TURBO, FANTHRASH, COFFINS, SHAME YOURSELF – 18.06.2011, Zamość

Underground Fest II:

TURBO, FANTHRASH, COFFINS, SHAME YOURSELF

18.06.2011, Zamość, Kazamata Bastionu VII

Podróż w strugach deszczu nie wróżyła zbyt dobrze, tym bardziej że lało jak z cebra, co skutecznie mogło niejednego zniechęcić do wynurzenia z suchych czeluści własnych domostw… Jednak zanim dojechaliśmy do Zamościa, pogada dała się ułaskawić i już suchą nogą dotarliśmy do starych fortyfikacji zamojskiej twierdzy – kazamata bastionu to bardzo klimatyczne, wysokie i obszerne miejsce doskonale nadające się na koncerty. Akurat przyjechała ekipa TURBO, więc wszystko szło świetnie, jak do tej pory.

Drugi raz u bram stawiliśmy się pięć minut po 20-tej, aczkolwiek impreza jeszcze się nie rozkręciła. Kolejka powoli posuwała się do przodu, na scenie instalował się SHAME YOURSELF z Biłgoraja – jeden z trzech supportów. Rzut oka na pomieszczenie z lekka zaparł dech w piersiach, zwłaszcza że miałem świeżo w pamięci ostatnio przeze mnie oglądany występ SHAME YOURSELF w małej klitce zwanej „Owcą Całą”, też w Zamościu, dosłownie kilkaset metrów dalej… Publika nadzwyczaj dopisała i pomimo że ogólnie na supportach połowa ludzi kontemplowała ruch uliczny na rondzie obok, to w środku trudno było o miejsce pod sceną.

SHAME YOURSELF w swój specyficzny rubaszny sposób porwał ludzi do zabawy już na początku występu. Jak zawsze ich melodyjna thrashowa muza, nieco skakana, ale do przełknięcia:-), w połączeniu z charyzmą wokalisty, zainteresowała na tyle, by obejrzeć show do końca i dość entuzjastycznie nagradzać zespół za każdy kolejny utwór. Nie zabrakło oczywiście sztandarowych kawałków o gandzi, waleniu gruchy itp… Dla każdego coś miłego. SHAME YOURSELF z pewnością gra dla specyficznej publiczności, zapewne nieco innej niż TURBO (zresztą ich publika czekała cierpliwie na swoją kolej w pobliżu rzeczonego ronda…), ale uważam, że spełnili swoje zadanie doskonale. Ich muzyka jest na tyle różnorodna, a wokalista wręcz sympatyczny, że młyn pod sceną był tylko kwestią czasu. Jednym słowem występ był bardzo udany, poparty dość dobrym brzmieniem. I gdyby nie te błyskające dyskotekowo-weselne „głowy”, co to wkurzały mnie przez cały koncert, waląc raz po raz światłem po oczach… Zresztą światła były tak ustawione, że wokalista, wysuwając się na pierwszy plan, wychodził poza oświetlenie i po prostu znikał. A wystarczyło postawić mikrofony metr do tyłu. Ale to takie dwa małe minusiki, nie mające większego znaczenia…

COFFINS to zupełnie nie moja bajka. Pomijam tu fakt, że spóźniłem się na ich koncert i trafiłem na utwór przed coverem. Prawdę mówiąc SEPULTURY z „Roots” nie trawię do dziś, więc i w wykonaniu COFFINS mnie nie porwała. Nie lubię też zbyt dużo skakania, więc w zasadzie cieszę się, że trafiłem na koniec tego występu. Nie zmienia to jednak faktu, że zespół zebrał pod sceną sporą gawiedź, która doskonale się bawiła przy ich hard core`owej muzyce. Po raz kolejny potwierdza się fakt, że scena muzyczna w Krasnymstawie działa prężnie i owocuje coraz to różnymi kapelami, czego takie zadupie muzyczne jak Hrubieszów pewnie będzie zazdrościł do końca świata, albo i o jeden dzień dłużej…

FANTHRASH. Kolejna powstała z martwych, lubelska kapela działająca na przełomie lat 80-tych i 90-tych, mająca na koncie trzy demówki (m.in. „Live in Lubartów”:-)), obecnie promuje swoją najnowszą EPkę „Trauma Despotic”, w przededniu wydania debiutanckiej płyty dla Rising Records. FANTHRASH to jeden z pierwszych thrashowych zespołów w Polsce i pierwszy w Lublinie – tak głosi biografia. Jednak czasy się nieco zmieniły i historia nie zawsze wystarczy. Trzeba jednak przyznać, że lublinianie wiedzą, na czym polega reklama i jak się wypromować. Nie zabrakło obszernego merchu na koncercie, lasek i chłopaków ubranych w koszulki zespołu… Logo FANTHRASH rzucało się w oczy na każdym kroku. Pod sceną grupka ludzi zaczęła się bawić nawet dość zacnie, jednak my wymiękliśmy po drugim czy trzecim kawałku i dołączyliśmy do kontemplujących ruch uliczny.

Gwiazda wieczoru rozpoczęła od małych przepychanek z operatorem dźwięku. Ciągle coś nie grało, czegoś nie było w odsłuchach, czegoś było za dużo, a tymczasem pan Hoffman prawie że nie okazywał irytacji przeciągającą się w nieskończoność przerwą i coś tam sobie dłubał na swojej gitarce będąc ponadto wszystko:-).

W końcu jakoś się ułożyło i koncert TURBO mógł się rozpocząć. Sala pełna po brzegi, publika wymieniona, tudzież mocno wymieszana, bo ci, co czekali na zewnątrz, wreszcie się doczekali na swoją kolej. Atmosfera rozgrzana do zenitu i kilkaset osób bawiło się doskonale, reszta z tyłu stała sobie w spokoju oglądając występ z odległości małego boiska sportowego:-) czyli co, kto woli – jak zawsze.
Sam zespół na scenie wyglądał całkiem inaczej niż na ostatnim koncercie, na jakim go widziałem. Wtedy na Bemowie otwierali imprezę przed SABATON, chyba mocno wkurzeni, z bardzo okrojonym czasem i repertuarem… Teraz luz i pełna profesjonalna zabawa. Ale po kolei.

Zespół rozpoczął swój koncert od promocji najnowszej płyty „Strażnik Światła” – głównie z tego krążka pojawiały się utwory. Nie zabrakło jednak hitów z poprzednich wydawnictw, chociażby „Legenda Thora” z albumu „Tożsamość”, nie mówiąc o starszych wydawnictwach, z których utwory pojawiły się w dość znacznej liczbie w drugiej części koncertu. Nie zabrakło oczywiście „Dorosłych Dzieci”, odśpiewanych wraz z publiką, był także utwór „Jaki był ten dzień” z tekstem niedawno zmarłego Andrzeja Sobczaka – autora tekstów na płytach „Dorosłe Dzieci” i „Smak Ciszy”, ale nie tylko. Hołdem dla niego był kawałek „Ach, nie bądź taki śmiały”, który zadziwił zapewne wielu na widowni, bo każdy go zna a nie każdy wie że to utwór TURBO właśnie…

Zaskoczył mnie pozytywnie wokalista Tomek Struszczyk. Bardzo się zmienił od czasów koncertu z SABATON. Dzisiaj jest pewnym siebie, bardzo charyzmatycznym 100%-owym frontmanem. Chyba do każdego utworu miał przygotowany wstęp, przez cały koncert utrzymywał kontakt z publicznością, a ta… co tu dużo mówić – jadła mu z ręki…

Występ ekipy Wojtka trwał dobre dwie godziny, oczywiście z planowanym bisem, ukłonami na zakończenie, przedstawieniem członków zespołu i takim tam. Było wesoło, na luzie, brzmieniowo bez większych zarzutów (pomimo ciągłych próśb do realizatora dźwięku i braku wokalu na starcie koncertu).

Ja niestety w trakcie pożegnania pośpiesznie wybiegłem z kazamaty. Było wpół do drugiej w nocy, a w perspektywie jeszcze miałem 50 km autem – znów w strugach deszczu…

[Paweł]