UNLEASHED Odalheim ’12

Który to już raz? Zdaje się, że jedenasty. Dla mnie tak mniej więcej szósty. Ekipa Johnny’ego nie zawodzi i regularnie od 10 lat wydają kolejne płyty, a każda kolejna młóci aż miło. UNLEASHED to dla mnie jeden z najważniejszych szwedzkich zespołów, a także jeden z najważniejszych ogółem. Te chwytliwe riffy nakłaniające do napieprzania banią, te mordercze solówki od których włoszory stają dęba, te wrzaski Hedlunda… No po prostu coś pięknego. „Odalheim” łykam od A do Z bez najmniejszego znużenia, a gdy jeszcze wbijają moi dwaj faworyci kryjący się pod tytułami „The Hour of Defeat” oraz „The Soil of Our Fathers” to totalnie odpływam, a może raczej powinienem powiedzieć, że wywala mnie poza układ słoneczny. To naprawdę niesamowite, żeby przez dobre 20 lat nagrać 100 kawałków z niezłym okładem, ciągle krążyć wokół tematyki pływania statkami, walecznych wojów i bohaterstwa (z małymi wyjątkami traktującymi np. o wygrzewaniu się na słoneczku jak to miało miejsce na albumie z 2002 roku), a przy tym nie tracić nic a nic z generalnego kozactwa i pałeru, jaki wycieka z odtwarzacza. Zaczęło się niewinnie, od nocnej audiowej audycji, w której poleciało „Death Metal Victory”, a potem już poszło z górki. Śmierć metal jara mnie jak gołe laski, a jedno bez drugiego nie ma prawa bytu. Za każdym razem boję się, że nowy album UNLEASHED będzie niedomagał, że nie podoła i zacznie się to już robić nudne. A takiego wuja. „Odalheim” zwyczajnie rozpierdala i basta. Szwecja miszczem świata. [Ciechan]

Unleased; http://www.unleashed.se/.