VIRGIN SNATCH, FIREZONE, NEVES MEDEIS – 18.04.2009, Bielsko-Biała

VIRGIN SNATCH, FIREZONE, NEVES MEDEIS

18.04.2009, Bielsko-Biała, “Rude Boy Club”

Wiosna, kwiaty pachą, ptaki śpiewają, komary zaczynają gryźć ze zdwojoną zaciętością. W domu, krótko mówiąc, ciężko usiedzieć. I to nawet takiemu domatorowi jak ja. Gdy więc trafiła się okazja, by wyjść na jakiś koncert, bez wahania z niej skorzystałem…

Gdy wszedłem (albo, jak wolą niektórzy, weszłem) do „Rude Boya”, na scenie produkowali się młodzi bielszczanie z NEVES MEDEIS. Fajnie brzmiąca nazwa, muzyka już gorzej, a wokal (szczególnie melodyjne partie śpiewającego gitarzysty) wołał o pomstę do samego Lucka. Metalcore w klimatach CALIBAN i KILLSWITCH ENGAGE trawię gorzej niż starą pizzę. Do tego zespołowi brakuje jeszcze obycia ze sceną. Widać było, że czują się stremowania na potęgę i nawet jakby lekko zawstydzeni. Nie będę się jednak znęcał na chłopakami. Młodość – jak mówi stare przysłowie – rządzi się swoimi prawami. Pomyślcie tylko, panowie z NEVES MEDEIS, co będzie, gdy po latach Wasze dzieci czy wnuki posłuchają Waszych nagrań i odkryją, że zamiast grać metal, uprawialiście jakiś zlepek ostrych riffów i boysbandowych refreników… Blamaż okropny!

Czeski FIREZONE wypadł już lepiej. Dobra muzyka – choć też metalcore’owa – w której dało wychwycić się naprawę ciekawe momenty (choćby melodyjna solówka w jednym z numerów). Na potęgę nudził jednak wokal. Co Wy wszyscy macie z tymi growlingami? – pytam! Jakby nie można było normalnie śpiewać lub po prostu krzyczeć bądź wrzeszczeć. Trzeba jednak przyznać, że ekipa strażacka wypadła całkiem nieźle i zabrzmiała najlepiej tego wieczoru.

Członkowie VIRGIN SNATCH weszli na scenę przy intrygującym intro, będącym zlepkiem jakiś przemówień i szumów. Zaczęli od jednego z numerów z „In the Name Of Blood”, a potem atakowali już kawałkami z wydanego w zeszłym roku albumu „Act Of Grace”, przeplatanymi starszymi utworami. Przyznam jednak, że występ ekipy Zielonego nie wywarł na mnie specjalnego wrażenia. Z pozoru było niby wszystko, co powinno pojawić się w czasie występu metalowej kapeli. Muzycy machali dyniami, sprawnie posługiwali się swoimi instrumentami, wokalista z pasją szewca klął w przerwach między piosenkami (to akurat momentami żenowało, jakby gościu nie znał żadnych innych wyrazów po polsku niż „kurwa” czy „patałachy”). Czegoś jednak mi brakowało. Prawdziwych emocji? Może za dużo było widocznego rutyniarstwa? A może po prostu to ja byłem zmęczony i nie poczułem klimatu? Chociaż nie. Publika też jakoś specjalnie nie szalała pod sceną (oprócz grupki gimnazjalistów, którzy, zachęceni smakiem chwilowej wolności, na złość swoim matkom postanowili się porządnie urobić i poudawać „true metali”). Sytuację niewiele uratowało wskoczenie Zielonego do wiary i próba rozpętania młyna z prawdziwego zdarzenia. Podsumowując, koncert średni, który zdecydowanie nie pozostanie mi na długo w pamięci. A szkoda.

 

[Jacek Walewski]