VENOM, FROSTBITTEN KINGDOM, HELLIAS – 23.06.2010, Kraków

2010.06.23_venomPolish Assault:

VENOM, FROSTBITTEN KINGDOM, HELLIAS

23.06.2010, Kraków, „Kwadrat”

Nie będę owijał w bawełnę, że była to dla mnie wyjątkowa chwila i spełnienie jednych z moich ostatnich koncertowych marzeń.

22 pieprzone lata musiałem czekać na przyjazd VENOM do Polski!!! Dlaczego 22 lata? Ano dlatego, że w 1988 roku na Metal Battle z udziałem NASTY SAVAGE, EXUMER i ATOMKRAFT tour managerem tej trasy był Abaddon – perkusista brytyjskich diabłów i obiecał wtedy ze sceny katowickiego „Spodka”, że wkrótce przyjedzie do nas ze swoim zespołem! I jego szczęście, że nie gra już w VENOM, bo zadusiłbym kłamcę gołymi rękami za te 22 lata!!!

A szkoda, bo wtedy byłoby to naprawdę duże wydarzenie i sądzę, że „Spodek” wypełniłby się po brzegi i to kilka razy, a tak pozostał nam mały krakowski klub „Kwadrat”… i to zapełniony nie w taki sposób, jak wymagałoby tego przyjęcie Bogów Black Metalu… Ale cóż zrobić, czasu nie da się cofnąć i należy cieszyć się, bo Cronos i s-ka pokazali, jak powinno się grać black fuckin’ metal!!! Ale o tym za chwilę…

Szkoda, że nie doszedł do skutku warszawski koncert VENOM, bo „Stodoła” to lepszy klub i support w postaci HELL-BORN byłby dużo ciekawszy. A tak, na początek wystartował krakowski HELLIAS. Chłopaki niby się starali, ale jakoś nie do końca siadło mi ich granie tego wieczora i chyba po trzech kawałkach wycofałem się na „z góry upatrzone pozycje”, by z masą starych, dobrych znajomych delektować się browarem.

Podczas występu HELLIAS oraz następnej kapeli klub wreszcie zaczął się zapełniać typami, którzy w większości odbiegali wiekowo od tego, co dzieje się obecnie na koncertach w naszym kraju. Zjechało się sporo znajomych mord, w tym kilka dawno już przeze mnie niewidzianych. Czas upływał na rozmowach o chamskim metalu, starych czasach i degustacji:-).

Jako że porządny ze mnie koleś, z kronikarskiego obowiązku poszedłem na FROSTBITTEN KINGDOM, ale niestety to, co zobaczyłem i usłyszałem po dwóch numerach zmusiło mnie do ucieczki z sali. Nudne to było jak flaki z olejem i zagrane jakoś tak bez przekonania i jaj. Dodatkowo brzmienie totalnie mi nie siadło. Dziwię się, że tak marne kapele supportują Bogów Black Metalu… No nic, jeszcze ostatni łyk piwa i trzeba ruszyć dupę, by zająć dobre strategicznie miejsce.

Kilkanaście minut oczekiwania – zgasły światła, a z głośników popłynęły dźwięki intra: „Ladies and Gentelman – from the very depths of Hell – VEEEEEEENOOOOOOM!!!” Na początek poleciał „Black Metal” i od razu wiedziałem, że będzie ogień nie z tej ziemi! Chóralne śpiewanie z Cronosem refrenu „Lay Down your Soul to the Gods Rock`n`Roll” i znów ciary na ciele! Do tego wszystkiego naprawdę konkretny młyn pod sceną i uśmiechnięta morda Cronosa (a widzisz dziadu, nie można było przyjechać wcześniej? wtedy zamiast 500 typa miałbyś kilka tysięcy!). Było zajebiście, a do tego świetne brzmienie, oczywiście jak dla VENOM – mocno zabrudzone, ale idealnie pasujące do muzyki. Między innymi dlatego też kolejne dwa numery z ostatnich płyt zespołu („Antechrist” i „Straight To Hell”) obroniły się zajebiście.

Cronos rządził i dzielił na scenie – to istny potwór sceniczny i naprawdę mało kto potrafi podskoczyć mu w tym temacie. Spore wrażenie zrobił na mnie perkusista Dante – istne zwierzę sceniczne – bardzo impulsywna i energiczna gra połączona z machaniem banią. Super. Za to gitarowy Rage taki sobie, choć dawał radę muzycznie, to wizualnie średnio. Ale jakoś VENOM nigdy nie miał szczęścia do „twarzowych” gitarzystów, bo przecież Mantas ze swoim kultowym wąsem także rewelacji nie robił. Ale nic to, rozpędziłem się nie w temacie.

Dalej poleciały same hity: „Bloodlust”, „Countess Bathory” (przy którym publiczność dosłownie oszalała – młyn był największy i ogłuszający ryk ludzi w trakcie refrenu – potęga!), „Seven Gates Of Hell”, „At War With Satan”, „Burn In Hell”, „Hell”, „Warhead” i „Metal Black”. Być może było jeszcze coś, ale mogło mi umknąć podczas machania banią!

Po „Metal Black” grupa zeszła ze sceny, ale wrzawa stała się tak głośna, że długo nie trzeba było czekać na bis. Pierwszy na bis poleciał „In League With Satan” – z genialnymi bębnami na początku, a potem istne tornado w postaci „Witching Hour”. Jeszcze krótkie pożegnanie Cronosa z publiką i obietnica, że jeszcze tu wrócą.

Te 75 minut w towarzystwie VENOM minęło jak z bata strzelił. Trzeba mieć nadzieję, że faktycznie ponownie przyjadą do Polski już wkrótce (po wydaniu nowego albumu!) i w lepszej, większej scenerii znanej choćby z kultowego występu w „Hammersmith Odeon”. Mimo wszystko ten mały, klubowy koncert w Krakowie, który zorganizowała agencja Global Promotion i tak dowiódł, że „VENOM rządzi, deptaj krzyże”!!!

[Levi]

*     *     *

No cóż, VENOM przyjechał i odjechał, a ludzie nie za bardzo wiedzieli, gdzie się udać po koncercie, bo wiele osób było po prostu w szoku, albo jak walniętych w ryj znienacka, a raczej tak szczęśliwych, jakby Polska Partia Przyjaciół Piwa wygrała wybory parlamentarne. Bo tego dnia zawiedzeni byli chyba tylko kibice Australii, której mimo zwycięstwa nad Serbią 2:1, nie udało się awansować do 1/8 finału mistrzostw świata w piłce nożnej w RPA. A koncert Brytyjczyków przeszedł do historii jako wydarzenie nie z tej ziemi.

Kraków. W klubie studenckim „Kwadrat”, niedaleko nieużywanego już pasa startowego na dawnym lotnisku w Czyżynach, gdzie czasem biegają zające, chodzą jeże, gdzie wykopy i rozkopy przecinają się z wielkimi połaciami różnych chwastów, gdzie stoi nieużywana górka saneczkowa, odbył się koncert legendy. Koncert legendy odbył się po prostu na zadupiu, skąd widać blokowisko na os. Oświecenia, gdzie był dawniej cmentarz. Niedaleko jest supermarket i miejsce na coroczny piknik lotniczy, a teraz dla mnie to będzie miejsce, gdzie odbył się koncert legendy black metalu.

Sam klub mieści się w budynku, który można uznać za arcydzieło architektury socrealistycznej, sześcian o podstawie kwadratu. No ale sala i nagłośnienie zdały egzamin. Ludzi było około 500. Młyn wypełniał połowę Sali. Jakaś niesamowita atmosfera diabelskiego święta wdarła się do tego miejsca. Najbardziej mnie dziwił widok ludzi na balkonie kontemplujących koncert – takich osobników to nic nie ruszy (poza tyczki podtrzymującej pnący się groszek i zdjęcia z aparatów telefonicznych). Ale wróćmy na ziemię…

Po pierwszych taktach „Antechrist” i samych sztandarowych numerach z pierwszych trzech płyt takich jak „Black Metal”, „Seven Gates Of Hell”, „Warhead”, „At War With Satan”, „In League With Satan” (szkoda, że zabrakło „Satanachist” z „Possessed”), chyba wszyscy przenieśliśmy się do wczesnych lat 80-tych, do czasów, kiedy VENOM był niepodważalnym liderem sceny ekstremalnej, a METALLICA była tylko ich supportem (a teraz ten zespół bierze 200 zł od łeba za koncert, który fan sobie może obejrzeć na zepsutym telebimie, pfe, żałosne).

Zmiennicy Mantasa i Abbadona wypadli nadspodziewanie dobrze. Drummer Dante i gitarzysta Rage pokazali, że czasem nie trzeba pluć na kapelę, że reanimuje się w składzie nieoryginalnym, bo nikt chyba nic do nich nie miał. Dawali z siebie więcej niż muzycy, którzy odgrywają czasem czyjeś stare kawałki, tak samo nią żyli na scenie, jak Cronos, po którym nie było widać upływu czasu. On sam rządził ze sceny – razem z nim fani odśpiewali refren „Warhead”.

Tak, tak, koncert jakoś wyłamał pewien akwen w czasoprzestrzeni, ponieważ do Krakowa przyjechali ludzie z różnych stron Europy i Polski, jak i przedstawiciele pokoleń – poważni czterdziestolatkowie, wałęsający się bez celu w życiu trzydziestolatkowie, groźni dwudziestolatkowie z aparatami w telefonach komórkowych i nastolatki też były. Ale ręce wszyscy podnosili zgodnie w górę. Tak sobie pośpiewałem, że przez kilka dni nic nie mogłem wymówić. Swoje zrobiła także niezła wódka, którą poczęstowali mnie znajomi.

Supportów nie widziałem, bo przyszedłem za późno.

Ps. Koncert zorganizowała firma Global Promotion.

[Mateusz Wabik]

Nie będę owijał w bawełnę, że była to dla mnie wyjątkowa chwila i spełnienie jednych z moich ostatnich koncertowych marzeń.

22 pieprzone lata musiałem czekać na przyjazd VENOM do Polski!!! Dlaczego 22 lata? Ano dlatego, że w 1988 roku na Metal Battle z udziałem NASTY SAVAGE, EXUMER i ATOMKRAFT tour managerem tej trasy był Abaddon – perkusista brytyjskich diabłów i obiecał wtedy ze sceny katowickiego „Spodka”, że wkrótce przyjedzie do nas ze swoim zespołem! I jego szczęście, że nie gra już w VENOM, bo zadusiłbym kłamcę gołymi rękami za te 22 lata!!!

A szkoda, bo wtedy byłoby to naprawdę duże wydarzenie i sądzę, że „Spodek” wypełniłby się po brzegi i to kilka razy, a tak pozostał nam mały krakowski klub „Kwadrat”… i to zapełniony nie w taki sposób, jak wymagałoby tego przyjęcie Bogów Black Metalu… Ale cóż zrobić, czasu nie da się cofnąć i należy cieszyć się, bo Cronos i s-ka pokazali, jak powinno się grać black fuckin’ metal!!! Ale o tym za chwilę…

Szkoda, że nie doszedł do skutku warszawski koncert VENOM, bo „Stodoła” to lepszy klub i support w postaci HELL-BORN byłby dużo ciekawszy. A tak, na początek wystartował krakowski HELLIAS. Chłopaki niby się starali, ale jakoś nie do końca siadło mi ich granie tego wieczora i chyba po trzech kawałkach wycofałem się na „z góry upatrzone pozycje”, by z masą starych, dobrych znajomych delektować się browarem.

Podczas występu HELLIAS oraz następnej kapeli klub wreszcie zaczął się zapełniać typami, którzy w większości odbiegali wiekowo od tego, co dzieje się obecnie na koncertach w naszym kraju. Zjechało się sporo znajomych mord, w tym kilka dawno już przeze mnie niewidzianych. Czas upływał na rozmowach o chamskim metalu, starych czasach i degustacji:-).

Jako że porządny ze mnie koleś, z kronikarskiego obowiązku poszedłem na FROSTBITTEN KINGDOM, ale niestety to, co zobaczyłem i usłyszałem po dwóch numerach zmusiło mnie do ucieczki z sali. Nudne to było jak flaki z olejem i zagrane jakoś tak bez przekonania i jaj. Dodatkowo brzmienie totalnie mi nie siadło. Dziwię się, że tak marne kapele supportują Bogów Black Metalu… No nic, jeszcze ostatni łyk piwa i trzeba ruszyć dupę, by zająć dobre strategicznie miejsce.

Kilkanaście minut oczekiwania – zgasły światła, a z głośników popłynęły dźwięki intra: „Ladies and Gentelman – from the very depths of Hell – VEEEEEEENOOOOOOM!!!” Na początek poleciał „Black Metal” i od razu wiedziałem, że będzie ogień nie z tej ziemi! Chóralne śpiewanie z Cronosem refrenu „Lay Down your Soul to the Gods Rock`n`Roll” i znów ciary na ciele! Do tego wszystkiego naprawdę konkretny młyn pod sceną i uśmiechnięta morda Cronosa (a widzisz dziadu, nie można było przyjechać wcześniej? wtedy zamiast 500 typa miałbyś kilka tysięcy!). Było zajebiście, a do tego świetne brzmienie, oczywiście jak dla VENOM – mocno zabrudzone, ale idealnie pasujące do muzyki. Między innymi dlatego też kolejne dwa numery z ostatnich płyt zespołu („Antechrist” i „Straight To Hell”) obroniły się zajebiście.

Cronos rządził i dzielił na scenie – to istny potwór sceniczny i naprawdę mało kto potrafi podskoczyć mu w tym temacie. Spore wrażenie zrobił na mnie perkusista Dante – istne zwierzę sceniczne – bardzo impulsywna i energiczna gra połączona z machaniem banią. Super. Za to gitarowy Rage taki sobie, choć dawał radę muzycznie, to wizualnie średnio. Ale jakoś VENOM nigdy nie miał szczęścia do „twarzowych” gitarzystów, bo przecież Mantas ze swoim kultowym wąsem także rewelacji nie robił. Ale nic to, rozpędziłem się nie w temacie.

Dalej poleciały same hity: „Bloodlust”, „Countess Bathory” (przy którym publiczność dosłownie oszalała – młyn był największy i ogłuszający ryk ludzi w trakcie refrenu – potęga!), „Seven Gates Of Hell”, „At War With Satan”, „Burn In Hell”, „Hell”, „Warhead” i „Metal Black”. Być może było jeszcze coś, ale mogło mi umknąć podczas machania banią!

Po „Metal Black” grupa zeszła ze sceny, ale wrzawa stała się tak głośna, że długo nie trzeba było czekać na bis. Pierwszy na bis poleciał „In League With Satan” – z genialnymi bębnami na początku, a potem istne tornado w postaci „Witching Hour”. Jeszcze krótkie pożegnanie Cronosa z publiką i obietnica, że jeszcze tu wrócą.

Te 75 minut w towarzystwie VENOM minęło jak z bata strzelił. Trzeba mieć nadzieję, że faktycznie ponownie przyjadą do Polski już wkrótce (po wydaniu nowego albumu!) i w lepszej, większej scenerii znanej choćby z kultowego występu w Hammersmith Odeon. Mimo wszystko ten mały, klubowy koncert i tak dowiódł, że „VENOM rządzi, deptaj krzyże”!!!

 

[Levi]