Z pamiętnika starego subiekta (kolekcja płytowa Pestena)


Z pamiętnika starego subiekta (kolekcja płytowa Pestena)

Sztuka towarzyszy nam na każdym kroku. Jeśli przyjmiemy, że jest to dziedzina działalności artystycznej wyróżniana ze względu na reprezentowane przez nią wartości estetyczne, wytwór lub wytwory takiej działalności, to czy odda to całkowicie sens jej znaczenia? Czy istnieje coś ponad wszystkimi zebranymi pojęciami, które zderzają się ze sobą w odwiecznej walce? Tak! Istnieje jedno bardzo klarowne, a zarazem proste wyjaśnienie. Jest to pasja. Jeśli nasze zainteresowania związane ze sztuką dotyczą muzyki, to jakiekolwiek tłumaczenie jest zbędne.
Długo nie mogłem się zdecydować, czy opisywanie pewnej intrygującej mnie sprawy ma jakikolwiek sens. Zwłaszcza wówczas, kiedy główny bohater całego artykułu nie wykazał chęci udzielenia kilku odpowiedzi na nadesłane pytania… Myślę jednak, że warto pokusić się o podjęcie tematu związanego z kolekcjonerstwem płyt, kaset i innych gadżetów powiązanych z muzyką, a głównie ze sceną metalową.
Stali bywalcy Allegro na pewno słyszeli o pewnym ekscentrycznym kolekcjonerze metalowych płyt… Znany z ciętego języka i oryginalnych opisów sieje spustoszenie na aukcjach, sprzedając zapomniane i niesamowicie rzadkie tytuły…
Jest to krótka opowieść o człowieku, który poświęcił się bezgranicznie swojej pasji. Całe lata poszukiwań, wyrzeczeń i biegania na pocztę. A wszystko po to, aby odczuć ten niesamowity dreszcz, jaki towarzyszy nowym dźwiękom wydobywającym się z starego odtwarzacza.
Oto Bart, znany gdzieniegdzie jako Pesten i Sodomouse…

Rozmowa została przeprowadzona pomiędzy internautami na forum portalu Masterful Mega `zine!

Maria Konopnicka:
Tak sobie czytam i się zastanawiam, czy kiedyś też będę chciał się pozbyć wszystkich płyt. Jakoś sobie tego nie wyobrażam… Na miejscu Pestena bałbym się, że któregoś ranka się obudzę i pomyślę sobie: „Kurwa! Co ja zrobiłem? Sprzedałem dwadzieścia lat swojego życia na Allegro”. Prawda jest taka, że płyta dla mnie to nie tylko muzyka, ale jakiś fragment przeszłości, kawałki wspomnień zaklęte w tych plastikowych krążkach. Mógłbym stanąć przy swojej półce i biorąc do ręki kolejne płyty opowiadać, z czym mi się kojarzą, w jakich okolicznościach je kupiłem – co znaczyła dla mnie w owym czasie ta muzyka. Sprzedanie tego wszystkiego chyba by mi jakieś straszne spustoszenie zrobiło – i nie mam tu na myśli ani spustoszenia półek, ani utraty czegoś w sensie materialnym.

Sodomouse:
Wszystkie płyty, które kupowałem, były dla mnie ważne, chociaż takiej radości przez ostatnie lata nie miałem z jakiegoś danego tytułu, jak wówczas gdy się miało naście lat i jeden tytuł jechało się po sto razy, bo tak się podobał i nie nudził. Ciężko byłoby mi obiektywnie zostawić sobie jakieś sto ważnych tytułów, może tysiąc byłoby łatwiej… Bo tak samo ważny byłby pierwszy ENTOMBED, to dlaczego nie „jedynka” GRAVE, a jedynka i kolejne DISMEMBER, a gdzie CREMATORY (Swe), a UTUMNO, a EPITAPH, a EXCRUCIATE, a UNLEASHED, „jedynka”, a może wszystkie… Później Finlandia i wiele innych… Sto pewnie byłoby ze samej Skandynawii. Także jak tu wybrać sto tytułów? Jak już się zdecydowałem, to eksterminacja do końca. CDRy zajmują mniej miejsca, wieczne nie są, zatem dopóki będą żyły, będzie żyła moja fascynacja muzyką… A najlepsze czasy i tak już minęły (listy, demos, wymiana, flyers, smarowane znaczki… RIP). Viva cyber, mp3 i kubki z logo MAYHEM…
Odpuściłem kolekcjonowanie, polowanie na jakiś tytuł w oryginale, choćby nawet z Paragwaju… Muzyka i wykreowany przez nią styl myślenia zostaje na zawsze, bo to mnie stworzyło i po to przez prawie 20 lat tu się budziłem. Teraz chociaż przyjemność mentalna dla mnie, że zaraziłem kilkanaście osób zbieraniem płyt i sieję chaos poprzez Allegro…
Teraz zbieram horrory na DVD. O niektóre „banned” jest trudniej niż najtrudniejsze pozycje z muzyki. Trzeba ściągać z krajów azjatyckich, totalny trzeci obieg, problemy z ocleniem, cofnięcia z granicy, gdy tematyka trąca o snuff, o cenach nie wspomnę i gwarancji sprzedaży żadnej. Muzykę chociaż ktoś kupi, a film za sto dolców już nie. Już kilkaset tytułów mam, marzeniem byłoby mieć większą kolekcję od skurwysyna Killjoya. Ale z moim zapałem i dążeniem po trupach w każdym temacie, za który w hobby się chwytam, jest to do zrobienia. Nuklear war now! Jebać fenomen Pesten`a. Trzeba to opierdolić, by było na DVD.
Doskonale wiem, co mówisz. Czy myślisz, że moja wrażliwość muzyczna i pozamuzyczna była i jest inna niż Twoja, że nie borykałem się z takim mentalnym problemem? Jednak i to już mam za sobą. Może zacząłbym sprzedawać ze dwa lata temu, gdybym i tego etapu nie miał za sobą. Ja płyty kochałem, ale jednak wpierw była miłość do samej muzyki, nie do kawałka tego plastiku. Bo czy wtedy ktoś miał taki luksus, że mógł w Polsce (biednej, pirackiej Polsce) powiedzieć: „kocham pierwszy krążek (tu wpisz dowolną Szwecję) i mam to wydanie na CD”? Ja nie znałem żadnej takiej osoby. Ja sam i moi znajomi katowali jedyny nośnik masowo wówczas dostępny (choć i z tym były kłopoty) – kasetę piracką Takt, Baron czy MG. Mówię tu o albumach, a nie demos. Chodzi mi w ogóle o zachodnie płyty na kasetach, zazwyczaj strasznie okrojonych, bo tak się polskiemu piratowi opłacało wydać. On miał kasetę, 40 minut taśmy, a to że debiut EDGE OF SANITY trwał 55, to już trzeba było 2 kawałki upierdolić. Ale uciekłem od tematu… No przecież za muzyką idą stare, dobre, szalone wspomnienia. Każdy album (dla mnie wtedy kaseta) to nowe odkrycie, czytanie nowego „Thrash`em All” (format A5 pamiętacie?), recenzje, moje rwanie włosów, bo muszę to mieć, jakieś demo raczkującego GRAVE czy oszałamiający debiut UNLEASHED, sklepy, w których to kupowałem, już dawno w Poznaniu nie ma, pożyczanie od kumpla, wspólne omawianie kawałków, wkurwienie, jak się jakaś kaseta wkręciła i zerwała, zero kasy na wszelkie inne pierdoły, matka dała na buty na wyjazd w góry, ja pojechałem w Sofixach, ale na 15 piratów starczyło… No i ta analiza wczucia się w tamten stan świadomości, gdy dany tytuł obecnie słucham, oglądam cover, potrafię poczuć tamtą mentalność swoją. To trudne do opisania, bo przez moment czuję i myślę, jakbym miał 15 lat i doznaję tego szumu w głowie… Jestem chory, idę się pocieszyć i puszczę SILENCER… Satanistyczne otwarcie bram… Jon N. już otworzył… Jest tam i już wie… 666

Maria Konopnicka:
Masz rację, że te wszystkie płyty poznawało się na kasetach, ale z tych kaset przelałem ducha na płyty. Hehehehe! Miałem tak samo kiedyś – jechałem na wycieczkę, rodzice dali mi kasę na picie, lody i obiad – a ja cały dzień o suchym pysku łaziłem, ale reklamówkę kaset przywiozłem. To samo na koloniach czy obozach – przez dwa tygodnie żadnego loda, oranżady, waty cukrowej, a później jeden dzień – wycieczka do miasta – sklep z kasetami i cała kasa poszła się jebać:-):-):-). Nie mógłbym się obudzić rankiem w domu ze świadomością, że na półce nie mam płyt KREATORa, MEGADETH, TESTAMENTu, DEATH, CANNIBAL CORPSE, UNLEASHED, GRAVE, DISMEMBER, NAPALM DEATH, SODOM… i setek innych. Jasne, że najważniejsza jest muzyka – mógłbym to sprzedać wszystko w chuj, zgrać na dysk i za kasę z płyt kupić sobie Porsche albo większe mieszkanie. Tyle że te rzeczy większej radości na pewno by mi nie sprawiły. Myślę, że jedyną możliwością pozbycia się kolekcji jest zajęcie się czymś innym. Być może gdybym zaczął kolekcjonować motyle, to z czasem płyty zeszłyby na drugi plan. Pewnego dnia zacząłbym wystawiać je na aukcjach, żeby sobie kupić suszonego Issoria lathonia:-).
Właściwie to sam nie wiem, czy Ci współczuć (że tracisz coś pięknego), czy Ci zazdrościć (że się z tego wyzwoliłeś).

Sodomouse:
W Poznaniu był „szop” z metalem na Głogowskiej (Górczyn), w podwórzu warsztatu samochodowego, typowa metalownia! Gość, gdy nie było klientów (mnie :-)), wracał na warsztat w ciuchach roboczych i naprawiał dalej. „Thrash`em All” w formacie A5, kupa kaset piratów, koszulek, kilka płyt w cenie tych samochodów w warsztacie… W centrum miasta tzw. Okrąglak, na samym dole tego domu towarowego (typowa komuna, papier do pakowania z logiem „Domy Towarowe”), stoisko z metalem, właściwie stoisko muzyczne, ale metal tam panował. Goście tam sprzedający to byli starzy rockowcy, także zawsze na froncie leżały same piraty z metalem, a ile tam narodu było, pióraczy! Nie raz widziałem, jak poszła gablota na froncie od naporu bydła… Dopchać się tam było trudno, zwłaszcza gdy były nowości, w poniedziałki… Zawsze podobało mi się, że demonstrowali kupującemu fragment muzyki z tej kasety. Gdy brałem np. TERRORIZER, łomot rozchodził się na cały parter, ludzie kupujący obok cukierki i inny szit ze strachem spoglądali w moją stronę, kto to i co kupuje… A ja byłem dumny, że „tak, to właśnie ten hałas to ja kupiłem i mam Was w d….”. W Okrąglaku najłatwiej można było zostać okrojonym z kasy, koszulek czy Sofixów, przez stojących przy wejściu Starych Metali. Nie jednego widziałem, jak na bosaka do chaty wracał… Ja zawsze brałem najgorsze ciuchy, by się nie rzucać w oczy tym typom. Innym miejscem w Poznaniu był tzw. Acid Shop na Deptaku (wpierw na Wildzie), ale odkąd Litza zaczął odpierdalać jakiś ksześcijanskie syfy, żaden prawdziwy fan tam już nie wchodził…
Ale i tak najwięcej kaset demo pchał Pesten przez Carrion Lord Promotion… Demilich był top seller.
Tak, dostępność totalnie niedostępnej muzyki w ówczesnej Polsce… Ale ile w tym było szalonej radości… Polowania – nie byłem zmęczony i mogłem zapierdalać z jednego końca miasta z buta na drugi, po jedną kasetę albo cały dzień się stało u kumpli w sklepiku z kasetami (szyby zaparowane, zimno, wiocha kupuje disco polo (była taka buda przy poznańskim dworcu PKS, tam w tej budzie na froncie leżało disco polo, bo to bambry przyjeżdżające do Poznania kupowały), rozmowy o jednej kasecie, oglądanie wkładek z tekstami na stojącej pałce, bo to rarytas był i kult, że okładka się rozkłada i ma teksty… Teraz jak box nie ma osiemnastu CDs i 66 DVD to chujoza i musi być opakowany w kartonik ze złotym logo, do tego kubek, brelok i, kurwa, stringi z logo OBITUARY na sromie… W pizdu z tym szitem…

Maria Konopnicka:
Czy robiłeś listę płyt? Dużo ci tego zostało, z tego co sprzedajesz?

Sodomouse:
Na sztuki ciężko stwierdzić, na kilogramy też, na oko kilka metrów bieżących w 3 rzędach… EPs jeszcze nie tknąłem, demos też, a tam będzie ze dwa tysiące staroci…
Niekiedy po staniu jak wół przed ścianą z płytami, po pół godzinie odpuszczałem szukanie czegoś i włączałem radio:-). Fakt, często nie mogę czegoś namierzyć… A spis oczywiście robiłem… Na początku. Ale gdy przychodziła jedna paka – 20 płyt, druga za dwa dni – 20 płyt, w jeden dzień musiałem wyjechać, w drugi mi się nie chciało, trzeci się schlałem… To na czwarty było trzeba siedzieć godzinę przed kompem, by nanieść nowości, to już mi się nie chciało. Po dwóch tygodniach trzeba było już 3 godziny aktualizować… To nie miało sensu. Owszem, zdarzały się podwójne zakupy, gdy kupiłem coś, co już mam, ale to promil ogólnej ilości i nie to jest wkurwiające. Parę razy zdarzyło się, że nie kupiłem czegoś, bo myślałem, że już mam, a okazało się, że jednak nie mam (tzn. mam, ale tylko na kasecie, albo pirata, albo przegrywkę). To mnie mobilizuje, żeby aktualizować spis. Teraz porządkuję, łączę kilka spisów i zmieniam – tak żeby w oddzielnym pliku mieć inną literkę:-). Ponad 700 mam na „A”:-):-):-) .
Myślę, że warto zainteresować się tym, co było kiedyś. Świat się zmienia, ale należy zachować pewien dystans do tego, co dzieje się dookoła. Być sobą, robić użytek ze swoich zmysłów. Pielęgnować pewne artystyczne wartości, aby przetrwały dla innych. A dla nas pozostały tym, co najpiękniejsze…

„Ale nie depczcie przeszłości ołtarzy. Choć macie sami doskonalsze wznieść” – Adam Asnyk

 

[Sabian / Atmospheric #14]