W.A.S.P. – 9.11.2009, Kraków

W.A.S.P.

9.11.2009, Kraków, „Studio”

Dziewiąty dzień listopada 2009 roku był dla mnie nie lada wydarzeniem. Zobaczyć na żywo zespół, od którego zaczęło się ponad dwadzieścia lat temu swoją przygodę z metalem i to w dodatku na własnych śmieciach, to prawdziwe spełnienie marzeń. Czas pokazał, że warto było czekać na W.A.S.P….

Tradycyjnie już, w „Studiu” mieliśmy opóźnienie. Jednak wśród widowni nie widać było szczególnie dużego zniecierpliwienia. Już blisko godzinę przed rozpoczęciem koncertu pod sceną zebrał się dość spory tłum, który w napięciu oczekiwał na show. Czuć było, że już wkrótce fanów czeka coś niesamowitego i niezapomnianego. Wiele osób z ciekawością spoglądało na rozciągnięty za perkusją wielki, płócienny ekran, zastanawiając się, do czego ma on służyć.

ImageIm bliżej godziny 20:00, tym więcej osób gromadziło się pod sceną. Wreszcie rozpoczęło się gromkie skandowanie: „Blackie! Blackie!” i w końcu przy zgaszonych światłach oraz dźwiękach „The Mephisto Waltz” kolejni członkowie W.A.S.P. zaczęli pojawiać się na scenie. Jako pierwszy wyszedł perkusista Mike Dupke, po nim pojawili się Mike Duda i Doug Blair. Wyjściu każdego z muzyków towarzyszył wielki aplauz widowni, jednak dopiero pojawienie się frontmana grupy wywołało prawdziwą euforię. Zaczęło się…

Przyznam szczerze, że gdy zobaczyłem okrągły brzuszek Blackiego, to miałem lekkie obawy, czy aby da on radę dotrwać do końca koncertu. Okazało się jednak, że chyba czas na niego nie działa, bo przez cały czas trwania koncertu był niezwykle ruchliwy. Uchwycenie go w nieruchomej pozie graniczyło z cudem. Nawet stojąc za mikrofonem bez przerwy się wyginał, kiwał i machał głową. Amerykanie mają takie powiedzenie, że jesteś tak dobry, jak twój ostatni występ. Blackie doskonale zna tę maksymę, bo wiedząc, że ludzie przyszli zobaczyć show, dał im w stu procentach to, czego oczekiwali. Ale co ciekawe, nie zauważyłem podczas trwania koncertu, aby choć raz się uśmiechnął. Cały czas czujnie obserwował publikę i widać było, że jest pod wrażeniem jej żywiołowej reakcji. On sam próbował się jej odwdzięczyć, dając z siebie wszystko podczas występu.

 

Na pierwszy ogień tego wyjątkowego wieczoru poszedł klasyk „On Your Knees” z debiutanckiego albumu. Nie można sobie było wyobrazić lepszego utworu na rozpoczęcie koncertu, zwłaszcza że zaraz po nim odegrany został rewelacyjny „The Real Me” z repertuaru THE WHO. Przy okazji od razu wyjaśniło się, po co na ścianie wisi ogromny ekran. Każdemu z odegranych tego wieczoru utworów towarzyszył wyświetlany nakręcony do niego teledysk. Po niezwykle energicznym starcie Blackie przywitał się krótko i podkręcił publiczność jednym prostym zdaniem: „Poland! Are you ready?!”. To wystarczyło, by pod sceną zapanowało prawdziwe szaleństwo. W takiej atmosferze odegrany został nieśmiertelny „L.O.V.E. Machine”.

 

Później nadeszła pora na utwory z nowej płyty. Przyznam się bez bicia, że nie jestem zwolennikiem dwóch ostatnich albumów W.A.S.P., ale utwory z nich na żywo bronią się znakomicie. „Crazy” i „Babylon`s Burning” zabrzmiały tak potężnie, że nie mogły nie wywrzeć wrażenia. Dodatkowo zostały odśpiewane przez publiczność (zwłaszcza jej młodszą część), co tylko spotęgowało emocje.

 

ImagePodczas krakowskiego koncertu odgrywane były praktycznie same klasyki W.A.S.P. i mieliśmy w zasadzie kwintesencję tego, co najlepsze na pierwszych pięciu studyjnych albumach zespołu. Nie został zagrany żaden utwór z płyt wydanych pomiędzy „The Crimson Idol” a „Dominator”. Być może zabrakło choćby jednego utworu z „Kill, Fuck, Die” czy świetnego „Neon God”, być może niedosyt budził brak w setliście kultowego „Animal (F**k Like A Beast)”, ale za to wykonanie wszystkich pozostałych, nieśmiertelnych klasyków było iście mistrzowskie i rekompensowało wspomniane wyżej braki. I tak mieliśmy okazję wysłuchać: „Wild Child”, „The Headless Children”, „I Don’t Need No Doctor”, „Arena Of Pleasure”, „Scream Until You Like It” czy brawurowo zagranego „Chainsaw Charlie”. Nikt nie zwracał uwagi na to, że nie zagrano tego czy tamtego, skoro przez cały koncert publiczność szalała pod sceną, śpiewając wszystkie utwory do spółki z grupą.

Wiadomo, że centralną postacią w W.A.S.P. jest Blackie i wokół niego kręci się wszystko, co związane z zespołem. Na scenie również było widać, kto jest postacią dominującą. Mimo iż Mike i Doug bardzo szybko nawiązali kontakt z publiką, to jednak usuwali się w cień, gdy w ich pobliżu pojawiał się Blackie. Niemniej jednak nawet on ustąpił pola Blairowi, podczas odgrywania kilkuminutowej solówki w mistrzowskim „The Idol”. Wykonanie tego utworu przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Stojący samotnie na scenie Doug przez kilka minut prezentował swoje iście wirtuozerskie umiejętności, które jeszcze podsycała jego gitara z podświetlanymi strunami, co wzmagało uczucie, że jesteśmy świadkami czegoś niespotykanego, wręcz magicznego. Moim zdaniem „The Crimson Idol” to najlepszy album w historii W.A.S.P. i zawsze mi się wydawało, że tytułowego utworu po prostu nie da się zagrać na żywo nie psując go (a słyszałem już kilka wykonań). Ten poniedziałkowy wieczór w przekonał mnie, że byłem w błędzie. Bez wątpienia Doug Blair jest gitarzystą, jakiego W.A.S.P. potrzebował od odejścia Chrisa Holmesa…

Ale czas płynął nieubłaganie i w końcu, po zagraniu „I Wanna Be Somebody” (przy sporym udziale widowni) padło krótkie: „dobranoc” i muzycy znikli ze sceny na kilka minut. Jednak biorąc pod uwagę fakt, że nikt z fanów nie zamierzał odchodzić spod sceny, a wszyscy zaczęli gromko krzyczeć imię lidera W.A.S.P., tylko kwestią czasu było ponowne pojawienie się kapeli. I faktycznie, wkrótce cały kwartet powrócił, by zagrać jeszcze dwa utwory. Najpierw „Heaven`s Hung In Black”, z wydanej dwa lata temu płyty „Dominator”, a na koniec utwór, bez którego nie ma żadnego koncertu W.A.S.P., czyli „Blind In Texas”. Jego wykonanie było takie, jakby koncert dopiero się rozpoczynał. Mając na uwadze to, że za nami było już ponad 90 minut występu, robiło to niemałe wrażenie. No ale, gdy przebrzmiały ostatnie takty tego kolejnego „nieśmiertelnego” utworu, Blackie pożegnał się w typowy dla siebie sposób: „See you next time” i zespół zszedł ze sceny na dobre…

Cały koncert był taki, jaki miał być, czyli po prostu wspaniały. Myślę, że wśród publiczności nie było takiej osoby, która by się mogła czuć zawiedziona tym, co usłyszała i ujrzała. Ciekawe, kiedy W.A.S.P. znowu nas odwiedzi, bo jakoś do tej pory nie byliśmy przez Amerykanów zbytnio rozpieszczani (to był ich dopiero drugi występ w naszym kraju).

Na koniec przyszła mi do głowy taka refleksja. Blackie może nie pisze już tak genialnych utworów, jak jeszcze kilka lat temu. Ale na scenie jest tak żywiołowy, jak niejeden nastolatek by nie potrafił. Przez co nie robi z siebie pośmiewiska. I chyba o to chodzi, bo faktycznie trzeba wiedzieć, kiedy sobie dać spokój. Może pewien legendarny wokalista o inicjałach O.O. powinien się nad tym poważnie zastanowić?

 

[Paweł „eviluus” Oramus]