, tym pozostają bardziej wytrwali i lepsi, a tym sposobem większość z tego tak nielicznego grona dziewczyn z podziemia z pewnością coś sobą prezentuje (vide Sylwia Biszto, Agnieszka Kumejko czy Twoja osoba), bo te maszkary jebiące głupoty szybko się łamią i odpadają, z czego wypada się jedynie cieszyć. A zobacz jak jest z tymi małymi karaluchami z mlekiem pod nosem, co zalewają nas webzinami?

Nim zajmiemy się Twoją obecną działalnością, pobawmy się w archeologów i pogrzebmy w Twojej undergroundowej przeszłości. Czemu w młodości zarzuciłeś zapewne pisaną Ci w gwiazdach i horoskopach szansę na międzynarodową karierę zarabiającego miliony zielonych (tudzież euro) wioślarza (a Twoje kontakty z … malarstwem??) i zająłeś się tak niewdzięczną robotą jak klecenie zina? Przecież to grozi popsuciem słuchu na skutek hałasu, oślepnięciem przed monitorem komputera, poturbowaniem nochala na koncercie, koniecznością częstego sprzątania zawalonego kasetami i płytami pokoju, poświęcaniem nieustannie brakującego czasu na korespondencje, marszami do budynku poczty polskiej w celu dofinansowania tej złodziejskiej instytucji, złośliwymi uwagami zatroskanymi o Twoją absencję na mszach niedzielnych dewotek z sąsiedztwa itd.! Nie wolałbyś, Łukaszku, być niepozornym, grzecznym, nudnym hodowcą rybek akwariowych (choć jakieś tam inne drapieżne zwierzaki chyba masz)?

Akwarzystą to była inna postać z podziemia, ale ten pan to już dal sobie siana i zamiast pisać, zajął się swoimi pływającymi ulubieńcami. Trochę szkoda, bo był znakomitym edytorem, ale takie życie, jedni wolą rybki, inni wolą cipki, a jeszcze inny jedno i drugie… Ja hoduję piesy, wszystkie są z ulicy i mam ich trzy sztuki, a do niedawna były cztery, ale jednej się zmarło. Z tego zestawu moim najnowszy nabytkiem jest 100% rasowa labradorzyca, za którą bynajmniej nie wybuliłem kokosów, a po prostu znalazłem! Uwielbiam te czworonogi, naprawdę wspaniałe stworzenia, z pewnością bardziej przyjemne niż ludzie. Aha, i proszę mi nie podsyłać nowych nabytków, schroniska dla psów nie prowadzę, trzy sztuki to dostatecznie imponujący zestaw doliczając do tego kota gratis. Ale miało być o czymś innym chyba? Trochę od dupy zacząłem, więc przechodzę do sedna…
Ponownie zadajesz mi dosyć trudne pytanie, bo ciężko mi konkretnie określić powody powstania mojej działalności. Lubię muzykę i chciałem zawsze w jakiś tam sposób się nią zajmować, że do pisania mam najwięcej cierpliwości i sprawia mi ono ogromną satysfakcję, dlatego się nim zajmuję. Rozpoczynając moją zabawę w edytora, nie miałem jakiś tam wygórowanych ambicji w postaci stworzenia drugiego „thrash`em Imageall”. Po prostu chciałem dołożyć swoją cegiełkę do bałaganu jakim jest scena metalowa, miałem potrzebę bycia w tym wszystkim. Tak podchodziłem wówczas, teraz sporo się zmieniło, zarówno na samej scenie jak też w moim podejściu do tematu. Mimo to odnalazłem się w krytyce i dalej to ciągnę, choć zdaję sobie sprawę, że robienie pisma na własną rękę to ciężki orzech do zgryzienia, z którego poza satysfakcją i stratami finansowymi zbyt wiele nie ma. Jednak czego się nie robi dla pasji? Jedni kolekcjonują znaczki, inni sklejają modele, a ja faszeruję krajową scenę moim syfem, którego nikt nie lubi poza Tobą :).
Faktycznie zajmowałem się trochę graniem, ale okazało się to słomianym zapałem mimo tego, że przez jakiś czas dosyć ambitnie do tego podchodziłem. Jednak w pewnym momencie życia człowiek musi się skonkretyzować, powiedzieć sobie, co mu odpowiada i czym chce się zajmować. Ja podjąłem decyzję, że wolę się zaangażować konkretnie w zina, co nie było też łatwe, bo jestem typem człowieka, który chciałby robić 122387623 rzeczy na raz. Ale niestety prawda jest taka – albo robisz coś dobrze albo 20 rzeczy chujowo. Ja postawiłem na pisanie i cały czas staram się w tym udoskonalać i zapewniam Cię, że nie objawia się to tylko w robieniu zina. Mianowicie poza własną działalnością udzielałem się także w trzech innych pismach kulturalnych. Jedno z nich jest obecnie w fazie powstawania i jego głównym tematem są RPGi. Także zdarzało mi się pisać jakieś recenzje z wernisaży do katalogów promujących któryś tam z domów kultury w Lublinie. Z malarstwem kontakt miałem tyle co w szkole (a warto dodać, ze ów szkoła miała profil plastyczny), zawsze bardziej pasjonował mnie rysunek i do dzisiaj czasem zdarzy mi się coś nabazgrać, z reguły są to bardzo groteskowe, beznadziejnie wykonane od strony technicznej prace. Jednym się ten kał podoba, innym nie.
   
Nie bądź egoista & samolub i podziel się jakimiś wspomnieniami dotyczącymi Twojego współtworzenia „Angelfuck” i „Sordid”… Oddaję Ci więc do dyspozycji kilka poniższych linijek – masz niepowtarzalną okazję pochwalić się tym, co Cię łączyło z tymi pisemkami (lub z Voytem, Krzyśkiem czy Bartkiem?) i w ten sposób ulżyć swojej wrodzonej dumie i próżności… Wytłumacz się też z tego, co to się w pewnym momencie porobiło, że postanowiłeś być wolnym, niezależnym, autonomicznym singlem (jak to mawiają Amerykańce) i stworzyć zina na własny rachunek (chociaż nie sądzę, by odbiło się to pozytywnie na Twoim koncie w banku)?

Co spowodowało zakończenie współpracy? Nic prostszego, chciałem być redaktorem NACZELNYM!! Być sławnym i bogatym, cenionym i poważanym, wielbionym przez publiczność bossem black metalowej mafii. Zejdźmy jednak na ziemię i zacznijmy od narodzin, które rzeczywiście datuje się na okres powstania pomysłu „Angelfuck”. Czasy, które dosyć miło wspominam, pełne pasji i zapału, szkoda tylko, że na starcie tak cholernie się to pojebało. Niestety szybko okazało się, że z Voytem odbieramy raczej na innych falach i nic sensownego razem nie sklecimy. Inną sprawą był fakt, że kolega Wojtek trochę mnie niepoważnie potraktował jako współtworzyciela pisma, mimo tego, że pomysł robienia zina wyszedł z mojej inicjatywy. Kolejnym epizodem rzeczywiście był „Sodrid”, a czego ta współpraca również się rozsypała? Powiedz mi Kasiu, jaki jest sens kontynuować zina w momencie, gdy jest się osobą robiącą w nim 90,5% roboty? Krzysiek odpadł i nie mam do niego pretensji, gdyż ma on swoje lata i trochę obowiązków na karku. Gdyby jeszcze dotychczasowa forma „Sordid” mi odpowiadała, może i bym się szarpnął na kontynuacje, ale jakoś nie bardzo to widziałem. Miałem całkowicie inną koncepcję, czego efektem jest właśnie „Total Destruction”.

Czemu Twoje piśmidło to „Total Destruction”? Wierzysz w zagładę planety i ludzkości wraz z nadejściem XXI wieku (skoro świat jeszcze się nie zawalił podczas Sylwestra 1999/2000) czy też chciałeś tą nazwą złożyć subtelny hołd TOTAL FUCKING DEVASTATION (a środkowy człon wyciąłeś ze względu na cenzurę i dobry smak)? Lubisz w ogóle grindowe pukanie w stół chirurgiczny i mielenie mięcha wieprzowego (chyba że jesteś wege, to przepraszam za pomyłkę)?

„Total Destruction” to tytuł kawałka BATHORY i tej waśnie kapeli chciałem oddać hołd! Dupa, nikomu nie chciałem oddawać żadnego hołdu, po prostu spodobała mi się ta nazwa, która sama w sobie brzmi piekielnie i kojarzy mi się ze świetnym numerem Quorthona, który pogrywaliśmy swego czasu na próbach, gdy jeszcze rzępoliłem na gitarze. Grindu nie lubię, z pewnymi wyjątkami, do których należy np. TOTAL FUCKING DESTRUCTION, ale z nazwą mojego zina nie ma on nic wspólnego. Mięcho zaś lubię, ale tylko wpierdalać, a za jego krojeniem i obróbką nie przepadam. Coś Ty, ten cały chirurgiczny image jest obleśny i mnie nie kręci, wolę inne, bardziej wyszukane i niemniej ekstremalne rzeczy. Może rzucę teraz dosyć oklepanym przykładem, ale fascynuje mnie S/M i cieszę się, że temat ów staje się coraz częściej inspiracją metalowych kapel. A odnośnie nadejścia końca ludzkości, to zobacz co się dzieje na świecie i sama wyciągnij wnioski. Gatunek ludzki chyli się ku upadkowi i jego koniec jest nieunikniony. Czy stanie się to w bliskiej przyszłości czy za parę wieków, tego nie wiem, gdyż wróżką ani Nostradamusem nie jestem, jednak total destruction jest czymś pewnym. Głupota ludzka sięga zenitu i nie wierzę, by wreszcie masy się opamiętały i uszanowały to, co daje im matka ziemia, a jednostki gówno mogą zdziałać.

Zdaje się, że przed wydaniem debiutu pod świeżutką banderą przeżywałeś jakiś kryzys twórczy i mało brakowało, a #1 by nie było, a Ty uskarżałeś się na zanik entuzjazmu. No ale szczęśliwie nie pokazałeś podziemiu dupy i nie dałeś za wygraną walkowerem – mam jednak nadzieję, że robienie zina to dla Ciebie frajda i wyzwanie? Ale jaką teorię dziś z perspektywy czasu i po naturalnej zmianie nastawienia do wielu spraw oraz własnej działalności przyporządkowałbyś tamtemu znudzeniu, zniechęceniu i nerwicy, której się wtedy nabawiłeś? Możesz teraz pomarudzić na ten paskudny syf na scenie metalowej (przeciętniactwo, marazm, ignorancja, bufoństwo, wtórność etc.) czyli ponarzekać jak baba na rip-off`ców, webziny, trendy itp.

Zacznę od tego, że posiadasz błędne info! Zniechęcenie nastało po wydaniu debiutu, a nie przed. Rzeczywiście miałem ochotę „złożyć broń”, ale dopiero po wydaniu #2, nad którą wówczas już pracowałem. Przyczyną mojego kryzysu nie była tylko sytuacja w podziemiu, ale również ogólnie kiepski stan psychiczny spowodowany wieloma przyziemnymi rzeczami. Z czasem udało mi się częściowo wyleczyć z depresji, jaką przechodziłem, z czym powrócił również entuzjazm. Więc na pytanie, „czy robienie zina dalej sprawia mi frajdę?”, odpowiem: oczywiście, bo w przeciwnym razie bym to rzucił. A podstawowa zmiana, jaka nastała, to nabranie dystansu do tego wszystkiego, zarówno do sceny jak i do samego siebie. Rzeczywiście scena jest wysypiskiem złodziei i megalomanów nie mających nic do zaoferowania (bo megalomania w momencie gdy ktoś ma się z czym pokazać tak jak choćby „Wolfpack”, już mnie nie odrzuca) i chyba za bardzo się tym przejmowałem zbierając stuff choćby do #2. Na dzień dzisiejszy mam to najzwyczajniej w świecie w dupie. Oczywiście dalej podchodzę do tego bałaganu krytycznie, ale już nie chce mi się dłużej krzyczeć, bo krzykaczy jest ostatnio zbyt wielu. Sam postanowiłem trochę odciąć się od nich i po prosu pisać z jajem na temat zajebistych kapel grających świetną muzę. Oczywiście dalej „Total Destruction” będzie pismem dosyć cynicznym, ale tym razem nie mamy ochoty pluć na konkretnych ludzi sypiąc przy tym nazwiskami. Spłodziliśmy za to kilka sarkastycznych felietonów ogólnie ośmieszających pewne postawy, będącymi również aluzją do konkretnych działaczy. Jaki będzie odzew, wszystko się okaże, ale szykuje się mała prowokacja.
Co mogę nowego powiedzieć o ripach i webz? Chyba nic… Za to tematowi trendów pozwolę sobie poświęcić kilka linijek, ponieważ ostatnio sporo się nad tym zastanawiałem. Otóż trendy były, są, będą i czy chcemy czy nie, większość z nas po trochu takowym ulega. Podaj mi Kasiu jakikolwiek moment istnienia metalowej sceny, w którym nie było mody? Ja takiego nie znam, sam zresztą niejednokrotnie uległem trendom i nie będę pierdolił, że nie. Jednak w moim przypadku były to dosyć świadome zagrania, jako że całe życie poszukiwałem i poszukuję do dzisiaj. Po prostu starałem się z każdego boomu, który mnie w jakiś tam sposób zainteresował, wybrać najbardziej wartościowe pozycje, po czym po takiej selekcji z reguły dawałem sobie spokój z zagłębianiem się w nurt, ponieważ słuchanie w koło kolejnych wtórnych zespołów nigdy mnie nie bawiło. To, o czym pisze, nie wydaje mi się, by było z mojej strony pozą, choć być może inni wiedzą lepiej. Dla mnie jest to sposób na krystalizowanie swojego gustu, który z roku na roku jest coraz bardziej konkretny. Tak patrząc na to wszystko dzisiaj, już chyba nie planuję jakiś większych rewolucji, przynajmniej pod względem metalowego grania. Chyba nic nowego w tej muzie już nie jest w stanie mnie zaskoczyć, a ze wszystkich dotychczasowych trendów i nie-trendów wybrałem swoją śmietankę, do której należą m.in.: UNLEASHED, DEATH, KREATOR, CARCASS, WITCHMASTER, CRYPTOPSY, DYING FETUS, MAYHEM do momentu, DARK THRONE, HADES, SADISTIK EXEKUTION, ANATHEMA, BRUJERIA, EMPEROR, ARCTURUS, ULVER, KATATONIA, BULDOZER, THRONEUM etc, etc, etc… Ale chyba odszedłem od tematu, więc przejdę dalej. Za to w trendzie wkurwiają mnie dwie rzeczy: zalewanie sceny gównem (bo procedura jest taka, że powstaje kilka świetnych zespołów, które rozpoczynają trend, a później debile widząc, że takie granie ma racje bytu, zaczynają naśladować) i krzykactwo na zasadzie: jednego dnia jestem ultra brutalny, a następnego mam w dupie nowomodny death metal, bo jestem retro i słucham od 20 lat VENOM, a przy okazji nazywam wszystkich wokół pozerami, bo słuchają CRYPTOPSY, nad którym jeszcze miesiąc temu sam się spuszczałem. Coś takiego doprowadza mnie do szewskiej pasji! Więc jak widzisz, na ten temat mam dosyć podzielone zdanie, ale generalnie widzę więcej minusów niż plusów.

ImageNiewątpliwie Twoje pisemko ma swój osobliwy klimat i charakter, który zapewniają m.in. gniewne artykuły (treści nie zdradzam – zachęcam do lektury). O ile się nie mylę, w kontekście tego obranego stylu (lub np. z uwagi na wywiady z tzw. weteranami) określasz „Total Destruction” zinem scenowym. Nim pośrednio rozwinę to zagadnienie w następnym pytaniu, powiedź najpierw, co dokładnie oznacza w Twoim mniemaniu ta kategoria i jakie cele przyświecają tego typu wydawnictwu…

Znów mylisz fakty i przekręcasz moje słowa droga Katarzyno. „Total Destruction” nazwałem zinem nie scenowym!!!!! Zin scenowy to taki, który informuje o tym, co się aktualnie dzieje na scenie, proste jak drut nieprawdaż? „Total Destruction” jest zaś fanzinem, w którym wszystkie ciosy są dozwolone. Przeprowadzam rozmowy z kapelami i zinowcami, których działalność uważam za wartościową i jest to podstawowe kryterium niezależnie od tego czy ów zespół / zin jeszcze działa czy już nie. Moim zadaniem nie jest informowanie, a raczej zaprezentowanie swoich gustów. Oczywiście też pełnie w jakimś tam stopniu rolę informatora, ale nie jestem z tych, co zawsze wszystko wiedzą, orientują się w nowościach itd… Nie wpierdalam żadnych newsów, bo takowe mnie mało obchodzą. Co mi w łapy wpadnie, to o tym piszę, a że mi ostatnio sporo tego wpadło, zaowocuje to sporą ilościach różnych recenzji, które także mają za zadanie przede wszystkim zachęcić bądź zniechęci czytelnika do sięgnięcia po opisywany stuff, a w mniejszym stopniu kogoś tam promować. „Total Destruction” jest pismem bezstronnym, ukazującym gusta osób zań odpowiedzialnych. Co do artykułów, to powstały tylko dlatego, że chciałem dać upust swojej agresji oraz niezadowoleniu i też nie uważam owej zagrywki za jakąś tam „scenowość”. Jak wspomniałem wcześniej, nie do końca zamierzam zrezygnować z tej formy, ale nowe felietony będą już nieco inne, bardziej „z psychologicznego punkt widzenia”, jak to mawia nieświęty Norbert „Bechta” Behciński, a samo pismo jeszcze mniej scenowe, mniej wąskie, jeśli rozumiesz o co mi chodzi.

Zastanówmy się, jak „Total Destruction” prezentuje się na tle całej sceny zinów w kraju. Ze względu na pokrewieństwo geograficzne, nie sposób nie porównać Twoich kolców i dziennikarskiego pazura do innych, starych, lubelskich periodyków, których chyba nie muszę wytykać palcami… Chcę Cię w każdym razie zapytać o tę wskazaną przez szanowanego przeze mnie i pewne Ciebie również Adama z „Necroscope”, który w recenzji #1 zwrócił uwagę na granicę między przekazywaniem aktualnych info`sów o metalu a wpasowywaniem się w popularny obecnie nurt gnojenia i wyzywania. A co myślisz o ślepym wzorowaniu się twórców „Bomber”, „Polaris” czy „Hell” na „Wolfpacku”, który wyznaczył kanony nowej jakości w sztuce zinoróbstwa?

Zgodzę się, że spory wpływ na „Total Destruction” miały lubelskie pisma i nie mam tu na myśli „Wolfpack”, a mówię o nieco wcześniejszych dziejach (również i naczelnego depczącego krzyże). Decydujący wpływ na postać dotychczasowych dwóch numerów miały jednak periodyki z Białegostoku. Do dzisiaj z niemałą przyjemnością sięgam po „Arachnophobię”, która była głównym źródło inspiracji. „Alcoholic Butcher” niestety nie mam na stanie, ale również była to tęga lektura! #3, jak już dudnię od któregoś pytania, będzie w trochę innym stylu, ale nie zdradzę na razie detali, a zamiast tego pozdrowię Danka (hail śmierdząca cipą Szproto!).
Adam to mądry gość, którego bardzo cenię i uważam, że w jego słowach jest niemało racji, jednak nie sądzę, by podążenie „Total Destruction” w tym a nie innym kierunku było wynikiem trendu na Wolfpackopodobne pismo, co może potwierdzić choćby fakt, że mój pierwszy kontakt z nowym wcieleniem mr Jasha miał miejsce już ku końcowi prac nad #1. Zresztą Ci, co widzieli gówienko w postaci „Sordid” #5, powinni wiedzieć, że już wtedy miałem takie krytyczne zapędy, ponieważ Undershit#1 pojawił się jeszcze w tym periodyku, a o ile pamiętam, to w momencie wydania go, 100 „Wolf” był w trakcie powstawania i jeszcze dyletanci zachwycali się ładnymi witrynami, bo kto by tam słyszał o jakiejś „Arachnophobii” czy „Fukin Bitch”. Zresztą co się będę tłumaczył, swoje wiem, a jeśli ktoś wie lepiej ode mnie, to niech się cieszy.
To ślepo naśladownictwo, o którym piszesz, o tyle mnie bawi, że ludzie oprócz czerpania inspiracji z „Wolfa”, także powielają punkt widzenia, co jest moim zdaniem zabawne. Wiesz, ta cała wazelina w stronę gościa, który i tak ma te wszystkie ziny w dupie, to trochę paradoksalna sytuacja. Rzeczywiście zrobił się trend na „posiadanie własnego zdania”, tylko problem w tym, iż Ci ludzie, którzy rzekomo je posiadają, tak naprawdę je powielają i cały sens przedsięwzięcia chuj strzela. W przypadku wspomnianego „Polaris” i „Hell”, jest to rzeczywiście przedstawione w bardzo bezmyślnej formie. Kolega z „Bomber” to inteligentny gość, który ma głowę na karku i pisać umie, jednak chyba za bardzo stara się dorównać kontrowersyjnością Mr Jashackhowi, co niestety wygląda tak, jakby go powielał na siłę. Co śmieszniejsze, sam Hrabia Hellbaltazar w rezultacie dosyć stanowczo pogardził kolegą Huzarem, co przy porcji pochlebstw w kierunku „Wolfpack” musiało być dosyć przykre.

Pozwól, że rozluźnię atmospherę, bo zboczmy z tych muzyczno-scenicznych tematów, choć już nie wnikam, czy Ty lub ja jesteśmy zboczeni. Otóż wizualnym elementem „Total Destruction”, który cieszy oko i inne członki, są zgrabnie poupychane gdzieniegdzie między tekstem (lub na okładce #1) fotki z gatunku perwersyjnych pól marchewkowych i retro pornografii. Wiem, że wykradłeś je z oryginalnych pism Twojego ojca z lat `70, naturalnie francuskich lub ściągnąłeś je bez pozwolenia i z pogwałceniem praw autorskich ze stron www.rotten.com oraz www.raunchytelies.com, które oczywiście polecamy zbokom i innym osobom zainteresowanym ciekawostkami przyrodniczymi. Wszystko się zgadza? Jestem tylko niepocieszona, że nie promujesz w swoim zinolku-pornolku żadnych Murzynów (sorry, AfroAmerykanów), których przecież natura obdarza zazwyczaj nietuzinkowym wyposażeniem rozrodczym. No chyba że czarno-białe xero kłamie i fałszuje kolory. Oczywiście wymuszając ripostę na ten temat, chcę wybadać Twoje postawy rasistowskie i stopień zadowolenia z własnych wymiarów, więc nie rozczaruj mnie krótkim wz/wy/wodem …

Retro pornografia miała być żartem odnośnie nachalnego wzniecania kultu wokół lat `80, które i tak nigdy nie wrócą. Rzeczywiście część tych fot pochodzi z oryginalnych pism, a to że nie ma wśród nich afro, jest zwykłym przypadkiem. Jest za to jedna sexowna murzynka ciągnąca druta jakiemuś białasowi. Tak ładnie cieknie jej z buzi i mimo czarno białego xero kwintesencja została ujęta! Jestem kurewsko zadowolony z efektu! Że czarni mają dłuższe człony, to się zgadza, my biali mamy małe, więc adekwatnie do ich długości mój wz/wy/wód jest krótki.

Wybacz mi moją wścibskość i zdradź jeszcze, słodki MC, czy wierzysz Ty w prawdziwie romansową miłość do grobowej dechy czy nie bardzo? Posiadasz może jakąś stworzoną na własny użytek definicję tegoż magicznego stanu fizyczno-psychicznego? No i czy marzy Ci się po nieprzespanych nocach fucha tatusia przynajmniej tuzina (co by prywatną drużynę piłkarską założyć – no chyba że wolisz brydża lub szachy?) pięknych bobasów jako owocu Twoich pragnień i namiętności? A może jednak nie zawracasz sobie głowy kłopotliwym kochaniem, szkoda Ci kasy na kwiatki i do nikogo nie przywiązujesz się na dłużej łańcuchem zakupionym w sex-shopie, a w kontaktach z napalonymi niewiastami zależy Ci tylko na niezobowiązującym, przyjemnym i bezpiecznym seksiku?

ImageUhhmm, to pytanie spadło na mnie jak stukilowe kowadło… Kurcze, znów nie bardzo wiem, co odpowiedzieć, ponieważ jest to dosyć osobista sprawa. Ale skoro muszę się obnażać tak przy ludziach, to oględnie na nie odpowiem – nie widzę się w roli taty, ale jakbym wpadł z laską, którą kocham, to czego nie? Problem jednak w tym, że nikogo nie kocham, więc automatycznie opcja założenia rodziny odpada. Kochanie jest rzeczywiście kłopotliwe i to nie tylko ze względu na finanse, ale przede wszystkim na psychikę. Z drugiej strony chyba każdy zdrowy człowiek potrzebuje tego niezwykłego stanu, który w gruncie rzeczy jest nieuniknioną chorobą psychiczną. Ja co prawda nie jestem do końca zdrowy, ale również nie tak odjechany jak niektórzy mizantropijni artyści black metalowi, więc przyznam się bezwstydnie, iż fajnie by było mieć jakąś tam drugą połowę. Mimo to w moim przypadku odnalezienie takowej jest niezwykle trudne, ponieważ mam na tyle zakręcony charakter, że na dłuższą metę żadna kobieta przy zdrowych zmysłach nie jest w stanie ze mną wytrzymać i vice versa. To nie znaczy, że nie było wyjątków, ale ja jestem jakiś pechowy, bo jak już takowe się trafiały, to coś niespodziewanie musiało się zjebać. No ale co tu Ci się będę żalił na forum? Jak chcesz, to wpadnij do Lublina, skoczymy na piwko, walniemy po kielichu, wypłacze Ci się w ramiona, może owe zajście zauważy Andrzej Andy Dumała, który będzie miał o czym pisać w swoim brukowcu tudzież w wywiadach udzielanych dla innych szmatławców. A tak a propos, co to się dzieje, że ostatnio ludzie tak bardzo interesują się moim życiem intymnym? Czyżbym stawał się powoli gwiazdorem :)?

A powiedz mi młody synu ziemi polskiej, czy spełniłeś już obywatelski obowiązek wobec ojczyzny i odbyłeś służbę wojskową lub raczej pilnie się edukujesz, co by w przyszłości, oczywiście już po więźnięciu do UE, zasilić sztab bezrobotnych magistrów/inżynierów w naszym pięknym, aczkolwiek ułomnym kraju? Tzn. orientuję się, że zajmujesz się obecnie tym drugim (jaki kierunek i z jakimi postępami naukowymi?), jednak interesuje mnie, jaki masz w ogóle stosunek (pewnie analny, hę?) do takich zjawisk i instytucji typu armia, globalne konflikty zbrojne (np. USA – Irak), broń biologiczna, organizacje międzynarodowe (także ONZ), gospodarcza recesja w Polsce, obecna sytuacja na rynku pracy?

Już częściowo wyżej odpowiedziałem na te pytania. Ludzkość dąży do samozagłady! Wojny są i będą, niestety nikt i nic tego nie zmieni, przeraża mnie jednak współczesna, nie konwencjonalna forma ich prowadzenia. Z jednej strony mówi się o humanitarnym prowadzeniu walk, ale przy tego typu broniach, jakimi na dzień dzisiejszy dysponują dyktatorzy, można mówić o humanitaryzmie? Konfliktu USA vs Irak nie pochwalam, ale skoro już mój kraj się zaangażował, to pozostaje mi życzyć tylko zwycięstwa, bo nie bardzo mam ochotę w przyszłości popierdalać w turbanie. Patrząc na to wszystko z etycznego punktu widzenia, wspomniana wojna jest przegięciem i postawa Busha dosyć mocno mnie irytuje i śmierdzi faszyzmem. Patrząc jednak politycznie, zimnym okiem, jest to być może mała szansa dla nas, bo może coś się dzięki temu ruszy w tym zapiździałym kraju. Oczywiście ryzykujemy bezpieczeństwem narodu, ale w przeciwnym razie zabiłby nas głód, więc myślę, że ryzyko jest w jakimś tam stopniu opłacalne. W końcu USA to silny sojusznik, który tę wojnę na bank wygra, a Europa zawsze miała nas w dupie i ma do dzisiaj, więc może to i lepiej ze Polska trochę wypięła się na UE. Prezydent Francji zaś niech wypierdala ze swoimi pretensjami, bo żabojady nigdy nie były w porządku wobec nas! Nie wierzę, by Europa była faktycznie chętna do odbudowy naszego kraju, a raczej śmierdzi mi tu wyruchaniem nas w odbytnicę (to a propo analnych stosunków), choć patrząc na to wszystko racjonalnie, jestem jednak bardziej za wejściem Polski do UE mimo mojej politycznej niechęci (to coś na zasadzie mniejszego zła). A jeśli już do tego dojdzie, warto mieć asa w rękawie, jakim jest bez wątpienia sojusznik w postaci potężnego mocarstwa. Co do sytuacji w kraju, to chyba nie muszę przedstawiać swojego stanowiska, ponieważ jest ono oczywiste, a jeśli mi pokażesz choć jedną osobę, która jest zadowolona z tego, co się u nas dzieje, to obiecuje, że poświęcę na to pytanie cały referat.

Uważam, że Chuck z DEATH był wieśniakiem w jeansach, który nie czuł metalu… Co Ty na to? Liczę na to, iż powyższe kłamliwe stwierdzenie rozwścieczy Ci tak jak czerwona płachta dyndająca przed nozdrzami byka-daltonisty… A tak w ogóle jako że 13-go grudnia `01 skończył się pewien etap, czy nie sądzisz, że to śmierć była bezsensowna i możliwa do uniknięcia?

Nie prowokuj Katarzyno, bo wierzę, że tak nie myślisz. Widzę, że próbujesz tutaj zahaczyć o moją fascynację DEATH. Nie ukrywam, że jest to jeden z moich ulubionych zespołów, a przede wszystkim jedna z niewielu kapel, której nie można zarzucić pozy! Chuck od początku do końca czuł to, co robił, nie kreował się na chuj wie kogo, tylko komponował kawał genialnej muzy. Dlaczego uważam, że każdy metalowiec powinien mieć szacunek do Chucka? Był to człowiek-rewolucja i chyba najbardziej szczery artysta metalowy, jakiego można sobie wyobrazić. Strasznie mnie wkurwia, gdy ktoś wznieca się nad bandą kretynów w kolcach z maczugami, a nie ma szacunku do człowieka, który po prostu nagrał siedem płyt świetnego metalu bez robienia z siebie błazna. Śmierć Chucka bardzo przeżyłem, poważnie! Była to jedyna postać na scenie metalowej, którą traktowałem w kategorii idola i był on dla mnie jako dla niedoszłego gitarzysty ogromnym autorytetem. Zgodzę się, że przypadek, który dopadł Chucka był bezsensowny i bardzo przykry.

Wiele wskazuje na to, że nie jesteś ortodoksyjnym metalowcem – w tym sensie, że tolerujesz inne „subkultury” (ba, nawet ponoć niegdyś trzymałeś z punkami?) i fanów łagodniejszej czy zupełnie np. dyskotekowej muzyczki. A przede wszystkim sam słuchasz przeróżnych zespołów, nie tylko takich, które grają szybko i brutalnie. Więc nie wstydź się i nie krępuj, tylko obnaż się ze swoimi niekonwencjonalnymi (włącznie ze starym gotykiem, neofolkiem, zimną falą czy industrial elektro) upodobaniami płytowymi, a audytorium już Cię osądzi, czy się starzejesz i jaki z Ciebie pozer, modniś, diskopolowiec, dresiarz i bazarowicz…

Trzymałem z punkami? Jakieś wieści z kosmosu tu słyszę :), ale coś tam było w czasach, gdy człowiek pojawiał się na mieście i chlał prytkę z kim popadnie. Generalnie jednak nigdy specjalnie nie trzymałem z punkami, ponieważ większość z nich to bezwartościowe śmieci bez perspektyw, którzy nic nie robią, tylko siedzą w tym mieście i sępią kasę na kolejne wino. Znam za to paru poważnych anarchistów, którzy dosyć mocno działają. Nie utożsamiam się z ich poglądami, ale doceniam, że mają jakieś ideały (utopijne to utopijne, ale zawsze lepsze to niż chlanie wina bez końca aż do rozpadu wątroby), o które próbują walczyć, niejednokrotnie poważnie narażając się organizacjom nazistowskim czy państwowym. Szkoda tylko, że to walka z wiatrakami. Z jakimiś ortodoksyjnymi diskomułami również nie trzymam, ale mam różnych znajomych i niektórzy z nich lubią trząść dupą na disco, co uważam, że jest ich sprawą i mnie nic do tego. Ważne jest jednak to, że dobrze czuję się w ich towarzystwie, ba, niejednokrotnie lepiej niż w z ludźmi z KRĘGÓW. Również mam paru ziomków słuchających hip hopu, którzy chodzą w szerokich spodniach, co też mnie w zasadzie jebie, bo jeśli ktoś lubi mieć krok w kolanach, to jego problem, a jeśli taki koleś jest w porządku ziomkiem, nie widzę powodu, bym miał mieć do niego jakieś „ale”. Oczywiście gdy byłem młodszy, trochę inaczej na to spoglądałem, ale jak wspomniałem, nabrałem sporego dystansu do siebie jako „metalowca” i przestały mnie takie durnoty interesować. Wolę pogadać z inteligentnym rapciuchem (i wierz mi, że wbrew stereotypowi takowi istnieją) niż z jakimś farbowanym na czarno pedałem, który mówi mi „że CRADLE to najmroczniejsza kapela na świecie, bo tak napisali w angielskim „Metal Hammerze”…”. Jak zauważyłaś, słucham również wiele różnej muzyki: neofolku, zimnej fali, dark elektro, industrial, także jazzu, progresywnego rocka, trip hopu (MASSIVE ATTACK mnie rozpierdala!!) i paru innych nurtów. Pewnie zaraz znajdzie się mondrzołek, który zapyta „jak to? nie jest ograniczony, to po chuj zajmuje się pisaniem o metalu?”. Otóż metal jest muzyką, z którą utożsamiam się bardziej emocjonalnie, pasuje ona do mnie, do moich dosyć radykalnych, ekstremalnych poglądów, fascynacji i to ją wywyższam ponad inne nurty, których słucham. Także jest to muza, z którym wiążę sentymenty, gdyż towarzyszy mi od małolactwa i czuję się na tyle kompetentny, bym mógł się wypowiadać na jej temat. Nie oznacza to też, że metal jest dla mnie ideologią, tę raczej buduję na własną rękę bazując na literaturze a nie na grafomańskich tekstach DARK FUNERAL czy SHETERIAL, ale na pewno agresywna muzyka w znacznie większym stopniu odzwierciedla moją osobowość aniżeli wspomniany MASSIVE ATTACK.

Jesteś Bolek, więc to nic dziwnego, że jeździsz na spędy do Bolkowa, prawda? Co ma w sobie to zapewne mrocznie-śmieszne i przesiąknięte zapachem marihuany miejsce, że tak Cię ono pociąga, przyciąga i wciąga? Bo mnie, mówiąc szczerze, zdumiewa popularność wśród metalowców tego przecież gotyckiego festiwalu (mimo udziału w nim również kapel ostrzejszych) i zastanawiam się, czy oni uczestniczą w nim z powodu faktycznego umiłowania takiego grania czy raczej z braku alternatywy w postaci innych dużych wakacyjnych imprez on air (tak jak to jest np. w Czechach). W ogóle jako że umieszczasz w „Total Destruction” trochę raportów live, nakreśl dodatkowo w oparciu o swoje obserwacje i refleksje literacki portret przeciętnego bywalca koncertów metalowych (wskaźniki badawcze to wiek, ubiór, zachowanie, sposób poruszania się, reakcje na muzykę, wiedza na temat podziwianego obiektu, język wypowiedzi itp.).

Pewnie, że jestem Bolek i w Bolkowie zabraknąć mnie nie może! Cycate gotki czekają!!!!! A metalowce nie jeżdżą tam z reguły słuchać muzyki, tylko ruchać po kątach mroczne maszkarony i walić w gaz, ewentualnie później ponarzekać, „że nie było gotycko, tylko dyskotekowo”. A ja mam duszę dyskotekowa i z przyjemnością obejrzałem sobie na ostatniej edycji koncert DAS ICH, który był zdecydowanie jednym z ważniejszych występów w moim życiu. Naprawdę Niemcy mnie zniszczyli, tym bardziej że spodziewałem się czegoś znacznie słabszego. Dla odmiany delikatnie rozczarował mnie CLAN OF XYMOX. Co do tego braku perspektyw to masz rację, ale myślę, że nie tylko to przyciąga metalistów do Bolkowa. Zauważ, że organizator konsekwentnie zaczął promować ów fest na metalowej scenie. W dalszej kolejności doszły koncerty takich zespołów jak BEHEMOTH, LUX OCULTA, CHRIST AGONY i nie ma się co dziwić, że przyciąga to w jakiś sposób metali, a zresztą przecież o to właśnie chodzi organizatorom liczącym na duże pieniążki. Szczególnie myślę tu o tych fanach, co nie bardzo znają się na rzeczy. Wiesz, taki gostek na dźwięk słowa „gotyk” automatycznie ma w uszach klimaty ala THEATER OF TRAGEDY, TRISTANIA, tudzież ARTROSIS, więc nie dziwię się, że jest w szoku widząc dla przykładu takie HOCICO. Myślę, że głównym błędem jest pazerność organizatora, który na siłę stara się łączyć dwie całkowicie różne, nie pasujące do siebie nurty. Dlaczego tak robi, tego nie wiadomo, a gdy nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o kasę.
Rodzajów bywalców koncertów jest kilka. „Burak cukrowy” to taki gość w starej, przepoconej i dziurawej koszulce VADER, w cichobiegach nie jest dla niego ważne co gra, ale koncert zaliczył, wino wypił i głową dla szatana pomachał. „Fajny metalowiec” to taki gość z włoskami do uszu, co tak z bezpiecznej odległości macha swoją niedorobioną czupryną, z reprezentacyjnie podniesioną dłonią, uformowaną w znak diabła ku czci rogatego. Takowego delikwenta dodatkowo można rozpoznać po nowym, jeszcze nie wyblakłym t-shorcie VADER albo DIMMU BORGIR, COF czy co tam jeszcze sobie życzysz. „Blackmetalowy maszkaron” to taka mroczna pizda z wymalowanym, smutnym ryjem, co nie przychodzi słuchać muzyki, tylko oddawać się starym metalowcom albo młodym (w zależności od ambicji) i uważa się za znawczyni, bo dała Nergalowi. A „metalowa gotka” to zaś taka wrażliwa, zhipisiała pipa, której wydaje się, że gotyckim zespołem jest THERION, a poza tym to słucha PAERL JAM. Takie trzeba dłużej pobajerować udając wrażliwego, uczuciowego chłopca, wówczas łykają haczyk i udostępniają swój odbyt, po stosunku zaś wychodzą z płaczem, bo okazało się: „że to nie ten książę z bajki”, tyle że z tymi z reguły trzeba chodzić. Jednak koncert to wyśmienite miejsce na łowy takich niewiniątek. Prócz tego jest jeszcze trochę ludzi, którzy przychodzą dla muzyki i konkretnych zespołów, ale niestety gatunek ten wymiera. Szczerze powiedziawszy czuję się coraz bardziej obco w tym teatrzyku.

Ponieważ jesteś sprytnym agentem, udało Ci się zdobyć zaufanie wielu niebezpiecznych i obrazoburczych liderów kapel black metalowych, których wywiadowałeś do „Total Destruction”. Jednak zastrzegasz sobie, że żadne ukierunkowanie zina wyłącznie na ten co prawda ulubiony przez Ciebie gatunek nie występuje, a ja potwierdzam, że pan redaktor odznacza się wyjątkową trzeźwością umysłu przy ocenie muzyki choćby mocno NS-ideologizujących hord pagan blekofych czy spedalonych kapelek z gatunku symfonicznego BM. W każdym razie, jak oceniasz obecną scenę black metalową w Polsce i na świecie? Podaj swoich idoli i faworytów oraz tych, których obrzuciłbyś jajami, ewentualnie pomidorami…

Rzeczywiście lubię black metal, jednak jego kondycja w kraju jest, hmm… taka sobie… Z zespołów bardziej klimatycznych moimi faworytami są MISTERIA, ECLIPSE, CRIONICS, z tych bardziej ortodoksyjnych: NSowe INFERNAL WAR i GALGENBERG, ABUSIVENESS, THUNDERBOLT, wyśmienity NON OPUS DEI. Jestem również pod wrażeniem krajowej sceny łojącej w starym stylu, a mowa o THRONEUM, WITCHMASTER i moim okolicznym BLASPHEMY RITES, myślę, że owe zespoły biją na głowę niejeden przecętniacki szwedzki zespolik retro. Jajek jakoś mi szkoda na syfilis, bo wolę sobie zrobić jajecznicę. Szczerze mówiąc ostatnio nie śledzę, co tam się dzieje. Z pewnością syfiasty jest VENEDAE, VALES, BLACK ALTAR i wiele innych gównlicych hord.

Opowiedz jeszcze nieco o tym, jak pomagałeś ABUSIVENESS w promocji i wyjaśnij gawiedzi, dlaczego już się tym nie zajmujesz (kwestia Strong Survive?)… Domyślam się, że wybór tego zespołu był związany z tym, iż przyjaźnisz się z chłopakami (pewnie pijecie razem i chodzicie wspólnie panny wyrywać), ale tak poza tym, to czym według Ciebie wyróżniał się on na scenie, że warto go było wspierać? Nadmień też o tym, co obecnie porabiają Ci ludzie (chodzi mi o koneksje z katowickim ECLIPSE).

Po pierwsze to nie promowałem ABUSIVENESS dlatego, bo to moi kumple. HYPERION też znam i nigdy bym nie zajął się oficjalnie ich promocją, ponieważ uważam, że to syf, z całym szacunkiem do Artura Olejarczyka, którego prywatnie bardzo lubię i cenię za kreatywność. Zawsze bardzo mi się podobało to, co robili lubelscy poganie i to jeszcze w okresie, gdy ich nie znałem osobiście. Pamiętam jak dzisiaj okres, gdy podniecałem się taśmami „Dwie Twarze Morku” tudzież zajebiście surowego „Watrajar” i do dzisiaj z sentymentem wracam do tych nagrań. Były to rzeczywiście rzeczy chujowo zarejestrowane, ale rozpierdala mnie „płodność” Mścisława-Zdzisława, jest to gość naprawdę uzdolniony, mający w rękawie 987986 pomysłów, co wiem z autopsji, ponieważ przez jakiś czas tworzyliśmy razem zespół. Co do mojego promowania tej kapeli, to w zasadzie nie ma już specjalnie czego pormować, ponieważ ABUSIVENESS to już tylko Mścisiu, który i tak niewiele robi ostatnio w tym kierunku. Spowodowane jest to tym, że wraz z Wizunem, Zdzichu połączył siły z katowickim ECLIPSE, przez co ABUSIVENESS bardzo zszedł na drugi plan.
Sprawa wytwórni, w której wydali swój materiał, również miała pewien wpływ. Wiesz, jeśli chłopakom nie przeszkadza wydawanie płyty, na której widnieje napis „…only witche people…”, to ich sprawa, ale ja nie mam ochoty się do tego mieszać, a oni niech nie mają pretensji, że ludzie wrzucają ich do beczki NS. Wiem, że ABUSIVENESS nie są ideologicznymi fanatykami, ale widać, że są też stosunkowo bierni wobec tego. Ja jednak tak obojętny nie jestem i mimo tego, że nie mam ochoty wojować, to jeszcze bardziej nie mam ochoty w jakiś tam sposób się z tym utożsamiać. A jak potoczy się kwestia ECLIPSE, czas pokaże, ale póki co jakoś to wygląda mimo szalonej odległości, jaką ten zespół dzieli.

Ponieważ wolno zbliżamy się do końca tego sympatycznego wywiadu, uchyl rąbka tajemnicy związanej z nowym numerem „Total Destruction” i zareklamuj jego zawartość… O czym myślałeś pisząc mi, że będzie on inny niż poprzednie i że zaskoczysz (oprócz tego że nastąpi zmiana formatu na A4 i bodaj w składzie)? Przedstaw też swoich nowych współpracowników i pochwal ich za z pewnością nieoceniony wkład i pomoc (ja jestem szczególnie ciekawa materiałów Danka alkoholika Gie) – zakładam, że dzięki nim zine stanie się bardziej różnorodny, obszerniejszy i będzie się częściej ukazywał? Kiedy nastąpi zmasowany atak # 3 i czy jako niespodziankę dołączysz gratisowo paczkę karbowanych kondomów o smaku banana lub szampana?

Gratiowych kondomów nie przewiduję, ale dla Ciebie mogę zrobić specjalne wydanie, które będzie zawierało taki właśnie dodatek. O zmianach specjalnie nie chcę mówić, bo wiesz, jak to jest – nagadam się, a potem wyjdzie kicha, ale na pewno „Total Destruction” będzie troszeczkę inny. Między wierszami o zmianach już gdzieniegdzie napomniałem, więc jakieś wnioski można powoli wyciągać. Rzeczywiście tym razem działamy w zespole, pojawią się również materiały wspomnianego Danka i kilku innych mniej (a może i bardziej) znanych osób. Dupę wreszcie ruszył Tomek, który zaczął dosyć prężnie działać, nie ma co prawda takiego pola manewru, ale na tyle, ile jest w stanie, to mi pomaga i jestem bardzo zadowolony ze współpracy. Jest on naprawdę świetnym tłumaczem, dzięki czemu wywiady z zagranicznymi zespołami będą składne i sensowne. Także sam ma niegłupie pomysły na pytania, jak też nie ma on większych problemów z pisaniem recenzji, co mi ułatwia sprawę, ponieważ zawsze jest komu podesłać część stuffu, którym ostatnimi czasy jestem zasypywany. Najważniejsze jest jednak to, że gość podchodzi do sprawy sumiennie no i dogadujemy się w kwestii gustów. Kiedy to koromysło wyjdzie, tego nie wiem, ponieważ moja sytuacja finansowa nie jest imponująca, a chciałbym podejść do wydania #3 porządnie. Jeśli chodzi o zbieranie materiałów, już powoli wszystko dojrzewa, zastanawiam się jeszcze nad składem, bo to w tym momencie jest gwoździem do trumny.

Jestem o tym przekonana i mam na to rzeczowe dowody kserograficzno-papierowe, że Twój zinol spotyka się z dużym zainteresowaniem i poparciem ze strony czytelników, choć ponoć zupełnie się tego nie spodziewałeś? Proszę Cię więc jeszcze o karkołomne (uwaga na kark, bo WFista obrazi się na Ciebie, a mnie jamnikiem poszczuje!) wyliczenie z wykorzystaniem znanych Ci wzorów matematycznych, chemicznych i fizycznych, ile numerów spłodzisz, ile kopii sprzedasz, ile demówek przesłuchasz, ile wywiadów natrzaskasz, ile koncertów obejrzysz i ile metalówek rozdziewiczysz, nim Ci sodówka do mózgu uderzy i zarobisz na samochód terenowy? A ujmując rzecz prościej – jaki staż, poziom i uznanie musiałbyś osiągnąć z „Total Destruction”, żebyś mógł stwierdzić z satysfakcją, że Twoje dzieło jest już idealne, a Ty sam jako nestor ze spokojnym sumieniem możesz odejść na emeryturę?

Naprawdę nie wiem, co odpowiedzieć, nie mam koncepcji… Ile tych numerów wyjdzie, tyle wyjdzie, zadowolony będę wtedy, gdy wydam coś, co będzie mi się podobało dłużej niż dwa tygodnie. Nestorem nie mam zamiaru zostać, zostawię te posadkę komuś bardziej ambitnemu. Odejdę sobie, jak stwierdzę, że nie mam ochoty już robić zina, a na razie mam, więc dalej działam, niezależnie od tego czy komuś fakt mojej obecności odpowiada, czy też nie. Nie czuję się jakiś zobowiązany, skrępowany, ale póki mam pomysły, cele, staram się do nich konsekwentnie dążyć. A ideałem jest kula, z wyjątkiem jej czegoś takiego nie ma.

Chociaż nie jestem ani samotna ani osamotniona w swoich pochwałach „Total Destruction” i wyrazach zachwytu nad Twoją skromną osobą, chyba lepiej będzie dla Twojego dobra, jak przestanę Cię już pieścić, oj, rozpieszczać życzliwym słowem, co byś się nie czerwienił i nie popadł w wymagające terapii wstrząsowej samouwielbienie. Więc kategorycznie kończę z Tobą – to odpytywanie! Mam nadzieję, że nie byłeś zmulony udzielając swych zapewne wyczerpujących, trafnych i zabawnych odpowiedzi, za które z góry senkju i dankeszun drogi & cenny, mądry & dowcipny, uprzejmy & kulturalny Łukcio. Ściskam Ci mocno dłoń w geście siostrzanego braterstwa, życzę końskiego zdrówka, skoro miewałeś z tym oddechowe kłopoty, pozdrawiam Cię przepięknie i jak zwykle buzi, buzi!

Wielkie dzięki za wywiad! Kurde, nie spodziewałem się, że kiedyś ktoś ze mną taki zrobi, a tu już dwóch udzieliłem i to jeszcze do takiego znanego i cenionego magazinu . Miło się odpisywało i mam nadzieję, że również Tobie fajnie się będzie te moje wywody odczytywało. Na koniec chciałem pozdrowić babcię i Ciebie! Pa Kasiu, buzzii w pupę i tak dalej (co tam sobie życzysz).

[Kasia / Atmospheric #12]

„Total Destruction”, perdition616@o2.pl