TSA – 7.12.2008, Wrocław

TSA

7.12.2008, Wrocław, „Alibi”

TSA to jeden z klasyków polskiego rocka. Jakkolwiek to banalnie brzmi, grupa ta koncertowo broni się wyśmienicie. Zespół w oryginalnym składzie: Marek Piekarczyk, Andrzej Nowak, Stefan Machel, Janusz Niekrasz i Marek Kapłon to zaiste przyjemny show. Klub „Alibi” był wypełniony po brzegi, jednak udało mi się zająć strategiczną pozycję na wprost sceny, więc widoczność miałem doskonałą.

Image

Pierwsze skrzypce grali Marek Piekarczyk i Andrzej Nowak. Ten pierwszy jest świetnym wokalistą i frontmanem. Zawdzięczamy mu nie tylko żywiołowe wykonanie, lecz również (w dużej mierze) autorstwo niebanalnych tekstów, które śpiewały całe pokolenia i nie mam na myśli tylko tych zgromadzonych w klubie. Charakterystyczne ruchy imitujące maszerowanie czy wręcz pewne czynności natury intymnej – chyba tylko on tak potrafi;-). Pełen luz, ale i profesjonalizm.
Drugie skrzypce grał Andrzej Nowak, choć tak naprawdę chyba wolałby karierę solową, a reszta to „muzycy towarzyszący”. Gitarzystą jest on perfekcyjnym, ale nie wiem, ile w tym elementów show, a ile jego ego, o czym mogą świadczyć takie motywy jak jego zniknięcie ze sceny, by Piekarczyk śpiewał: „Andrzej właśnie wyszedł…” lub zajęcie większości „pola bitewnego” na nie tak wielkiej przecież scenie w „Alibi”. Niemniej to, co wyrabiał z gitarą, a i z publicznością (np. tłum śpiewał nie tylko pewne partie wokalne, ale również powtarzał gębowo-przeponowo;-) część riffów) to klasa.
Zaś Stefan Machel i Janusz Niekrasz grzecznie zajmowali lewą część podestu. Pierwszy często skryty za murem kruczoczarnych włosów, również bardzo sprawny gitarzysta, drugi też dosyć statyczny, ale solidnie basował. Wreszcie Marek Kapłon za zestawem perkusyjnym, niemal zupełnie na drugim planie, niemniej bębnienie świetnie dawało sobie radę, by wybić się nawet przed ten pierwszy.
Image
Muzycznie było bardzo zacnie. Zabrzmiały stare hiciory (m.in. „Alien”, „Trzy zapałki”, „Plan życia”, „Wpadka”, „Mass media”, „Kocica” czy „51”), przeplatane utworami z „Procederu” (z tytułowym na czele); raz ostrzej, raz balladkowo. Podobało się, nawet bardzo, z tym że miałem wrażenie, iż więcej „przebojów” było na początku niż pod koniec, a więcej spokojniejszego grania osłabiało nieco początkową euforię (niemniej nie powinno mówić się o monotonii;-). Brakowało mi tylko utworu „Heavy Metal World”, który jest jednym z moich ulubionych songów TSA (z przyczyn oczywistych, proszę zerknąć na tytuł;-).

[Yanus]