VADER – 4.03.2015, Białystok

2015.03.04_vaderVADER
4.03.2015, Białystok, „Zmiana Klimatu”

Niektórym fortuna sprzyja bardziej, mogą pozwolić sobie na komfortową podróż klimatyzowaną limuzyną w doborowym (wykupionym) towarzystwie, nieliczni mogą pozwolić sobie na wynajęcie odrzutowca, ażeby dać upust swojemu porannemu kaprysowi podziwiania panoramy Dubaju ze szczytu wieżowca Burj Khalifa, a możliwości i tak są zaiste niewyczerpalne. A jeszcze inni… przemierzają Polskę zastępczą komunikacją autobusową, podczas zamieci śnieżnej, aby móc choć przez moment nawdychać się oparów VADEROWEJ siarki, tego najchłodniejszego dnia marca. I nie żałują, nie zazdroszczą, pomimo tego, że musieli stawić się w rodzinnym mieście na 8-mą rano.
To, co się wydarzyło się w białostockiej „Zmianie Klimatu”, to kwintesencja „tego, od czego się zaczynała era ŚMIERCI METALU w Polsce” i zarazem była to wiernie odwzorowana reminiscencja atmosfery tamtych lat. Na pewno wielu osobom mogła zakręcić się łezka w oku na widok i dźwięk piosenek tak kultowych jak „The Wrath”, „Decapitated Saints”, „The Final Massacre” czy niezrównanego „Reborn In Flames” – wszystkich z pierwszej EPki pt. „Necrolust”. Ponadto w sytuacji, gdy po koncercie każdy mógł dodatkowo uzupełnić doznania wizualno-foniczne o sferę materialną, np. w postaci unikalnego winylu, reedycji wspomnianego wyżej EP czy kaset (!!) z pierwszymi trzema wydawnictwami VADERa, to spełnieniu mogła stać się zadość.
Sam, będąc zbyt młodym, by pamiętać początki VADER, podziwiałem zapał i moc, jaką muzycy zespołu, z Peterem jako filarem, potrafią wykrzesać z kawałków, które powstawały jeszcze w analogowej, „prehistorycznej” erze. I muszę przyznać, wszem i wobec, że pomimo faktu obecności na wielu koncertach VADERa, to właśnie ten był nieporównywalnie lepszy, wytrawniejszy, żywszy i najbardziej piekielny. Nie tylko za sprawą bogatych efektów pirotechnicznych, w postaci buchającego ognia, płonących świeczników, pokaźnej ilości dymu czy wybuchów, ale przede wszystkim dzięki muzyce – pełnej wigoru i energii, która naturalną koleją rzeczy udzielała się także publiczności.
Osobiście uważam, że pomysł z brakiem supportu był strzałem w dziesiątkę albo sześćset sześćdziesiątkę szóstkę, szczególnie w czasach, gdy każdy chce się na siłę promować, nie zważając na jakość czy muzyczne dopasowanie – ważne, że przed kimś sławnym. A w „Zmianie Klimatu” była konkretna petarda, od historycznie nierozerwalnego intra, po sam bis. Uczta jednego gatunku, dania fachowo wyselekcjonowane, komponujące się ze sobą, o jednej naturze, skonsolidowanym duchu i klimacie, z bogatą historią. Posegregowane chronologicznie z dwoma „zmianami klimatu”, zakończone spektakularnym tryumfem śmierci. Gdyby nie niedosyt wynikający z faktu krótkości koncertu (ledwie godzina i 15 minut, z bisem i pożegnaniem), to można byłoby nadać temu wydarzeniu nazwę nienagannego, biorąc także pod uwagę oprawę, brak obsuw i świetny kontakt z publicznością.
Po wydaniu serii mniej lub bardziej przydatnych gadżetów na mocy współpracy z Witching Hour, nie spodziewałem się, że „nowa gwardia” w postaci Spidera, Hala i Stewarta pójdzie tak oldschoolową drogą… a jednak. Warto czasem „być niżej”, żeby zamiast mozolnie schodzić z chmur, sięgać – szybko (ale mniej komfortowo) – po rzeczy unikalne i niezapomniane.

[Vexev]